IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 82%

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Roach
Boss

avatar

Liczba postów : 43
Dołączył : 23/09/2013

Godność : Monday Lowe.
Wiek : Dwadzieścia dziewięć lat.
Zawód : Rysowniczka w niewielkiej wytwórni gier.
Orientacja : A jesteś zainteresowany, że pytasz?
Partner : Nie zaczynajmy tej rozmowy.
Wzrost i waga : 169 cm / 47 kg.
Znaki szczególne : Tatuaże, dwadzieścia pięć kolczyków, kolor włosów.
Aktualny ubiór : W podpisie.
Ekwipunek : Papierosy, telefon komórkowy, szkicownik, kosmetyczka i parasolka.
Obrażenia : Nienaruszona, nie licząc możliwego raka płuc. Widzieliście ile to to pali?

PisanieTemat: 82%   Nie Lis 03, 2013 5:28 pm


    Donośne pukanie do drzwi wyrywa młodą kobietę z lekkiego snu, po czym nagle ucicha. Nieco zdezorientowana właścicielka mieszkania siada powoli na łóżku, poprawiając dużo za dużą koszulkę z nieco wytartym logiem firmy Pink Bat, w której pracuje już od kilku dobrych lat i rozgląda się dookoła po niebywale schludnym, aczkolwiek rozmytym przez brak okularów, pokoju, robiącym jednocześnie za gabinet i pracownię. Kilka sekund trwa bez ruchu, zgarbiona, zastanawiając się, czy pukanie nie było przypadkiem fragmentem snu, ale zanim udaje jej się ponownie położyć głowę na poduszce, pukanie rozbrzmiewa po raz drugi, tym razem zdecydowanie głośniej. Niebieskowłosa wydaje z siebie zduszony jęk i po omacku szuka na pod poduszką sporych, okrągłych okularów zapasowych i wstaje z łóżka w myślach obiecując sobie, że nie będzie się długo bawić z osobą, która z godnym podziwu uporem wali w jej drzwi. Jak każdy przeciętny obywatel Rathelonu musi pójść do toalety.
    Podciągając w drodze luźne, męskie bokserki robiące jej za dół pidżamy kobieta dociera w końcu do drzwi i jeszcze zaspanymi oczami wygląda przez wizjer. Przed jej drzwiami stoi jakiś wysoki mężczyzna, którego twarz absolutnie nic jej nie mówi. Jehowy albo domokrążca. Kobieta krzywi się lekko, przeczesuje palcami nieco skołtunione, niebieskie włosy i uchyla lekko drzwi, mrużąc oczy w ostrym świetle.
    "Tak..?" Pyta cicho, siląc się na uprzejmość pomimo kiepskiego nastroju, spowodowanego piciem i pracą do późna, oraz nagłym wyrwaniem z łóżka. Mężczyzna uśmiecha się do niej szeroko, po czym poprawia krawat w szarmanckim geście aktora tanich telenoweli.
    "Witam w tym pięknym dniu! Jak się pani miewa?" Odpowiada mu pełna napięcia cisza i średnio przychylne spojrzenie. "Jestem przedstawicielem rady osiedla. Mam odwiedzić wszystkich mieszkańców tego budynku w celu powiadomienia ich o nadchodzącym porządku garażu podziemnego. Czy ma pani samochód?"
    "Nawet jeśli, to naklejenie informacji o sprzątaniu na skrzynkę pocztową w pełni by wystarczyło..." Kobieta wzdycha ciężko i opiera się łokciem o framugę, zasłaniając widok ciekawskiemu jegomościowi, któremu najwyraźniej nie przeszkadza skrajna niechęć, którą bombarduje go rozmówczyni.
    "Jesteśmy osiedlem przyszłości. Tutaj każdy może liczyć na powiadomienie o ważnych sprawach osobiście"
    "Mogliście osobiście nakleić każdemu na drzwi kartkę z datą i prośbą o zabranie samochodu."
    Nastała chwila krępującej ciszy, przerywana tylko cichym szumem pracującej pełną parą klimatyzacji w zakrytym za dość imponującym biustem mieszkaniu.
    Krępy brunet już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim jakiekolwiek słowo opuściło jego gardło, ciężkie drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem.
    Monday Lowe, bo tak nazywała się kobieta aktualnie biegnąca truchtem do niewielkiej łazienki w swoim skromnym, ale dość przytulnym mieszkanku, miała dwadzieścia dziewięć lat i smutną świadomość tego, że nigdy nie zda egzaminu na prawo jazdy. Podchodziła do niego już osiem razy, a efekt był zawsze taki sam - kłótnia z egzaminatorem, trzaskanie drzwiami samochodu na środku skrzyżowania i pełen goryczy powrót do czteropiętrowego budynku w odcieniu toaletowego fioletu, będącego czymś pomiędzy apartamentowcem a blokiem. Jedynym jej sposobem transportu był niewielki, całkowicie żółty rower, aktualnie robiący za wieszak na kapelusze w przestronnym przedpokoju. Swoją drogą na kartę rowerową też nie zdała.
    Dni kobiety zawsze wyglądają podobnie. Wstaje grubo po południu, obolała i cierpiąca na efektu nocnego umilania sobie pracy alkoholem, wędruje do łazienki. Spędza w niej średnio ponad godzinę, która mija jej na wzięciu gorącej kąpieli, wtarciu we włosy kilku drogich odżywek, umalowaniu paznokci, ułożeniu jaskrawoniebieskich końcówek, zrobieniu makijażu i, ostatecznie, wybraniu dwudziestu czterech kolczyków ze sporego koszyka tkwiącego w szafce na leki. Doprowadzona do stanu używalności publicznej przechodzi do garderoby w której dłuższą chwilę szuka ubrań, o których myślała w łazience, aż w końcu wychodzi z domu w celu zjedzenia śniadania w pobliskim fast foodzie. Średnio do godziny dziewiętnastej snuje się po mieście bez celu, korzystając z uprzejmości wyposażonych w samochody znajomych, lub podróżując komunikacja miejską, po czym wraca do domu, jeżeli nie znalazła sobie w tym czasie lepszego zajęcia. Na miejscu przebiera się w kreację roboczą (która składa się z krótkich spodenek tylko i wyłącznie) i zabiera się do pracy.
    Roach to jej pseudonim, którym posługuje się w Internecie. Pomimo doskonałych wyników na studiach, wyposażona w tytuł magistra kobieta pracuje jako rysowniczka w firmie tworzącej gry erotyczne o cokolwiek kontrowersyjnym wydźwięku, wkładając w swoje dzieła cały swój mentalny pedantyzm i dokładność, która niespecjalnie dziwi, gdy ktoś weźmie poprawkę na jej wyuczony zawód. Mimo wszystko nie narzeka - może i marzyła o innej posadzie, ale ta daje jej satysfakcję, dowolne godziny pracy i dochody pozwalające jej żyć na takim poziomie, jaki uważa za komfortowy. Poza tym lubi być doceniana i chwalona, a jej dopracowane rysunki o nieco abstrakcyjnie-realistycznym wydźwięku zdobyły jej setki fanów na całym świecie. Wszystko to dzięki Internetowi.
    Powróćmy jednak do rzeczywistości, jako że Monday zdążyła już skończyć swój poranny rytuał łazienkowy. Tym razem jednak nie jest umalowana ani uzbrojona w kolczyki, wręcz przeciwnie. Przebrała się jedynie w świeżą pidżamę składających się z luźnych bokserek w kolorze słonecznika i białej koszulki z wdzięcznym napisem "Wiem co to piekło, przeżyłam uniwersytet". Ziewając rusza w kierunku praktycznie nieużywanej kuchni, po drodze wydzierając nieaktualną kartkę z kalendarza. Spore czerwone kółko wokół jednej daty przykuwa jej uwagę. "Urodziny ojca". Kobieta odrzuca głowę do tyłu i wydaje z siebie przeciągły jęk. Pan Lowe to aktualnie jedyna żyjąca rodzina, którą może pochwalić się Monday, jako że reszta padła ofiarom wspólnego interesu, jakim jest nielegalne handlowanie bronią. Roach nigdy nie chciała przejąć posady ojca, której ciężar spadł jej na ramiona po śmierci jej starszych braci. Wystarczył jej fakt, że od swoich siedemnastych urodzin była szefem jednej z nielegalnych organizacji w mieście, którą dostała w spadku po najstarszej latorośli Lowe. Każda wizyta u ojca kończyła się awanturą, wyrzutami sumienia i dwoma miesiącami wymownej ciszy na linii ojciec-córka, więc reakcja kobiety była w pełni zrozumiała. Po chwili natarczywego wpatrywania się w kalendarz z nadzieją, ze zaznaczenie nagle zniknie, niebieskowłosa wzdycha ciężko i decyduje się na bezpieczne wykonanie telefonu i wmówienie rodzicielowi, że naprawdę nie ma czasu go odwiedzić i nie mówi tak dlatego, że nie chce go widzieć.
    Chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że właśnie o to chodziło.
    Ciche skwierczenie jednego francuskiego tosta tkwiącego na miniaturowej, różowej patelni pozwala jej się na chwilę odprężyć. W tak zwanym międzyczasie podpina do prądu mały ekspres do kawy i robi sobie spore latte. To chwilowe stracenie patelni z oka okupuje kłębem duszącego dymu, spalonym chlebem i długim szorowaniem patelni przy akompaniamencie siarczystych, chińskich bluzgów. Ostatecznie decyduje się nie jeść śniadania. Nie było to dla niej niczym nowym, od kiedy wyprowadziła się z domu w wieku osiemnastu lat jadła okazjonalnie, zazwyczaj miniaturowe sałatki lub kupowane w fast foodach kanapki wielkości piłek do tenisa. Od dziecka cierpiała na lekki jadłowstręt, a wieloletnie wmuszanie w nią sporych obiadów zostawiło trwały ślad na jej psychice. Zmęczona samym faktem wstania z łóżka kobieta siada przy niewielkim szklanym stole ozdobionym jedną sylikonową podkładką pod talerze w odcieniu pastelowego błękitu. Bierze do ręki niewielki, leżący obok pustego dzbanka tablet i szybko wchodzi na stronę z artykułami na wszelkie aktualne tematy, które mogą interesować mieszkańców miasta. Może i była przesadnie nowoczesna, ale nie widziała sensu wydawania pieniędzy na telewizję czy gazety, skoro wszystko czego potrzebowała było w Internecie - za darmo. Kilkanaście minut spędza w bezruchu, siorbiąc boleśnie przeciętną kawę z mlekiem, sumiennie udając, że niespecjalnie obchodzi ją to, co czyta, aż w końcu wstaje, wkłada kubek do pustej zmywarki i wraca do sypialni. Szybko ścieli łóżko, kładzie obklejony ręcznie robionymi naklejkami komputer na zieloną pościel i z cichym westchnieniem zaczyna przeglądać dane, do których zdecydowanie nie powinna mieć dostępu.
    Zdobycie w tym mieście informacji jest łatwiejsze niźli by się wydawało. Praktycznie na każdym zakręcie mieszka jakiś haker, którego można przekupić drobną sumką, ciastem, czy obietnicą, której nigdy się nie wypełni. Jeżeli włamiesz się gdzieś bez niepotrzebnej brawury, za to z ostrożnymi, szkatułkowymi zabezpieczeniami, masz spore szanse na to, że nikt nawet nie wychwyci twojej obecności. Musisz tyko wybierać takie godziny, w których serwery są przepełnione. Ona sama nigdy nie rozumiała tej fascynacji informatyką (uczyła się jej tylko dlatego, że była przedmiotem obowiązkowym), ale lubiła komputery. Za młodu (czyli w swoich studenckich latach) bawiła się różnymi rzeczami, po części na zaliczenie, po części dla własnej przyjemności. Z czasem nauczyła się robić całkiem niezłe pluskwy. Kamery, podsłuchy, niewielkie urządzenia zakłócające sieć - wszystko to się przydawało w najdziwniejszych sytuacjach, ale jej największą satysfakcję sprawiało robienie pluskiew komputerowych. Potrafiła zrobić wszystko, od ukrytych nadajników zapamiętujących hasła, przez niemożliwe do usunięcia (bez demontażu komputera) wirusy, na miniaturowych ładunkach wybuchowych, które spalały płytę główną, gdy tylko włączyło się konkretną opcję kończąc. Cała jej pasja do "majsterkowania" zrodziła się, gdy miała trzynaście lat. Włamywała się wtedy z bratem do magazynu broni rodziców i uciekali z kieszeniami pełnymi najróżniejszych naboi, które potem rozmontowywali w pracowni ojca. Swoje dzieła zazwyczaj wkładali do jednego z awaryjnych pistoletów, trzymanych w domu "tak na zaś" i strzelali nimi po szkole w opuszczonych budynkach portowych. Teraz, po wielu latach, Roach wie, że nie była to zabawa ani bezpieczna, ani mądra, ale gdyby nie ona, byłaby teraz zupełnie innym człowiekiem. Właśnie wtedy zaczęła kraść, a jej chorobliwa zazdrość o wszystko i wszystkich sprawiła, że z czasem doszlifowała tą umiejętność. Zabawy z bronią ukierunkowały jej karierę, a feralny wypadek, gdy jej źle skręcony nabój wybuchł w połowie lufy, uświadomił jej, jak ważna jest dbałość o szczegóły. Zamknięta trumna młodszego brata tylko utwierdziła ją w tym przekonaniu i położyła kamień węgielny pod wszystkie jej przyszłe paranoje na punkcie dokładności.
    Donośny pisk powiadomienia wyrywa ją z transu, w którym koloruje scenę brutalnego gwałtu studentki w jednym ze złych zakończeń gry. Zaskoczona kobieta ściąga słuchawki, z których na powrót zaczęły sączyć się rozsadzające bębenki basy i minimalizuje okno programu. Szybko przerzuca się na swoją skrzynkę mailową i z radością odkrywa, że na jej konto wpłynęła obiecana kwota za projekty postaci do gry. Zadowolona odpisuje szefowi na maila, po czym zeskakuje radośnie z łóżka i idzie w kierunku garderoby. Zakłada na siebie pierwsze lepsze ubrania, niespecjalnie przykładając wagę do tego, czy kolory ze sobą współgrają, przebiega w szpilkach do łazienki, doprowadzając tym samym sąsiada z dolnego pietra (który za trzy tygodnie umrze na zawał serca, zwalniając tym samym praktycznie nieumeblowane mieszkanie) do szewskiej pasji. Maluje się, dobiera kolczyki i wychodzi z mieszkania, narzucając na ramiona cienki płaszcz. W ostatniej chwili wraca do mieszkania żeby zapisać rozpoczęty panel, na odchodne mrugając wesoło zapłakanej dziewczynie na ekranie jej komputera, aż ostatecznie zamyka za sobą drzwi i wychodzi na eleganckie, wysprzątane podwórko.
    Na to miniaturowe osiedle wprowadziła się zaraz po studiach W normalnych warunkach szukałaby sobie czegoś bardziej oddalonego od rodzinnego domu, ale uznała, że nie może mieszkać u swojej przyjaciółki dłużej niż miesiąc. Wzięła to, co było do zaakceptowania. Budynki były nowe, a dwudziestosześcioletnia panna Lowe należała do pierwszych dziesięciu mieszkańców trzech karłowatych bloków znajdujących się niecałe sto metrów od stacji metra. Podobno zamysłem projektantów było stworzenie atmosfery z przedmieście w samym sercu miasta, ale nic z tego nie wyszło. Nic dziwnego, wszystkie okoliczne wieżowce miały grubo ponad naście pięter. Wyglądając przez okno człowiek czuł się jak w więzieniu. Cóż, przynajmniej z tego powodu nie trzeba było wydawać fortuny na czynsz.
    Pierwsze tygodnie były ciężkie. Nie miała pracy, pieniędzy na zakup chociażby normalnego łóżka, czy motywacji do chodzenia po sklepach. Trudno się dziwić, jej awantura z promotorem o wypożyczenie narzędzi skutecznie zamknęła jej drogę do zdobycia tytułu doktora robotyki, każdego by to zdrowo przybiło. Dopiero mocno zakrapiana parapetówka z niewielkim gronem przyjaciół przywróciła jej chęci do życia, a wypłata, która wpłynęła do jej portfela następnego dnia, na dobre zacementowała jej miłość z zupełnie innym od jej wyobrażeń mieszkaniem. Kupiła proste meble jasno dające do zrozumienia, że w mieszkaniu jest tylko jedna osoba, wymieniła podłogi, odremontowała całą łazienkę, a ostatecznie wydała fortunę na farby i masę papierową, z których własnoręcznie wykonała ozdoby takie jak gigantyczny malunek zombie-krakrena na ścianie sypialni, czy naturalnych rozmiarów rzeźba powstałego z martwych mężczyzny, który w nocy zawsze przyprawiał ją o miniaturowy zawał serca, gdy wchodziła do garderoby (która w oryginalnym zamyśle była pokojem dziecięcym dla mieszkających tutaj par, tyle że ona nie ma ani pary, ani dziecka – na szczęście). Cała ta remontowa gorączka w końcu przekonała ją do zrobienia sobie tatuażu, o którym myślała od dobrych kilku lat. Przygotowała szkice dziesiątek propozycji i ruszyła do najbliższego salonu, który nie miał w swojej historii zachorowania na tężec i przystąpiła do negocjacji. Skończyło się tak, że zamiast jednego, wyszła z trzynastoma nowymi tatuażami, czerwonymi od płaczu i dymu z uspokajających skrętów oczami i wyznaczoną kolejną wizytą. Od tego czasu średnio raz na dwa miesiące przychodziła dorobić sobie kolczyk albo kolejny tatuaż, aż ostatecznie uznano ją za honorowego klienta i dochodzącego projektanta.


Ciąg dalszy nastąpi, bo autorka to leniwy płot z zanikiem motywacji. (;¬_¬)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
82%
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
na wstęp
 :: Historie postaci
-
Skocz do: