IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 KaPe vol2 + rąbek historii, czyli grafomanii w złym smaku ciąg dalszy.

Go down 
AutorWiadomość
Lolita
Front line manager

avatar

Liczba postów : 27
Dołączył : 21/10/2013

Godność : Chiara Stark.
Wiek : 29, ale tsss.
Zawód : Menadżer.
Orientacja : Hetero.
Partner : *gasp*
Wzrost i waga : 174/62
Znaki szczególne : Pieprzyk pod lewym okiem.
Aktualny ubiór : Estę fashionitę. I płaszcz.
Ekwipunek : Telefon, tablet, klucze, portfel, torebka, jakieś gumy do żucia.
Multikonta : Askelove.

PisanieTemat: KaPe vol2 + rąbek historii, czyli grafomanii w złym smaku ciąg dalszy.   Sro Paź 23, 2013 11:22 pm

Lolito, światłości mojego życia, moja mała, słodka Lolito. Słowa to jedyne, co mi pozostało, w nich też uchwycę i zamknę cię taką, jaką zawsze rysowałaś mi się w pamięci, mimo zgubnego wpływu czasu. Taką też przecież niewątpliwie chciałaś pozostać, prawda? Nie posiadam wprawdzie kunsztu godnego tak podniosłego celu, ale czy i wielcy mistrzowie nie byli jedynie kolejnymi naśladowcami w uwielbieniu tych efemerycznych istot?

Ilekroć do niej powracam, widzę przedmieścia Nowego Jorku – jednorodzinne, piętrowe domy z nowoczesnymi wnętrzami, idealnie przycięte trawniki, równe, białe płotki rozdzielające posesje, a wreszcie pewną dozę sąsiedzkiej życzliwości, przez pryzmat której dla rodziców Lo już zawsze miałam pozostać, początkowo, studentem a później nauczycielem matematyki w pobliskim gimnazjum (//middle school, między 10 a 14 rokiem życia//). Pierwszy rok mojej praktyki nauczycielskiej był też rokiem jej narodzin, które to spotkały się z ogólnosąsiedzkim westchnieniem ulgi, czego znaczenie miałem pojąć, gdy przyszło mi toczyć pierwsze boje z najstarszą latoroślą ich rodu, za oręż mając raptem dziennik i wiedzę własną. Lolita jako dziewczynka miała symbolizować łagodność, być czynnikiem stojącym w opozycji do silnego żywiołu braci. Odkąd tylko pamiętam, a przecież miałam okazje doglądać jej od lat najmłodszych, wszelkie przesłanki temu przeczyły.
Nim jednak czytelnik zepchnie mnie w najdalsze kręgi piekła, bez wielkiego poety jako przewodnika i towarzysza niedoli, wyznam, że moja miłość do Lo była czysta; być może nie pozbawiona pożądania, trawiącego mnie w momentach największej słabości, a jednak nigdy nie skalałem swojego sumienia grzechem pedofilii, ba, byłem bierny wobec wszystkich jej poczynań. Idąc dalej, nim nie ukończyła lat dwunastu moja fascynacja nie nosiła jeszcze znamion bolesnej desperacji (dość istotna różnica), wcześniej łagodnie kiełkując w postaci nadmiernej atencji, skrywanej za zwykłą nauczycielską troską. Być może było to spowodowane pewną istotną zmianą, gdy charakter rzeczonego chochlika nabierał wyrazistości, dając się we znaki całemu gronu pedagogicznemu, ze mną włącznie. Póki to nie następowało, pełniłem raczej role opiekuna, niż cichy wielbiciela, idealny ze względu na pełniony zawód, wolne popołudnia i obecności podstarzałej matki w domu, która traktowała wszystkie dzieci Starków jak własne, długo wyczekiwane wnuki. By jednak tradycji stała się zadość, trzeba wspomnieć, że Lolita była imieniem stosowanym tylko między naszą dwójką, jako forma cichego porozumienia, tajemnicy, której dotrzymywanie nadymało jej ego niczym hel wypełniający balonik – duma z czegoś tak prostego, jak bycie potraktowaną poważnie przez dorosłego. Jej prawdziwe imię wydawało mi się zawsze zbyt przeciętne i miałkie, pozbawione siły bijącej z tak drobnego ciała, przede wszystkim zaś było fanaberią jej matki, do cna przesiąkniętej snem o Italii. Samej pani Stark nie lubiłem, czy to ze względu na jej przeciętną, wulgarną wręcz urodę ( kto by pomyślał, że wyda na świat tak urodziwe dzieci?), czy może fascynacje porcelaną, którą potrafiła zabić każdą rozmowę. Chiara, takie oto imię otrzymała moja luba na chrzcie, Cecille ku upamiętnieniu babki, a i na pewnym etapie kazała się tytułować Marią (Mary), choć mogę tylko zgadywać jakie pobudki nią kierowały, gdy to imię przyjmowała.

Wracając do istoty samej Loli, była wulkanem energii, którego stłumić nie mogły długie godziny spędzane w ławce czy rozliczne zajęcia, jakimi rodzice próbowali ją zmęczyć. Od najmłodszych lat najbardziej pomysłowa z całej czwórki. Podświadomie słyszę głośny łoskot i jeszcze głośniejszy wrzask, jaki rozległ się w ich domu ( a przy okazji dotarł do mojej kuchni), gdy postanowiła w niewiele większej od siebie misce zjechać po schodach (cały trik, jak mi objaśniała, polegał na tym, by w odpowiednim miejscu szarpnąć miską i w ten sposób wejść w zakręt). Jakkolwiek sama wyszła z tego bez szwanku, ucierpiał Stark Junior numer 3 - chcąc się ratować przed rozpędzoną siostrą przypadkiem wybił o framugę drzwi aż trzy mleczaki. Ciągle gnała gdzieś przed siebie, nie raz, nie dwa odniosłem wrażenie, że ucieka przed czymś, czego nie jest w stanie zdefiniować. Dziś, wiedząc o niej więcej, mogę śmiało powiedzieć, że bała się samotności bardziej, niż czegokolwiek innego, nawet dentystów. Samotność zabijała w niej wszelką kreatywność i napawała uczuciem beznadziejności. Jako typowy ekstrawertyk, będący na pograniczu sangwinika i choleryka  dosłownie przyswajała energię z otoczenia, kradła jej pokłady wszystkim na około, by dać dwa razy więcej od siebie. Przede wszystkim była światłem, ciepłym i mesmeryzującym, zbyt czystym, by mieć prawo bytu w mieście, gdzie do głosu dochodziły najciemniejsze ludzkie instynkty. Działała jak wabik na nich i ich pesymizm. Tak samo jak swoją uwagą, obdarzała nim wszystkich, nie dokonywała podziałów na dobro i zło w sposób przyjęty przez dorosłych. Być może chciała w każdym człowieku widzieć nawet odrobinę dobra, choć nie była na tyle głupia i naiwna, by dać się zwieść komuś o złych intencjach (wiedzę tą utraciła nieco później, wystawiając się na zranienie, jednak jest to kwestia osobna). Nie tyle więc reagowała agresją na postronnych, co broniła się przed nieprzychylnym światem przemęczonych, zgorzkniałych dorosłych. Silna osobowość i wieczny optymizm objawiały się niezachwianą wiarą w otaczającą ją rzeczywistość. O, Lolito, jakże musiałaś się rozczarować, gdy ten świat zaczął się rozpadać począwszy od twojego własnego domu! Muszę się skupić, spisać wszystko po kolei, by obecny obraz nie przesłonił mi lat uwielbienia i pokornych obserwacji.

Szczera i naturalna, zyskała niezwykłą  swobodę w kontaktach w ludźmi, nie pozbawioną dozy nieśmiałości, zwłaszcza wobec osób, których uwagi i przyjaźni łaknęła. Przyjąwszy mnie do swojego stada, czy też jak zwykłem to określać, pozwoliwszy mi wygrzewać się w swoim blasku, bywała częstym gościem w moim domu. Rodzice patrzyli na to przychylnym okiem, zwłaszcza, że długie godziny spędzałem pochylony nad pachnącą szałwią główką, dyktując kolejne matematyczne zagadki.  Wszystko ją ciekawiło, wszystko musiała zobaczyć na własne, wielkie oczy, od zakamarków mojego domu, po książki gromadzone na półkach i stosach pomiędzy meblami. Skrycie wielbiłem ten widok, schowany za poranną gazetą, na którą czas znajdowałem dopiero popołudniu – brązowa burza krótkich włosów, którym obce były precyzyjne pociągnięcia szczotki, a które z uporem godnym lepszej sprawy szarpała nożyczkami, gdy stawały się zbyt długie; oczy w kolorze bursztynu, bystre i roześmiane, czasem zadziorne, przebiegające po kolejnych stronach pochwyconego w łapki pisma. Do tego jeszcze dochodził wystawiany przez ubytki w uzębieniu język i wyraz wszechogarniającego zadowolenia, gdy zapadała się w wielkim, skórzanym fotelu w akompaniamencie poduszek. Tolerowała jedynie koszulki i spodnie, wijąc się i kwiląc, gdy ktokolwiek zbliżał się do niej z czymś nazbyt dziewczęcym. Zauważyłem, że nie lubiła węży, żadnych gadów czy płazów w zasadzie, co poznać można było po uroczo zmarszczonym nosku lub wyrazie niesmaku na twarzy – nieomal dałem się wrobić w odrabianie za nią pracy domowej związanej z tym tematem, gdyby na ratunek nie przyszła mi nieczuła na urok Lolity pani Stark. W tamtym momencie była to zwykła dziecięca skłonność do kombinowania i spryt, chociaż z czasem gadatliwość stała się jej kartą przetargową w osiąganiu celu.  Nie mylmy tego jednak z oszustwem czy kantowaniem. Swoich przyjaciół, a wbrew towarzyskości tych posiadała niewielu,  obdarzała zaufaniem, którym tłumaczyła każde, nawet najbardziej bezczelne zachowanie. Nawet wobec mnie. Nie była młodocianą kokietką, a jednak z pełną swobodą wpychała się pod ramię, gdy coś szykowałem, uwieszała się na plecach w trakcie lektury bądź sadowiła się na moich kolanach z wyrazem zadowolonego lwiątka na twarzy. Ile to razy serce moje zamierało w tych chwilach i o ileż mocniej cierpiało, gdy w trzynastym roku praktyk tych zaprzestała, najwyraźniej przyswajając powoli zasady rządzące światem dorosłych i dwuznaczności w interpretacji tychże zachowań. Do tego etapu były dla niej całkiem naturalne, często widywałem, jak uwiesza się na znajomych i ich przytula. Nie wyrastała przecież na młodocianą prostytutkę.

Przez długi czas zamiast przyznać się do bycia księżniczką uparcie obnosiła się z postacią księcia w przetartych spodniach i gdy wszyscy spodziewali się po niej skłonności homoseksualnych, ja pierwszy przepowiedziałem, że będzie lubiła mężczyzn. Nie pomyliłem się. Moja Lola rosła powoli, lecz sukcesywnie i rozwijała swój charakter, ja zaś dbałem o zainteresowania, by przypadkiem nie wyrosła na pustego, mechanicznie działającego nastolatka. W tym czasie też odkryłem u niej całkiem ciekawą zdolność, jaką była podzielna uwaga. Potrafiła pisać referat, podpowiadać mi słowa do krzyżówki i słuchać programu telewizyjnego, wypytując mnie później o zawarte w nim treści. Testowałem to na różne sposoby, odkrywając limit – na raz potrafiła myśleć o trzech wypracowaniach czy wiadomościach, wychwytując fragmenty rozmów i słowa klucze. Gdyby tylko nad tym popracowała! Towarzystwo starszych braci nauczyło ją zdecydowania. Potrafiła się kłócić o swoje, gdy zachodziła taka konieczność, a jednocześnie była całkiem ugodowa, wolała załatwiać sprawy pokojowo. Z natury zaś, jako zwierzątko ciekawskie cechowała ją otwartość na świat i nowe wrażenia. W ten sposób jako jedyny mi znany przypadek na etapie podstawówki i gimnazjum zapisywała się po kolei na wszystkie zajęcia pozalekcyjne i uciekała z nich, gdy okazywały się zbyt nudne i pretensjonalne. Gdzieś pomiędzy basenem a lekcjami gry na skrzypcach ( które polubić mogła jedynie w cudzych rękach) odkryła taniec. Od prostych, ulicznych wygibasów w rytm hip-hopu i innych kocich kwików, po, jak miałem okazje później się dowiedzieć z wymienianych maili, formy towarzyskie. Chory z zazdrości wyobrażałem sobie Lolę w wysokich butach, dobranej sukience i towarzystwie jakiegoś nieznanego mi młodzieńca, górującego nad moją osobą jędrnością ciała i brakiem zakoli. Znów jednak wybiegam myślą w przyszłość. Jak już mówiłem, Lo swoim towarzystwem obdarować mogła każdego, zamiast jednak wypełniać powoli i spokojnie cudze życie, wpadała z prędkością i intensywnością tornada. Tylko z wielkim hukiem można było wypaść z jej orbity, który to huk wstrząsał nią i pogrążał w nostalgii. Lgnęła do ludzi, znajdowała przyjemność i źródło energii w ich towarzystwie, jeszcze chętniej zaś nawiązywała i wciągała do dialogu. Moja ukochana przez długi czas za wrzaskiem, twardą piąstką i nonszalancją chowała pokłady wrażliwości i współczucia, które postronni próbowali wypaczyć. W końcu pogodziła się ze swoją naturą , jak sądzę, dojrzewając do roli przyjaciela oddanego.

Tak też egzystowaliśmy długi czas – Lo dalej rosła i miewała coraz bardziej szalone pomysły, od obwieszenia domu nauczycielki angielskiego papierem toaletowym, po zmuszenie mnie, nieszczęsnego krypto-adoratora, do pieczenia ciastek. Odnajdowała się w kuchni całkiem nieźle, ale każda wzmianka na ten temat czy porównanie jej do dobrej żony ( nie z mojej strony) kończyły się trzaśnięciem blachą o blat i obrazą majestatu. Jeśli kogokolwiek ciekawiłoby, skąd znałem tyle szczegółów na jej temat, zrzucić to można zarówno na gadatliwość jej własną, jak i matki oraz dumę ojca z tak zabawnego przypadku dziecka, ja zaś chętnie słuchałem, pod pozorem uprzejmości. Aż do piętnastego roku życia, tj. do czasu, gdy nasze drogi się rozeszły, pozostawała płaska jak deska i z chłopięco wąskimi biodrami, którym nieznane były tak charakterystyczne fałdki miękkiej skóry. Tłuszcz w jej ciele nie miał się nawet kiedy odłożyć, była przecież w ciągłym ruchu, kółkach sportowych i innych aktywnościach. Jeśli przypadkiem dłuższy czas była spokojna, cicha i zamyślona, był to jasny sygnał, że jest chora – tak jakby tylko mroczna siła jaką była grypa potrafiła powstrzymać tego niepokornego ducha. Snułem swoje prywatne podejrzenia, jakoby nie dopadła jej w tamtym czasie kobieca przypadłość i powiązana z nimi burza hormonalna, w naturalny sposób warunkująca rozwój cech płciowych. Choćby patrząc po jej matce nie spodziewałem się anemicznego chucherka, mimo to pozostawało to w sferze domysłów; nie zwierzała mi się z tych spraw, tym bardziej ja, jak miałem już okazje podkreślić, z jej fizjonomią nie miałem nic wspólnego – byłem obserwatorem, tylko i aż. Być może na tym etapie Lolita nie była świadoma siły wynikającej z jej płci ani tym bardziej władzy, jaką nade mną miała, a przy odrobinie wysiłku mogłaby sprawować nad innymi. Była na to chyba zbyt uczciwa, a także nie chciała dostrzegać odcieni szarości tworzących nasz świat. Co nie oznacza, że nie była świadoma ich istnienia. Powracając jeszcze do spraw natury czysto cielesnej, przyziemnej, obawiała się ciąży. Dziwnie zamglonym wzrokiem wodziła za kobietami w stanie błogosławionym, a nazewnictwo organów płciowych wywoływało u niej rumieńce, godne dojrzałego pomidora. Winę za to ponosiła kuzynka Lo, Katie, przypadek predestynowany do tego, by prędzej czy później wywołać nieszczęście. W wieku lat dziewiętnastu zdołała się doczekać pierwszego, niechcianego dziecka pozostając w związku wolnym, zaś 3 lata później ponowiła swój błąd, tym razem z innym mężczyzną. Swoją frustracje wyładowywała na nieszczęsnej Loli, ilekroć się z nią spotykała, a ta nie potrafiła się przeciwstawić, wbijając sobie do głowy frazę, że prędzej czy później zdarzy jej się to samo. Moja mała szczerze obawiała się podzielić ten los i rzeczowym tonem oznajmiła mi, że nigdy nie pozwoli się w ten sposób dotknąć mężczyźnie. Ah, Lolito, jak szybko zdołałaś zmienić zdanie? W późniejszym czasie miało to przybrać formę irracjonalnego lęku przed tyciem i wzmożonym apetytem, które uważała za najbardziej oczywiste oznaki tegoż wyjątkowego stanu. Mogę tylko zgadywać, jakim przerażeniem napawały ją nieregularne miesiączki. Lo nie tylko rzucała się wówczas w wir ćwiczeń, ale pilnowała, by przez jej organizm przetoczyły się wszystkie substancje zdolne zabić ‘pasożyta, od alkoholu począwszy.

Świat Starkówny zaczął się sypać, ku jej własnemu przerażeniu, właśnie w tym czasie, ledwie wkroczyła w wiek lat piętnastu. Mocno poróżnieni rodzice zdecydowali się na separacje; jako że dwóch starszych braci stanowiło już o sobie, wraz z trzecim co do wieku została przydzielona matce. Straciła grunt pod nogami i ku mojej rozpaczy została wywieziona do innego miasta, w mentalności mieszkańców innych stanów funkcjonującego jako wyrodne dziecko – nikt się po nim nie spodziewa nawet kartki z życzeniami na święta, jeśli metafora ta właściwie oddaje nasze podejście. Rathelon było miastem specyficznym, którego złą sławę przebijało już tylko upadające Detroit. Ku chwale dygresji wspomnę jedynie, że jakieś 7 lat później zeszli się ponownie, ale jej nie dało się uratować tak jak związku. Nie wyobrażałem sobie Lo w takim otoczeniu, pozbawionej swojego zwykłego środowiska, składającego się z całej ilości nowojorskich cudaków, dziwacznych lecz niegroźnych, przypalających co najwyżej trawkę w ilościach nikłych. Bałem się, że jej blask i siła mogłyby tam zostać brutalnie stłumione, że osiągnięto by to, czego nie zdołał zrobić Nowy Jork. Nie była typem zdolnym do syzyfowej, bezowocnej walki, potrafiła znaleźć moment w którym należało powiedzieć „nie” i się poddać. Z tamtego czasu posiadam raczej nikłe informacje, dodatkowo przesłonięte kurtyną cichej żałoby – niemal rok bez mojej Lo okazał się męczarnią gorszą, niż świadomość, że nigdy nie będzie moją. Nie pisywała też zbyt często, a jeśli już, to z każdego maila wyłaniał się obraz zagubionego dziecka, które utraciło swoją pewnością i stawiało dopiero powolne kroczki, by odbudować ją na nowym gruncie. Z czasem przerodziło się w złość i nazbyt powierzchowne życie towarzyskie, dzikie imprezy, mandaty za picie w miejscu publicznym i wskakiwanie w ubraniach do fontanny. Potem ujrzałem ją w trakcie przerwy wiosennej i przeżywszy szok, odniosłem wrażenie, że całe wieki oddzielają tamtą Lo sprzed wyjazdu a kosmitę, który stanął na progu mojego domu przywitać się. O ile wcześniej była urokliwie chłopięca, tak wówczas uległa przemianie w bohomaz o prawie czterokolorowych, średnio długich włosach i wygolonym boku, fosforyzujących paznokciach, ostrym makijażu deformujących tak ładną buzie i krzykliwym stroju, w którym nic do siebie nie pasowało. Myślą tą miałem okazje sformułować dopiero później, lecz gdy wszyscy zrzucali winę za ubiór i typowo młodzieńczy bunt na nieodpowiednie towarzystwo (wielokrotnie w rozmowach padało nazwisko niejakiej panny Lowe), do mnie docierała prawda znacznie gorsza –wszak uważałem się za znawce loliciej natury i powiernika sekretów - zawsze unikająca odcieni szarości Lo postanowiła otrzeć się o czerń z typowym dla siebie ekstremizmem i skłonnością do popadania w skrajności. Powoli, świadomie przyćmiewała swój blask, wybrudziła go o cały ten społeczny margines i rynsztok, stając się kimś, kim nie była. Właśnie tam siebie szukała, uwierzywszy, że tylko tam może znaleźć szczęście, poprzez odrzucenie uporządkowanego świata rodziców. Zresztą, o zmianie nawyków miałem okazje przekonać się, gdy przyłapałem ją na pośpiesznym papierosie, wypalanym w moim ogródku. „ Niech pan nie mówi tacie” rzuciła z dobrze znanym mi uśmiechem zakłopotania, ilekroć ktoś przyłapał ją na czymś niedozwolonym i nie zdążyłem nawet skonfiskować paczki, gdy śmignęła przez płot; tyle ją widziałem. Następnego dnia podarowała mi kawałek własnoręcznie zrobionego ciasta z dołączoną doń karteczką, pachnącą ostrymi perfumami, których wonią przysłaniała ślad po papierowym obłoku. Subtelna jak zawsze. Mogła mieć sto tysięcy pomysłów i drugie tyle zobowiązań , a jednak nigdy nie zapominała o szczególikach i drobnych zdarzeniach dnia codziennego.  Dbała o swoich bliskich i choć nie potrafiła długo przejmować się popełnionymi przez siebie gafami, wyciągała z nich należyte wnioski i starała się poprawić. To ta słodka część jej natury, której nie zdołał zakryć nawet strój punka (przekonywałem ją, że strój gothic lolity byłby cokolwiek odpowiedniejszy, zbywała mnie prychnięciem).

I tak oto lata następne upływały na wymianie maili, których chaotyczna treść dawała mi jakiś wgląd w stan duszy mojej lubej, jak i krótkich pobytach u ojca, zawsze dla niej nieprzyjemnych, im mocniej winiła rodziców za rozpad przytulnego domu. Znowu się zmieniała, a i ja dokonałem istotnych zmian w swoim życiu. Pogodzony z myślą o nieuchwytności Lolity, o całkowitej klęsce w odnalezieniu jakiekolwiek odpowiednika czy choćby najmniejszych dowodem uznania dla mojego oddania i poświęceń, wziąłem ślub, oddając się małżonce nie tyle z pasją, co należną jej uwagą i czcią. Co do wspomnianej małolaty, stała się kobietą, ostatecznie odcinając się od Loli-dziecka. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast patykowatego niedorostka ujrzałem wysoką, przyjemnie zaokrągloną dziewczynę. Ciągle nosiła się krzykliwie, z tą istotną różnicą, że więcej było w tym z dziewczęcej garderoby aniżeli męskiej. Tak długo hodując w pamięci dawny obraz, hołdując mu prawie co noc gdy rezolutna małżonka trzymała mnie w swoich objęciach nie odczułem ulgi, ale też nie było w tym dawnej desperacji. Wciąż była tą samą, niepokorną duszyczką i nad wyraz często mi o tym przypominała w prostych gestach. ”75DD”, powiedziała raz z niezwykłą nonszalancją, za którą chowała z pozoru nieważne informacje i udawany brak zainteresowania tematem. Pierwszych kilka sekund upłynęło mi w głębokiej zadumie, a gdy pojąłem już sens wypowiedzi, zdałem sobie sprawę, że była całkiem spostrzegawcza, dając mi do zrozumienia, że dostrzega moje pełne pasji spojrzenia, łapczywie pożerające każdy kąsek ciała. Oczywiście, nie mogła tego przyjąć, ani też nie mogła mi o tym wprost powiedzieć, nie chciała ranić ludzi i częstokroć było to gorsze niż otwarta wrogość czy odmowa– raniło bowiem nie tylko drugą stronę, ale i ją.  Czy było to spowodowane kryzysem wieku średniego, czy może faktycznym obrotem spraw, czułem, że z Chiarą ( swoją drogą, czy wiedzieliście, że imię to oznacza ‘czysta’? O na słodką ironię wszystkich niedojedzonych pączków) dzieje się coś złego. Zaczynało się powoli, aż wciągnęło ją całą, jak paskudna choroba trawiąca dusze ze skutkiem odczuwalnym przez całe ciało. Oczywiście używam tu pewnego uproszczenia, przeskakując cały okres czasu, jakim były kolejne lata, ale ponieważ nigdy mi się z tych spraw bezpośrednio nie zwierzyła, mogłem tylko zgadywać, jak mocno staczała się w objęcia złej części miasta. Wpadała coraz głębiej, nic ją nie interesowało (włącznie z rozpaczą matki, która za nic nie mogąc trafić do dziecka przesyłała w dobrej wierze pieniądze 'na życie'), potrzebowała dopiero intensywnego bodźca, który otworzyłby jej oczy. Widziałem ją potem dwukrotnie i każdorazowo przeżywałem szok większy, niż wypadałoby mi w tym wieku.

Za pierwszym razem, po długiej przerwie, nie była ani Lolitą, ani Chiarą, była tym dziwnym, obcym tworem zwanym Mary i zauważyłem, że peszyło ją, ilekroć ktoś wypowiadał to miano. Łatwo było się domyślić, że było przeznaczone dla kogoś specjalnego, kogo w tamtym momencie Lo umieściła na samym szczycie hierarchii swoich wartości i kto, najwyraźniej, jako jedyny potrafił wypowiedzieć to imię w sposób właściwy. Smutna, w depresji, o rozbieganym wzroku, trzęsących się dłoniach i równie drżących ustach, usychała z tęsknoty, walcząc najwyraźniej z jakimiś wewnętrznymi sprzecznościami – w jednej chwili chciała natychmiast wracać do Rathelonu, gonić za tym kimś, w drugiej pozostać jak najdalej, wiedziona resztkami instynktu zachowawczego. Dopiero później wyjaśniono mi, że w tamtym momencie była na końcówce terapii odwykowej, mnie zaś rzuciły się w oczy sino-różowe ślady na szyi i przejęło mnie obrzydzenie. Obraz  m o j e j  Lo w objęciach innego mężczyzny był wizją mi wstrętną, a jednocześnie funkcjonowała świadomość, iż ona pragnęła tylko jego i tylko ten nieznany mi człowiek potrafił zapewnić jej ten dziwny rodzaj szczęścia. Wręcz obawiałem się zbliżyć, by przypadkiem nie wyczuć jego zapachu (Lo zawsze fascynowały męskie perfumy i byłem pewien, że nasiąknęła wonią tego kogoś w trakcie długich, wspólnie spędzanych nocy). Widziałem już wiele jej twarzy – Lo wesoła bądź smutna; Lola zdobywczyni albo gniewna, ale Lolita obdarta ze swojego światła była bytem tak rażąco obcym, co wraz z podejrzeniem o zdradzieckie uczucie dało mi obraz istoty żałosnej, której w żaden sposób nie mogłem składać pokłonu. Nie zrozumcie mnie źle, dalej ją kochałem, ale uczucie odrzucenia było zbyt mocne; zresztą, ona sama nie szukała już mojej przyjaźni, nie potrzebowała nikogo innego, nie przyjmując do wiadomości, że jest jedyną osobą, która może ją uratować ( w myślach demonizowałem kochanka, życząc, by moment, w którym światło Lo zostanie mu zabrane przysporzył mu cierpień większych, aniżeli moje). Nie pomyliłem się zresztą co do niektórych swoich uwag – jak miałem okazje dowiedzieć się z jedynego i bardzo krótkiego w tym temacie, o charakterze niemalże ascetycznego pisma urzędowego maila, będącego odpowiedzią na moje rozpaczliwe apele i elaboraty, mężczyzna, który więcej jak pół roku miał dla siebie całą uwagę, ciało, dobroć i (przyćmiony) blask Lolity okazał się przypadkiem trudnym, ona zaś, w chwilach słabości, żyła poczuciem dziwnej winy, jakby czuła się odpowiedzialna za jego krzywdy i jej nieszczęsna wrażliwość wariowała. Był to ten specyficzny rodzaj relacji, zapewniający ciche szczęście i umożliwiający powolny rozrost, najwyraźniej zupełnie do nich niedostosowany (a może jedyny właściwy w przypadku tak ogromnego wyniszczenia emocjonalnego). Jego nie znałem, po niej zaś zawsze spodziewałem się dążenia do, dawniej utraconej, stabilizacji w życiu, bliźniaczych kubków i poduszek, a przede wszystkim miłości, która raz po raz tchnęłaby w nią nowym życiem. Nie mogę powiedzieć na pewno, ale wydaje mi się, ze decyzja o rozstaniu była obustronnym, niemym rozejmem, decyzją nad wyraz dojrzałą a wreszcie kierowanym egoizmem, który każdy z nas nosi w sobie i który czasem podpowiada właściwe rozwiązania. Nie miała skłonności do dramatyzowania, obcy był jej patos a jednocześnie przygnieciona emocjami reagowała w sposób przepisowy, płaczem. I tak oto rozpłakała matce w słuchawkę, nie mówiąc zbyt wiele a ja odebrałem to za dobry omen – raz jeszcze sprawdziła się moja przepowiednia, że powróci do życia z nową siłą i pasją.
Ujrzałem ją raz ostatni, gdy ukończyła ( z pewnym opóźnieniem) studia i przyjechała zabrać swoje rzeczy tak, by nic już nie łączyło jej z miastem rodzinnym. Paliła mosty i wiedziałem, że znajduje się na liście rzeczy, od których należy się odciąć. Wyglądała zdrowo, oczy na powrót były roześmiane, choć był to śmiech bogatszy o dawne doświadczenia, o wiedzę, która miała w sobie już zawsze nosić,  podkreślone delikatnym makijażem. Dawniej wystrzępione włosy ustąpiły miejsca długim do pasa blond pasmom, a trwający od 17 roku życia proces osiągnął apogeum – Lolita stała się prawdziwą kobietką, która lubiła ‘dziewczyńskie’ rzeczy, od różu ( choć w sposób stonowany), przez buty na obcasie, po spódnice i sukienki zarówno niepoprawne jak i te oficjalne, eleganckie. Zaakceptowawszy swoją płeć, role i naturę, jawiła mi się jako osoba zdecydowana acz nie przesiąknięta sceptycyzmem.

Dziś o Lolicie dowiaduje się głównie drogą pantoflową lub od czasu do czasu oglądając kanały młodzieżowe – jej kariera splotła się z przemysłem muzycznym, czy też kolejną jego ofiarą w postaci młodego chłopca. Nie wątpię, że młodzik przeżyje z nią piekło – porywcza, rozgadana i nie przyjmująca odmowy, pociągnie go za sobą w tym szaleńczym pędzie przez życie, wywróci na lewą stronę i zostawi ślad w pamięci; ona sama zaś zwolni tylko wtedy, kiedy na drodze stanie jej przeszłość, od której tak uporczywie przecież starała się odciąć.

_________________
"Oj czujcie mnie w kościach, bo dziać się będzie,
jam pan we włościach i car na urzędzie."
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
KaPe vol2 + rąbek historii, czyli grafomanii w złym smaku ciąg dalszy.
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Zajebisy Kurnik (czyli dom Nathaira)
» Fetysze - czyli nie bądźmy gorsi!
» Świerszcze w tle, czyli porażające pustki w grupach.
» Charlie Charlotte Mounhabierre, czyli twór bliżej nieokreślony.
» Pęcherze, ugryzienia i petryfikacja, czyli o tym jak poprawnie złapać bazyliszka...

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
na wstęp
 :: Historie postaci
-
Skocz do: