IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Palladium Club.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Palladium Club.   Wto Lis 19, 2013 3:01 pm



PALLADIUM CLUB

Można powiedzieć, że pod względem prestiżu klub ten zajmuje drugie miejsce w dzielnicy rozrywkowej. Nie bez powodu, skoro gwarantuje dobrą zabawę oraz wysokiej jakości alkohole i przekąski. Przede wszystkim jest to o tyle przestronne miejsce, że dla nikogo nie powinno zabraknąć miejsca. Nocami odbywają się tu imprezy, aczkolwiek czasem właściciel udostępnia salę na bardziej kameralne spotkania. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Miejsce to jest monitorowane, a ochrona na pewno nie pozwoli na niszczenie mienia właściciela.
Za barem klubu znajdują się drzwi, które prowadzą do niewielkiego pomieszczenia dla personelu. Ściany tam dość mocno tłumią dźwięk muzyki z sali, dlatego też jest to miejsce, w którym barmani czy kelnerki mogą na chwilę odpocząć.

Dodatkowe informacje:
― Klub jest własnością Josha Paige'a. Opis NPC znajduje się tutaj (niżej). Pracuje tu, jako barman. Feel free to use.
― Takanori jest jego wspólnikiem i także pełni rolę barmana. Czasem muzyka.
― Tak, nie chciało mi się rozpisywać. ~


_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Nie Lis 24, 2013 12:46 pm

Było jeszcze wcześnie – na tyle, że jeszcze nie musiało go tutaj być. Jednak o ile dzień Ryana zaczął się całkiem obiecująco, pomimo niektórych niedociągnięć, tak po opuszczeniu domu i załatwieniu wszystkich spraw niekoniecznie miał co robić. Perspektywa siedzenia w klubie wydawała mu się być znacznie przyjemniejsza, niż w pustym i jasnym domu. Szczególnie o tej porze, gdy tłumy jeszcze nie wypełniały wielkiej sali, która pomimo przestrzenności wydawała się być całkiem przytulna w półmroku, który panował tu nawet za dnia. Kolorowe światła neonów nadawały nastroju temu miejscu. Na całe szczęście teraz nie migały złośliwie, by uatrakcyjnić zabawę na parkiecie. Czasem przyprawiały go o ból głowy, co sprawiało, że niekoniecznie było to idealne miejsce pracy, aczkolwiek nie miał w zwyczaju narzekać.
Dźwięk kroków niósł się echem po pustej sali, gdy ciemnowłosy kierował się w stronę baru, niosąc jakąś książkę pod pachą, a w ręce trzymając papierowy kubek, wypełniony jeszcze ciepłą kawą. Gorący napój już od dawna nie przynosił takich efektów, jak na początku, jednak pomimo braku pobudzających właściwości nie zamierzał z niego zrezygnować. Przysunął kubek do ust, a drzwi, które prowadziły do niewielkiego pomieszczenia za barem uchyliły się. Ciemnowłosy nie przejął się tym faktem i w spokoju upił łyk latte. Doskonale wiedział, że w budynku – najpewniej już od kilku godzin – znajdował się jego białowłosy współpracownik, do którego należało to miejsce. Zawsze zostawiał otwarte drzwi, bo potrafił poradzić sobie z nachalnymi wielbicielami drogich alkoholi, którzy lubili czasem wpakować się do środka grubo przed czasem. Właściwie siłował się z plastikowym koszem, pełnym szklanych butelek, jednak usłyszawszy, że ktoś się zbliża, zaraz wlepił spojrzenie niebieskich oczu w delikwenta. Już rozchylił usta, żeby poinformować, że lokal jest jeszcze nieczynny, aczkolwiek szybko rozpoznał Cowell'a i posłał mu lekki uśmiech. Przyjazny grymas nie został odwzajemniony, aczkolwiek ktoś, kto już tyle czasu miał okazję spędzić w towarzystwie Takanoriego, najpewniej zdążył się przyzwyczaić do kompletnego braku uprzejmości z jego strony. Skinął mu zaledwie głową na powitanie.
Chyba bardzo nie lubisz mieć wolnego ― podjął zaraz, unosząc brwi w udawanym zdumieniu. W końcu ciemnowłosemu już nie raz zdarzało się przychodzić przed wyznaczoną godziną. ― Nie musiałeś przychodzić tak wcześnie.
Coś w tym jest ― rzucił i wzruszył lekceważąco barkami. ― Na twoim miejscu raczej cieszyłbym się, że nie muszę użerać się z tym bez pomocy ― mruknął, wymownie zahaczając wzrokiem o kosz z butelkami. Zapewne na zapleczu było ich znacznie więcej. ― Poza tym sam jesteś dużo wcześniej ― zauważył, zresztą całkiem słusznie. W tym czasie zdążył już ominąć mężczyznę i zniknąć mu z oczu w niewielkim pomieszczeniu dla personelu. Na niewielkim stoliku położył kawę i książkę, po czym zsunął z siebie kurtkę, którą odrzucił niedbale na fotel.
Fakt. Chciałem odbębnić to wcześniej, bo trochę się spieszę, a i tak mogę się nieco spóźnić, więc dobrze się składa, że tu jesteś. Oczywiście, jeżeli nie będziesz miał nic przeciwkooo... ― przeciągnął niepewnie. Zwykle starał się być w miarę taktowny, chociaż wiadomym było, że raczej nie poczułby się źle, zostawiając szarookiego samego z jego własną niedokończoną pracą.
Jasne. Idź ― odparł bez przejęcia, ponownie przechodząc za bar, w tym czasie mężczyzna odkładał już kosz na podłogę z szerokim uśmiechem na twarzy. Ciemnowłosemu było mu to zdecydowanie na rękę. Josh miał to do siebie, że lubił czasem dużo mówić, byleby tylko zagłuszyć panującą wokół ciszę.
Ratujesz mi dupę.
Jak zawsze ― westchnął zrezygnowany.
Niedługo po tym został sam. Paige szybko uwinął się z zebraniem i opuścił klub, wcześniej życząc powodzenia swojemu wspólnikowi. Nishimura z kolei od razu zabrał się za rozstawianie części butelek na szklanych półkach, a dźwięk obijającego się o siebie szkła wypełnił całą salę, niosąc się echem.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Wto Lis 26, 2013 7:22 pm

To był ten dzień, w którym Gilbert dowiedział się, że umrze. No, nie tak dosłownie. Jak każdy cywilizowany prawie-że-nadal-nastolatek-ale-jednak-nie-do-końca przyszedł na imprezę. Naturalnie był to odruch absolutnie zdrowy i nie zagrażający życiu jakiejkolwiek jednostce rozrodczej w promieniu dwudziestu siedmiu tysięcy kilometrów kwadratowych. Wszystko wydawało się iść jak po maśle. Romantyczny wieczór z taksówkarzem, który był równie rozmowny co drewniana noga od stołu, o ile jednak nie mniej – to na wstęp. W dalszej kolejności niemalże baśniowe chwile, gdy wygramolił się z pojazdu wraz z psem i ruszył tanecznym krokiem ku plaży, ciepłemu piasku, odgłosom radości, zabawy, towarzystwie wspaniałych, uczynnych ludzi i... alkoholików, ćpunów, dziwek, metalów drących swoje niewyparzone mordy... no i jego towarzystwo. Równie przyjęte, co przejeżdżanie papierem ściernym po nagiej skórze pleców, wzdłuż kręgosłupa.
„Umarłeś, Gilbercie” - szeptał wkurwiający głosik w jego głowie, gdy młodociany detektyw przesuwał dłonią po policzku. Ile dni minęło? Ile jeszcze będzie musiało minąć? I dlaczego jego umysł tak figlarnie szalał, wysuwając naprzód obrazy, których wcale nie powinien był pamiętać? Uniósł rękę, aktualnie zawiniętą w śnieżnobiały bandaż i przesunął jej wierzchem po rozgrzanym czole. Parę godzin, gdy po raz czterdziesty siódmy zaznaczał policjantowi, że „wszystko jest w porządku”, w końcu go puścili. Ani razu nie powiedział tego szczerze. I wcale nie dlatego, że ręka pulsowała mu bólem, że w brzuchu zawiązał się supeł. Nie takich ran nabył się w tej niewinnej bitewce z wrogami ciemnowłosego znajomego. Kolejnych pamiątek nabył się dwa dni później. Ledwie dwa dni, a on ponownie odwiedził lekarza z krzywym uśmiechem. „Cześć doktorze”, rzucił wtedy, patrząc w zatroskaną twarz staruszka po siedemdziesiątce. „Hej, Charlie. Daj od razu kartę stałego klienta, podbiję”. Gilbert nagle westchnął cicho, odsuwając od siebie wspomnienia sprzed paru dni. Jasna cera na policzku w pewnym momencie delikatnie rumieniła się, tworząc różowy okrąg wokół zzieleniałego siniaka – jednej z pamiątek po tych idiotach. Gdybym wiedział, że ten palant... ten... ten... to bydle! – NO NIE. Skąd ta przemoc słowna?! Nie za ostro? - Gdybym wiedział, to w życiu bym do niego nie podszedł. Niech mnie pocałuje w dupę, warknął, palcami przesuwając po obitym miejscu. Dłoń trafiła w końcu do kieszeni płaszcza, usta – z pękniętą dolną wargą – schował za ciemnoczerwonym szalem, który dawno temu otrzymał od...
- KYA~!
- Huh? O rany. To znaczy! Nie to miałem na myśli! Przepraszam, nie chciał-- ała. Czekaj. Chwi-- ugh! – Uniósł jedną rękę, wysuwając naprzód lewe ramię, jakby chciał zamortyzować uderzenia. - Ey, chwila! Nie chciałem! Zagapiłem się tylk-- Jezu, kobieto, urwiesz mi rękę! – mruknął ostatnie zdanie pod nosem, gdy młodociana dziewczyna ostatni raz uderzyła go twardą jak cegła torebką, przycisnęła ją nagle do piersi i... cóż. Gilbert od zawsze wiedział, że gdy wpadnie na jakąś kobietę – nigdy nie będzie to przyjemne spotkanie. Jego zasada dotycząca dziewcząt była zresztą całkiem prosta: nie chciał – nie miał, chciał – nie miał. Czego tu właściwie chcieć więcej, jak nie pieprzonej stabilności?
Jej duże, błękitne oczy, świecące się ponad rumieńcem, rzuciły na chłopaka ostatnie, wręcz mordercze spojrzenie. Finalnie został nazwany jeszcze „głupkiem!”, a później mógł podziwiać niezbyt zgrabne ciało uciekające gdzieś w przeciwnym kierunku. I za co? Przecież tylko na nią wpadł. Zresztą, nic nie mógł poradzić na to, że gdy wszyscy – wraz z nieznajomą – stali w kolejce po wzrost, on zgubił się gdzieś po drodze, natrafiając na całkiem nieprzydatne cechy. Między innymi upartość, której zdecydowanie nie można było mu odmówić. Kto normalny rozpamiętuje tak banalne sprawy i chce postawić na swoim, choć nie zawsze ma to swoją słuszność?
Gilbert chciał i właśnie zmierzał szybszym krokiem ku... do licha, jak on nie znosił takich miejsc. Cuchnące tytoniem, potem, krwią, tanimi perfumami. Przeczesał szczupłymi palcami roztrzepane, czarne kosmyki, nawet nie zwracając uwagi na mijających go ludzi.
- Po prostu za dużo o nim myślę – westchnął, wtulając usta w miękki materiał szala.
Chyba nawet nie zwrócił uwagi na to, że jest za wcześnie. Że mogłoby być zamknięte. Że fakt, iż nacisnął klamkę, a ona ustąpiła posłusznie, że drzwi pchnięte, ulegle dały się uchylić to coś zwyczajnie nieoczywistego. Jakby tak miało być. Jakby Salvatore rzeczywiście musiał wejść do sali, jakby to właśnie on mozolnym krokiem miał przemierzyć parę metrów, jakby to on – nikt inny – miał unieść wreszcie dwubarwne spojrzenie i dostrzec jego. Z palcem wskazującym zahaczonym o szal, z ustami delikatnie dotykającymi palca wpatrywał się przez chwilę w sylwetkę stojącą za barem. Wyrwany z transu, wyszarpał ciemnoczerwony materiał z szyi, odsłaniając niewielkie zadrapanie, rozciętą wargę i siniec na twarzy. Jego mina nie wskazywała na to, aby cieszył się z tego spotkania.
Z drugiej strony nie potrafił być wściekły. Ambiwalencja uczuć rozrywała jego umysł, gardło ścisnęło się, sprawiając, że głupie przełykanie śliny zdawało się niekomfortową czynnością, bez której życie byłoby bardziej kolorowe. Zapomniał już nawet o miłym uśmiechu lekarza, natrętnych policjantach przesłuchujących go non stop i dziewczynie, która nie życzyła sobie, by jakiś kurdupel obmacywał znienacka jej nierozwinięte jeszcze w pełni ciało.
- Przyszedłem po odszkodowanie – rzucił nagle, zaciskając palce na szalu. Jego spojrzenie, dotychczas raczej znużone codziennością, stało się harde i błyszczące. Zdawać się mogło, że nie trzeba światła, by w kącikach jego nienaturalnych ślepi dwie malutkie iskierki mogły fiknąć koziołka. - I chcę coś cholernie dobrego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Wto Lis 26, 2013 10:45 pm

Dźwięk otwieranych drzwi został stłumiony przez stuknięcie butelki o półkę. To opóźniło trochę reakcję ciemnowłosego na to, że przestał być jedyną osobą, która w tym momencie przebywała w klubie. Intruz zyskał sobie trochę czasu na przekroczenie progu lokalu bez słownego upomnienia i nakazu wyjścia. Nie został także potraktowany nieprzychylnym spojrzeniem, będącym marnym zastępstwem powitania. Nieświadomość nie trwała jednak długo, ponieważ zatrzaskujące się drzwi już całkowicie zdradziły obecność gościa, nieupoważnionego do przebywania w tym miejscu o tak wczesnej porze. Szarooki impulsywnie zaklął w myślach, na moment rezygnując ze swojego – na szczęście prawie już skończonego – zajęcia. Kiedyś zapewne rozważy zabarykadowanie tych cholernych drzwi dla świętego spokoju. Może to raz na zawsze rozwiązałoby problem z ludźmi, do których nie docierało, że treść tabliczki wywieszonej na drzwiach, tej z godzinami otwarcia, należało brać sobie do serca lub – jeśli serce to za wiele (a Cowell był idealnym przykładem kogoś, kto był go pozbawiony) – wbić sobie je do głowy.
Z miną człowieka, który był już zmęczony klepaniem w kółko tej samej regułki w takich sytuacjach, zwrócił twarz w stronę drzwi wejściowych. Z początku nie miał możliwości, by rozpoznać twarz przybyłego. W półmroku cień doskonale maskował chłopaka, do tego szalik, który zasłaniał mu twarz dodatkowo utrudniał mu identyfikację. Nic dziwnego, że w pierwszym odruchu wziął go za dzieciaka, który urwał się z lekcji. A to nie było miejsce dla cwanych gimnazjalistów, którym wydawało się, że ich nachalność sprawi, że dostaną upragnioną butelkę piwa albo paczkę fajek. Oczywiście to, że sam w niedalekiej przeszłości nie był przykładnym nastolatkiem, nie przeszkadzało mu w tym, by teraz samemu utrudniać życie młodszym.
Kiepsko uczą was czytać, co? Zamknięte ― rzucił, a jego ton sam w sobie sprawiał, że te słowa w uszach odbiorcy mogły składać się na treściwe „Wypierdalaj”. Jeszcze tylko chwila, dosłownie moment, a kolorowe neony rzuciły lekkie światło na odsłoniętą już twarz czarnowłosego. Tyle w zupełności wystarczyło, aby wszelkie wątpliwości Nishimury zostały rozwiane. Uniósł brwi w niemym zdziwieniu, choć szybko doszedł do wniosku, że ta wizyta wcale nie była aż tak niespodziewana. Natychmiast wrócił myślami do zdarzenia sprzed kilku dni. Okoliczności wymagały zostawienia Gilberta w dość nieciekawej sytuacji, aczkolwiek ciemnowłosy do teraz nie czuł się za nią w żaden sposób odpowiedzialny. Nie prosił się o towarzystwo detektywa na festynie, więc to on sam siebie skazał na ten nieszczęśliwy przypadek, przez który teraz wyglądał dość marnie. ― Młody Sherlock we własnej osobie ― podjął, jednak zaraz umilkł, usłyszawszy, że policjant nie przyszedł tu tylko po to, by stać jak kołek i gapić się na niego, pomimo tego, że przez moment można było odnieść właśnie takie wrażenie.
„Przyszedłem po odszkodowanie.”
Pytający wyrac mimowolnie wstąpił na jego twarz, by
„I chcę coś cholernie dobrego.”
zaraz ustąpić miejsca nieco pobłażliwej minie – jakby miał do czynienia z małolatem, który zaczął wymyślać niestworzone historie, na które dobrze było w ciszy przytakiwać, by w miarę szybko skończył i aby nie obyło się bez drobnej satysfakcji.
Koledzy z pracy nie zjawili się na czas? ― odezwał się po chwili politycznej ciszy i nie wyglądał na przejętego tym, że młodociany gliniarz skończył, jak skończył. Ryan nie mógłby mu pomóc nawet, gdyby tam został, bo sam miał problem na głowie. ― Obawiam się, że nie jestem ci nic winien. Jeśli myślisz inaczej, to pewnie powinienem odświeżyć ci pamięć ― mruknął dość niejasno.  Z niewiadomych przyczyn obecność Raymonda nie była dla niego drażniąca, pomimo tego, że czarnowłosy niejednokrotnie starał się uprzykrzyć mu życie. To podejście sprawiło, że wrócił do ustawiania kolejnych butelek, co nie przeszkodziło mu w rozwinięciu swojej myśli: ― Zawsze mogłeś skończyć połamany. Oczywiście możesz mieć mi to za złe, jeżeli zadowala cię wizja lądowania pod tłustymi facetami. Mój błąd. Ale nie da się ukryć, że moja pięść nie miała nic wspólnego z kiepskim stanem twojej twarzy ― zakończywszy wypowiedź, wzruszył lekceważąco barkami. Nie mijał się z prawdą. Prawdopodobnie, gdyby przyszło mu wziąć udział w bezpośrednim starciu z Salvatore'm, prawdopodobnie skończyłoby się to znacznie gorzej. Chcąc nie chcąc, dla obojgu.
Plastikowy kosz zaszurał głośno o podłogę, odsunięty na bok przez szarookiego. Był to sygnał skończonego zadania. Dopiero teraz odwrócił się przodem do chłopaka i podszedł bliżej baru, po czym oparł łokcie o blat. Przez krótki moment, w słabym świetle, mogło się wydawać, że jego spojrzenie nabrało drobnej podejrzliwości. Może starał się doszukać jakichś nieprawidłowości w zachowaniu Gilberta? Po części to, że przychodził tu po takim czasie mogło wydać się dość dziwne, ale przesadna ostrożność Takanoriego też była raczej niewskazana, a z pewnych względów – o których za chwilę miał wspomnieć – rzeczywiście był mu coś winien. Nie miała to być wielka przysługa, ale nic nie stało mu na przeszkodzie, żeby postawić mu chociażby drinka.
Więc jednak nie skorzystałeś z okazji, by posadzić mnie na stołku przesłuchań ― zauważył, opierając policzek o dłoń. Przypuszczał, że detektyw doskonale wiedział, że tamto zdarzenie otwierało mu ścieżkę ku temu. Z tym wyjątkiem, że z racji jego poszkodowania, musiałby zająć się tym ktoś inny. ― Cholernie dobrego ― zacytował zaraz. ― Wolisz być świadomy tego czym cię upiję czy mam wolną rękę?
Jak zawsze pewny siebie.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Czw Lis 28, 2013 9:07 pm

Jego ciemna brew powędrowała ku górze.
- Kiepsko cię uczą logiki, co? Otwarte – odpowiedział identycznym tonem, jakby odszczekiwał na wcześniejsze szczeknięcie. Jego mina stała się nagle mniej rozczulająca; powieki uchyliły się odrobinę, twarz stężała, usta wykrzywiły się w wyrazie poirytowania i czegoś, co było łudząco podobne do rezygnacji. Takanori nigdy nie był w oczach Gilberta osobą, z którą można spokojnie porozmawiać. Na każde słowo odpowiadał złośliwością, jak gdyby tylko jego zdanie liczyło się na świecie. Jakby tylko on miał prawo mieć rację, a pomyłki nie miały racji bytu. A zresztą. Nawet gdyby takie się zdarzyły – to Takanori. Jego pomyłki nie są pomyłkami. Może to tak drażniło młodego detektywa? Że miał do czynienia z kimś, kto uważał się za najlepszą partię świata. A wcale nią nie był, dokończył warkliwie w myślach, przechylając niedbale głowę na bok. - Nacisnąłem klamkę, drzwi uchyliły się. Przeczysz swoim słowom albo nie potrafisz zamykać na klucz. To zresztą wcale nie musiałem być ja – cmoknął nagle, rozkładając ręce na boki w bezradnym geście. - To mógł być prezydent USA, to mogła być dziwka, to mógł być stepujący niedźwiedź albo... bo ja wiem? Może twoi znajomi z plaży? – zapytał, nie kryjąc przy tym wyrzutu. Jednocześnie nie liczył na żadną oznakę „współczucia” ze strony ciemnowłosego, bo zwyczajnie zdawał sobie sprawę, że nic o podobnym nominale nie uzyska. - Więc to mógł być właściwie każdy. I wątpię, by ktokolwiek przejął się twoim słynnym „wypierdalaj”.
Światło było oślepiające...
„Młody Sherlock we własnej osobie”.
- Nie, nie. Swój pierwowzór zostawiłem dziś w McDonaldzie. Jestem klonem nr 34. Ale spokojnie, nie różnie się zbytnio. Możesz ze mną porozmawiać tak uroczo, jak z oryginałem.
Rzeczywiście... sama słodycz. Zresztą, dalsze wypowiedzi szatyna nie wzbudziły w Charlim żadnego zdziwienia. No tak. Bo czego innego mógł się niby spodziewać, jak nie totalnego zaprzeczenia jego słowom? Zresztą, niewielu już było ludzi, którzy potrafili wziąć odpowiedzialność za swoje czyny!
„Ty umiesz?”
Usta drgnęły. Umiał? Zresztą, to nieistotne. Konsekwencje ponosił. Niektórzy nawet tyle nie potrafili uczynić, aby innym wokół żyło się zwyczajnie dogodniej i spokojniej. Kto jak kto, ale Gilbert należał do tego szczupłego grona, które chciało, aby jego szanowne cztery metry kwadratowe, w których akurat się znajduje, były bezpieczne i trwałe. Zero bomb, granatów, narwanych małolatów – nic, co zagrażałoby życiu. Co sprawiłoby, że cienka linia egzystencji nagle przerwałaby się w połowie. Są jednak takie jednostki, którym wszystko jedno, na czym postawią nogę i czy to coś rozerwie ich na strzępy. Czarnowłosy miał drażliwe wrażenie, że Nishimura do nich należał. Bo i po co przejmować się zaistniałą sytuacją? Było, minęło. Kropka. Nie odczaruje tego. Grunt, że przeżył. A jak umrze, to – siłą logiki – nie będzie żyć. Trudno. Nie ma sensu się rozwodzić...
„Koledzy z pracy nie zjawili się na czas?” - a to już było irytujące. Zazgrzytał zębami. - Nie musisz się o mnie tak martwić. Zjawili, zjawili. A to – W tym momencie uniósł dłoń i wskazał palcem na obitą twarz. - Nie jest pamiątką po twoich debilach. Znaczy, kolegach. Tfu, wrogach. To historia dla innego kominka.
Zamilkł jednak, aby dać dokończyć zdanie rozmówcy. Co z tego, że ten nie patrzył mu prosto w oczy?
- Twoja pięść należy do twojej osoby. A twoja osoba miała coś wspólnego z moim kiepskim stanem. Może nie tyle twarzy, co zwyczajnie mogłoby mi to oszczędzić nerwów. Gdyby nie ty i twoje porachunki z tamtymi typami, akcji by nie było. A, że byłeś... – urwał specjalnie, bo... ysh. Ta jego przeklęta, irytująca pewność siebie!
„Więc jednak nie skorzystałeś z okazji, by posadzić mnie na stołku przesłuchań”.
Wszystko w swoim czasie. Bo dlaczego nie miałby skorzystać z tej okazji... w nieco późniejszym terminie? Albo gdy zbierze więcej dowodów? Gdy źródła okażą się liczniejsze, stabilniejsze, bardziej obciążające tego... Salvatore nagle potrząsnął delikatnie głową, aż czarne kosmyki roztrzepały się jeszcze mocniej. Obraz, który właśnie stanął mu przed oczami należał do tych, które nigdy nie powinny się wykreować. Co się z nim – do licha ciężkiego – działo, by w pewnych momentach zapominać o swojej powinności? Był kimś znaczącym. Szarą jednostką, bez której jednak fundament tego zarzyganego państwa był zbyt chwiejny, aby wciąż stało. Gilbert Charles Salvatore. Młodszy Inspektor, dział detektywistyczny. Dwadzieścia cztery lata. Psychika w normie, fizyczność bardzo dobra. Zaangażowany, ambitny, pracowity. Czego więcej chcieć od tak schludnego obywatela?
„Może szczerości, Gilbercie?”
Może byś się zamknął, rozsądku?
Czarnowłosy zmarszczył nagle nos.
Jego palce zaczepiły się o brzeg ciemnej bluzy, którą zsunął z ramion i położył zaraz na jednym z wysokich krzeseł. Skromnym zdaniem Wilka – zdecydowanie zbyt wysokich. Na szczęście bez głębszych (…) przeszkód udało mu się wgramolić na mebel tuż obok.
- Świadomy. I chcę ci patrzeć na ręce. Jeszcze nie przyłapałem cię na żadnym gwałcie, ale cholera wie, co ci może przyjść do głowy. I tylko jedna, niewielka szklaneczka. Tycia. Nie lubię pić.
„Bo masz słaby łeb”.
- Jestem w pracy, rozumiesz.
Gilbert sam zauważył, jak to idiotyczne zabrzmiało, ale lepsze takie alibi, niż żadne. No i sam fakt, że chłopak był bardzo oddany robocie, za którą i tak płacono mu tyle co psu, znany był wielu znajomym, przyjaciołom, rodzinie, nawet wrogom. „Powinieneś z tym skończyć” - mruczała pod nosem zatroskana matka, za każdym razem, gdy tylko go widziała. „To niebezpieczna praca. Sam widzisz! Znów wróciłeś poobijany! I jakie masz z tego korzyści?” Właśnie... i jakie mam z tego korzyści, co? – westchnął w myślach, opierając łokcie na blacie, a brodę wspierając na dłoniach.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Czw Lis 28, 2013 11:44 pm

Widzę, że nadal nie możesz przestać czepiać się szczegółów ― mruknął, ściągając brwi. Pomimo tego, że Ryan faktycznie miał się często ponad wszystko, przynajmniej potrafił zachować pewne argumenty dla siebie. Co prawda w dużej mierzę szalę przechylała wrodzona małomówność, ale z drugiej strony nic nie przeszkadzało mu w tym, by z jednego niewielkiego problemu wyciągnąć tysiące innych wniosków. Ale po co? Mogliby godzinami próbować się przekrzykiwać, a ostatecznie i tak każdy z nich uznałby swoją wersję za bliższą prawdy czy racjonalizmu. ― Tym nie może by się nie przejęli ― przyznał, ale w jego głosie kryła się drobna nuta niejasności. Raymond nie musiał jednak wiedzieć o tysiącu innych metod, które można było wykorzystać, by pozbyć się nieproszonych gości. Naturalnie, Nishimury nie obchodziło to, z kim miałby do czynienia. Wszystko sprowadzałoby się do tego samego: ― To wciąż naruszenie prywatnego terenu. Obiło mi się o uszy, że w takich sytuacjach dopuszczalne są różne rzeczy, prawda? ― pytanie zalatywało retoryką. Mimo tego, że szarooki uniósł brew, w wyrazie jego twarzy było więcej zadumy, niż oczekiwania na odpowiedź. W końcu miał do czynienia z policjantem, ale nie sądził, że miałby ochotę rozmawiać z nim o panującym prawie.
Przesunął ręką po twarzy i nie zamierzał kryć swojego zniesmaczenia tym kiepskim żartem. Nie to, żeby spodziewał się czegokolwiek po Gilbercie, chociaż w pewnym sensie to jego rzucanie słów bez zastanowienia było na swój sposób urocze. Paradoksalne podejście do tego, w jaki sposób szatyn na niego spoglądał. Może momentami jego zachowanie było idiotyczne, jednak to, że potrafił się sprzeciwić i szczekać dalej było dziwnie interesujące. Nawet, jeżeli Takanori miał zalążek tej świadomości, że detektyw miał już wiele swoich problemów, i tak miał dziwną ochotę doprowadzić go do sytuacji podbramkowej. Albo wyciągnąć na wierzch wszystkie słabe punkty. To przyjemne, gdy kruszą się na twoich oczach.
Przez moment przyglądał mu się w milczeniu i mogłoby się wydawać, że w ogóle go nie słuchał, chociaż jego wzrok w żadnym wypadku nie był nieobecny. Może raz, zupełnie nieświadomie, zastukał palcami o blat, co mogło zdradzić jego rozkojarzenie, niemniej jednak wątek rozmowy ani na chwilę mu nie umknął.
Sam widzisz, nie jestem ci nic winien ― podsumował. Salvatore sam przyznał, że jego obecny stan nie był winą tamtego zdarzenia. Chyba, że wierzył, iż druga osoba może rzucić klątwę, przez co teraz przywódca mógł stać się głównym powodem, dla którego cały czas rzucano mu kłody pod nogi. Rzecz w tym, że nawet palcem nie kiwnął i przede wszystkim zależało mu na tym, by pies pilnował własnej dupy. Był niemałym zagrożeniem, gdy stale plątał mu się pod nogami, ale szkoda byłoby pozbyć się go od razu. ― Błędny tok rozumowania. Ale nie sądzę, bym musiał ci się tłumaczyć ― wyprostował się i rozłożył ręce w bezradnym geście.
Na jego korzyść temat i tak został przerwany. Młodzieniec przyglądał się, jak Charles zbliża się do baru, choć pierwszym założeniem, które przyszło mu do głowy było to, iż chłopak po prostu zrezygnuje z dalszego przebywania w jego towarzystwie. Nie zamierzał jednak żałować podsunięcia mu tej propozycji.
Co prawda znów nie został do końca dobrze zrozumiany.
Ktoś tu ma wybujałą wyobraźnię.
Oczywiście. Myślę, że powinieneś wiedzieć, że w twojej obecności przychodzą mi do głowy same zbereźne myśli, bo przecież jedyną rzeczą, o której marzę, jest zerżnięcie gliniarza chcącego doszukać się dziury w całym i wpakować mnie za kratki ― odparł w pełni poważnie, czego nastrój dopełniło ściszenie lekko zachrypniętego głosu, jakby mówił coś, czego nawet ściany nie powinny usłyszeć. Aczkolwiek jego słowa absolutnie nie pasowały do krytycznego spojrzenia, którym obrzucił czarnowłosego. Tak po prawdzie – nie czuł się urażony tą formą podejrzliwości. Mógł go mieć za mordercę, gwałciciela i geja w jednym, a Cowell i tak robiłby mu na złość nie z powodu zarzutów, a po prostu dla zasady. Obarczany obiekcjami, które wielu mogło odebrać za krępujące i uznać milczenie za najlepszą opcję ku chronieniu swojej prywatności, był w stanie obrócić sytuację na swoją korzyść. Nie zamierzał stawać się kolejnym społecznym robalem, ginącym pod podeszwą cudzego buta. ― Nie wiem skąd pomysł, że w ogóle jestem zainteresowany. Możesz patrzeć ― dorzucił zaraz. W tej branży trzeba było być przyzwyczajonym do tego, że niektórzy lubili przyglądać się procesowi tworzenia drinków. Może Charlie miał w tym inny interes, ale wszystko i tak sprowadzało się do jednego, a komuś, kto nie odczuwał stresu w takich chwilach, nie robiło to żadnej różnicy. Na tym terenie był tylko kolejnym klientem, którego należało obsłużyć.
Cofnął się o krok od baru, by sięgnąć po średniej wielkości szklankę, którą ustawił na blacie. Zaraz za nią pojawił się tam shaker i szereg butelek zawierających wysokiej jakości alkohole (i nie tylko), które przy okazji zdążył już odkręcić. Trzeba przyznać, że cała wystawka prezentowała się dość przerażająco, ale skoro jedynym wymogiem była „niewielka szklanka”, uznał, że ma wolną rękę przynajmniej przy wyborze drinka dla detektywa. I kto nie skorzystałby z okazji skosztowania jednego z droższych trunków na koszt firmy?
Long Island Iced Tea ― odezwał się wreszcie, by zdradzić policjantowi nazwę napoju, który za niedługo miał mu podać. W międzyczasie otworzył już shaker i na moment zniknął za ladą, gdy sięgnął do zamrażarki po kilka kostek lodu. Może nie było to najodpowiedniejsze na tę pogodę, ale w klubie nie dało się narzekać na brak ciepła. Wrzucił kostki do naczynia. ― Wódka, tequila, gin, likier pomarańczowy, sok z cytryny ― wymienił, kolejno uzupełniając shaker niewielkimi ilościami wymienianych napojów. Demonstracyjnie wręcz uświadamiał chłopakowi, z czym miał do czynienia. Gdy już mogło się wydawać, że skończył, nagle sięgnął ręką pod ladę. Posłał Salvatore'owi wyzywające spojrzenie i uniósł zaciśniętą pięść nad uzupełnionym naczyniem. ― I twój ulubiony składnik, detektywie. Niewidzialna pigułka gwałtu ― wyprostował palce i – siłą rzeczy – nic innego nie wpadło do środka. Ciemnowłosy pokręcił głową, nadal okazując politowanie dla wcześniejszego pomysłu Gilberta.
Zamknąwszy naczynie, potrząsnął nim energicznie, więc na całe szczęście nieprzyjemne dla uszu grzechotanie lodu szybko ucichło. Napełnił szklankę powstałą „mieszanką wybuchową” i na koniec dopełnił jej zawartość zimną colą, której nazwy nie musiał wymieniać, ponieważ doskonale odznaczała się na czerwonej etykietce, toteż trudno o to, by było w niej cokolwiek podejrzanego. Wreszcie podsunął gotowego drinka gliniarzowi, po czym zabrał się za zakręcanie otwartych wcześniej butelek.
A skoro mowa o pracy, chyba nie powinno cię tu być. A może jednak przypadkiem mam coś wspólnego ze stanem twojej twarzy? ― mimowolnie zahaczył wzrokiem o sińce odznaczające się na bladej skórze młodzieńca.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Sob Lis 30, 2013 3:05 pm

- Ja się czepiam?
Autentyczne zaskoczenie jakie pojawiło się w głosie młodzieńca było słyszalne bardziej, niż ostry pisk paznokci drapiących taflę tablicy, w zamkniętym na cztery spusty pomieszczeniu. Kto tu się czepiał, hm? Nie jego winą było, że po chwyceniu klamki, drzwi usłużnie uchyliły się, ukazując całe wnętrze pomieszczenia. Równie dobrze miast Gilberta, mógł to być opryszek – zwykły kieszonkowiec. Chyba Takanori nie powie mu, że kradzież nie byłaby jego winą? Oczywiście, zakładając, że to on nie zamknąłby drzwi i że to on zostawiłby lokal bez opieki. Nie tak trudno ukraść góry złota, gdy ma się je pod nosem, a wszyscy wkoło są ślepi lub głupi. Choć może to tylko wersja wilka. Mógł mieć przecież jakieś lewe mniemanie o całym tym syfie. Bycie idealistą jest męczące niemalże tak samo, jak męczącym było wysłuchiwanie nieudolnych prób wytłumaczenia czarnowłosego swojej wersji wydarzenia.
- Naruszenie... czego? – parsknął, dosłownie wchodząc mu bezczelnie w słowo. - To publiczne miejsce. Dopóki drzwi są otwarte, dopóty ludzie mogą tu wchodzić, bawić się, nawet tańczyć na lampie topless. Co innego, gdybym wszedł do pomieszczeń dla personelu, ale – jak widzisz – nie zrobiłem tego. Siedzę sobie tutaj. A tutaj być mi wolno. – Dalsze pytanie, choć Gilbert wyczuł w nim retorykę, nie mogło zostać bez odpowiedzi. Trochę przykre, że niektóre osoby nigdy nie będą się w stanie dogadać. - Jak różne? – zapytał lekko, jakby wcale go to nie ciekawiło. W gruncie rzeczy był jednak łasy na takie informacje. W końcu poznać swojego przeciwnika, to pierwszy stopień, aby z nim wygrać. Już teraz miał wrażenie, że każda wypowiedź barmana mija się z sensem lub argument jest zgoła nieodpowiedni, niewystarczający.
Co ja tu jeszcze robię?
„Błędny tok rozumowania. Ale nie sądzę, bym musiał ci się tłumaczyć”.
Ah, racja. To.
- Nie musisz. Ale wiesz jak to mówią. – Rozłożył ręce na boki. - „Milczenie może ci tylko zaszkodzić”. To znaczy, że masz coś do ukrycia. A wszystkie brudy wewnątrz ciebie jedyne do czego mogą się przysłużyć to do tego, by zapakować cię do zaszczanej celi z zielonym mydłem do jedzenia. Oczywiście... – Łokieć powrócił na blat, a broda tym razem wsparła się tylko na jednej ręce. - Nic mi nie mów. Po prostu wyjdzie na moje. – Opuścił powieki do połowy, w irytująco znużonym geście. Jakby fakt, że miał racje nie był czymś nowym. - No chyba, że masz coś na swoją obronę?
Ile jeszcze razy usłyszy pytanie pokroju „w co ty grasz, gówniarzu?”, tylko po to, by odpowiedzieć pytaniem; „a co? Chcesz się dołączyć?” Zasady wszak były bardzo proste. „Żadnych zasad”. Gilbert spojrzał na wolną dłoń, odwrócił ją, zgiął palce i w skupieniu przyjrzał się paznokciom. „Wszystkie chwyty dozwolone”. Długie nogi poruszyły się niespokojnie, by za moment skrzyżować się, gdzieś na wysokości kostek. „Wygrana oznacza władzę. Przegrana to śmierć”. Jak diabelnie łatwo było porównać tę głupią grę szczeniaka do życia, co? Narodziny - „new start”, zero dodatkowych żyć, wrogowie z podwojoną ilością HP i silniejszymi skillami. Różnica była jedna. Nieważne czy się wypełni wszystkie polecenia w grze czy zwyczajnie się umrze. Wynik zawsze będzie taki sam; „game over”.
- Game over – wymamrotał ciszej niż podmuch wiatru. Na tyle cicho, aby nikt nie był w stanie go usłyszeć czy w ogóle pomyśleć, że się odezwał. W końcu to równie dobrze mógł być szelest gryzonia czy cokolwiek innego, tak? Kolejne słowa były jednak głośniejsze:
- Hm? Chyba się nie rozumiemy... jeszcze bardziej niż zazwyczaj – syknął przez zęby. - Chwała niebiosom, że tak nie jest. Zginiesz szybciej niżbyś chciał, wasza pieprzona wysokość, jeśli nadal będziesz wszystko nadinterpretował. Powiedziałem wyraźnie, że nie wiem co może ci przyjść do głowy. A to znaczy, że nie posądzam cię o coś takiego. Jestem tylko ostrożny.
Być może nawet zbyt ostrożny, ale niezapisana nigdzie reguła, aby dmuchać na zimne, Gilbertowi często uratowała dupę. Człowiek, który zbyt często wkopywał się w zbyt tragiczne wydarzenia, musiał sobie radzić na wszystkie znane sposoby. Ten wydawał mu się najodpowiedniejszy. Przynajmniej w chwilach, których nic go nie goniło i nie uznało go za ruchomą tarczę, ze stówą gdzieś w okolicy głowy.
- Kto wie? – zaczął nagle cicho. - Może lubisz starszych? – dokończył nagle, zerkając z zaciekawieniem na ciemnowłosego. Kącik ust drgnął nieco, ale ostatecznie nie ozdobił twarzy uśmiechem przyjemnym dla oka. Właściwie żaden grymas się tam nie pojawił. Dwubarwne tęczówki przesunęły się gdzieś poza sylwetkę rozmówcy, przyglądając się bardziej powystawianym butelkom i innym duperelom.
Gilbert właśnie przypomniał sobie, dlaczego nie znosi drinków. Znaczna ich większość to napchanie wszystkiego ze wszystkim. Głównie tego, co do siebie nie pasowało, a tworzyło razem zgodny miszmasz. „Long Island Iced Tea”. Aha. - Dzięki. Teraz już wszystko wiem.
Przyglądał się w milczeniu, jak Takanori przyrządza tego felernego drinka. Wódka, tequila, gin, likier... Palce stuknęły o blat w niemym oczekiwaniu. Sok z cytryny i ulubiony składnik... Brew uniosła się w górę... pigułka gwałtu... Brew opadła na swoje miejsce. - Śmieszne.
Najwidoczniej zbyt śmieszne, aby Salvatore się zaśmiał.
„A skoro mowa o pracy, chyba nie powinno cię tu być. A może jednak przypadkiem mam coś wspólnego ze stanem twojej twarzy?”.
Dobra. Tutaj już się zaśmiał.
- Chciałbyś, co?
Oparł ręce po bokach szklanki i położył na niej delikatnie opuszki palców.
- Czujesz satysfakcje, jak ktoś jest pobity przez ciebie? Khah. W takim razie muszę cię rozczarować. To nie twoja zasługa. Żadne malutkie draśnięcie nie jest ani od ciebie, ani od twoich wrogów. Mówiłem już. Jedyne czego mogło mi oszczędzić to spotkanie to nerwów.
Spojrzał wreszcie na zawartość szklanki. Nawet nie zorientował się, że zaczął ją obracać.
- Co do pracy... – Zmarszczył nos. - Łażenie i szukanie informacji też do niej należy, co nie? Wierz mi. Bycie detektywem jest cholernie luksusowe. Robisz co chcesz, byle robić to dobrze. – Uniósł wreszcie szklankę z drinkiem i przyłożył sobie gładką, chłodną powierzchnie do ust. Chwilę jeszcze trwał w takiej pozycji, aż w końcu przechylił naczynie, upijając pierwszy łyk.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Sob Lis 30, 2013 5:00 pm

Widzę, że bardzo chcesz grać w tego cholernego ping-ponga ― zrezygnowane westchnienie wyrwało się z jego ust. Ilekroć powtarzałby sobie w głowie, że wdawanie się w dyskusje z czarnowłosym byłoby bez sensu, wewnątrz i tak wzbierała w nim chęć, by burzyć jego przekonania w każdy możliwy sposób. Rzecz jasna, to nie tak, że nie zgadzał się z wszystkimi jego przekonaniami – Salvatore po prostu nie musiał wiedzieć, do których z nich podchodził z jakimś zalążkiem aprobaty. Czasami musiał dusić w sobie chęć wyłożenia mu czegoś, jak bardzo mało rozumnemu uczniowi, który nawet za dziesiątym razem wykładania tej samej regułki, dopytuje o wszystkie informacje, które wcześniej zostały już wymienione. A wydawałoby się, że prościej już się, kurwa, nie dało. W oczach Ryana, Charlie był właśnie takim ewenementem. To, że jeszcze nie stracił do niego cierpliwości, nie oznaczało, że wkrótce się tak nie stanie. Co prawda, pobłażliwość, z jaką go traktował pozwalała na trzymanie nerwów na wodzy. Nawet to, że detektyw z premedytacją chciał wymusić na nim wybuch gniewu, na pewno nie miało przyjść mu to łatwo. Dodatkową przewagą dla ciemnowłosego było to, że czegokolwiek policjant by nie powiedział, drażliwość słów zabiłaby obojętność Takanoriego na uwagi, które – jak dla niego – nie mogły być słuszne, gdy wypowiadał je ktoś, kto mógł kierować się jedynie osobistą dedukcją. Nawet szarooki był w stanie wywnioskować, że ktoś miał za sobą przyjemną noc po malince na szyi, a to, że być może coś ukrywa – po dziwacznym zachowaniu. Niekiedy jednak i w takich przypadkach dochodziłoby do nadinterpretacji, toteż o wiele lepiej było czasem stulić swój rozgadany pysk, byleby samemu się nie pogubić.
Rozmasował kark, jakby był już zmęczony wysłuchiwaniem Gilberta. Poniekąd tak właśnie było, a nie minęło nawet dziesięć minut. Ponadto nie przypuszczał, że jednak będzie musiał objaśniać panu władzy niektóre kruczki prawne, które gdzieś mu umknęły. I jak czuć się bezpiecznym w mieście, w którym gliniarze mieli właśnie takie podejście?
Ignoranckie podejście. ― Twoje wcale nie jest lepsze, Take. ― Nawet miejsca publiczne rządzą się swoimi prawami. Gdyby faktycznie było tak, jak mówisz, ktoś mógłby się tu włamać, a policja mogłaby machnąć na to ręką. Nie potrzebowalibyśmy zatrudnionej ochrony, która – w przeciwieństwie do tego, co najwyraźniej myślisz – nie służy tylko do tego, by dopilnować, żeby przypadkiem nie pałętały się tu małolaty. Nigdzie nie jest napisane, że naszym obowiązkiem jest wpuszczać tu każdego ― mruknął i wzruszył barkami. Brzmiał tak, jakby niezaprzeczalnym było to, że miał prawo wyrzucić stąd kogoś nawet za krzywy ryj. W teorii i praktyce – tak właśnie było. ― I tak, wolno ci tutaj być tylko dlatego, że jasno nie powiedziałem, że masz wyjść. Gdybyś nie posłuchał, mógłbym złamać ci nos, rękę i – kto wie? – może przy odrobinie szczęścia zwiedziłbyś naszą podziemną salę tortur, jeżeli jesteś aż tak ciekawski ― w ostatnim przykładzie dało się już odnaleźć nutę czarnego humoru. Zupełnie nie pasował do znużonego głosu i skamieniałego wyrazu twarzy chłopaka, jednak wygodnie było droczyć się z kimś rangi Gilberta. Cowell rzeczywiście nie przywiązywał dużej wagi do tego, co mogło stać się w następstwie jego niekonwencjonalnej „zabawy”. Z drugiej strony zawsze sprawiał wrażenie kogoś, kto nie sądził, by miał wiele do stracenia.
Odchrząknął znacząco, chcąc najwyraźniej pohamować wyobrażenia i ambicje chłopaka. Sprowadzić go na ziemię. Potraktowałby to, jak żart, nawet roześmiałby się, gdyby nie to, że wcale go to nie bawiło, ale też nie zrażało. Raymond mógł być pewny swego, jednak miał do czynienia z kimś, kto równie wysoko stawiał własne racje i przekonania. Jednym z jego przekonań było to, że na pewno nie da się przyszpilić tak łatwo, a gdyby do tego doszło, byłby jeszcze bardziej problematyczny i uciążliwy, choćby miało mu to przysporzyć tylko więcej problemów.
Porażająca pewność siebie. Udam, że nie wiem co powiedzieć i będę czekał aż z milczenia wyciągniesz to, co uważasz ukryte. Uznaj to za czystą ciekawość wobec takich metod ― odparł, nachylając się przy tym nieznacznie nad blatem lady, by dokładniej przyjrzeć się młodzieńcowi. ― Nie mam absolutnie nic na swoją obronę, bo w gruncie rzeczy nigdy nie postawiłeś mi żadnych zarzutów. Intuicja i podejrzliwość to chyba nie wszystko, hm? Więc kim według ciebie jestem, skoro ciągle się za mną uganiasz? ― spytał, prostując się i znów mógł przyjrzeć się mu z wyższej perspektywy. Uniósł brew w pytającym wyrazie i najwidoczniej zamierzał wysłuchać wniosków, które gliniarz miałby mu do przekazania.
Śmiało, kundlu. Możesz się wyszczekać.
Zignorował szmer, a kolejne słowa potraktował z dezaprobatą – kręcąc głową.
To nie nadinterpretacja. Sam wspomniałeś o gwałcie, ale widzę, że nadal się łudzisz... ― znów nie dokończył. Nie dlatego, że nagle o czymś sobie przypomniał, ale Salvatore mógł po prostu odebrać to dwojako. Raz, że mógł się łudzić, że przypadkiem stałby się ofiarą gwałtu, a dwa, że mógłby z łatwością ubić Nishimurę. I trzeba przyznać, że mały miał naprawdę ciekawe podejście. ― Kto wie? ― ciemnowłosy uniósł wzrok na ciemny sufit, niby to w zamyśleniu. ― Może lubię ― przyznał bez najmniejszego skrępowania, na nowo skupiając niejasne spojrzenie na czarnowłosym, który siłą rzeczy nie wyglądał na starszego od niego. ― A może to ty lubisz młodszych? ― w jego pytaniu było też coś ze stwierdzenia. Pewnie dlatego, że skoro Charlie na wstępie zarzucał mu zainteresowanie płcią męską, najwyraźniej sam miał w tym jakiś interes. Nie da się jednak ukryć, że pod tym względem szatyn wolał go nie oceniać, więc tę kwestię można było uznać za kolejną próbę zapędzenia młodzieńca w kozi róg.
Uprzątnąwszy wszystko po przygotowywaniu drinku, łącznie z obmyciem shakera, na moment zniknął Salvatore'owi z oczu, jednak z pomieszczenia dla personelu – które przecież znajdowało się tuż obok – doskonale słyszał każdy wyraz, który chłopak z siebie wyrzucił. Wrócił do niego, trzymając w ręku papierowy kubek z kawą i sam usiadł na taborecie, z tym, że po „swojej” części baru. Upił łyk ciepłego napoju i oparł przedramiona o blat. Milczał przez chwilę, najwidoczniej analizując to, co przed chwilą usłyszał.
Właściwie to nie ― odparł zdecydowanie; na tyle zdecydowanie, że żaden inny argument nie mógłby temu zaprzeczyć. Właściwie rzadko odczuwał satysfakcję, a pranie innych po mordzie traktował głównie jako odruch. Chyba, że przeprawienie komuś twarzy było wcześniej zaplanowane, jednak – nie – nie było satysfakcjonujące. ― Częściej wolałbym tego uniknąć, ale niektórzy są dość narwani ― tu obrzucił go znaczącym spojrzeniem, bo akurat miał już okazję spotkać się z narwaniem Raymonda. ― Sam przyznasz, że w takich sytuacjach nie siedzi się z założonymi rękami. Ale ciebie najwyraźniej bardziej nie lubią, skoro stale szlajasz się poobijany ― stwierdził, po czym zerknął na niego znad kubka, który właśnie przysunął do ust, by ponownie skosztować latte.
Odkładane naczynie stuknęło o blat.
Mhm ― wyrwało mu się i ponownie oparł policzek na dłoni. ― Więc teraz zbierałeś informacje o tym, które kluby są wcześnie otwierane? ― wymruczał zgryźliwie, ale zaraz zbył to pytanie machnięciem wolnej ręki. ― W każdym razie nie wyglądasz na takiego, któremu luksus się udziela.
Już słyszał w głowie: „A co ty możesz o tym wiedzieć?”. Właściwie nic, jednak niektóre rzeczy po prostu rzucały się w oczy. Ukradkiem zahaczył spojrzenie o szklankę z drinkiem. Pewnie powinien wspomnieć, że to jeden z mocniejszych, ale przecież efekt wcale nie musiał być tragiczny!

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Pon Gru 02, 2013 2:16 am

- Lubię gry – skomentował cicho, ale na tyle pewnie, jakby uznawał tę informację za bliską tajemnicy, która byłaby w stanie ocalić wszystkie głodujące dzieciątka Afryki. W istocie, to tylko kolejne podejście, które miało... no właśnie. Co takiego miało zrobić, Gilbercie? - A ty nie? – dodał zaraz prędko, ignorując choćby najdrobniejsze ukłucie w klatce piersiowej. Dotąd nieznajomy smak zdążył już zdziałać swoje. Zawładnął niemalże całym (młodym, bo młodym, ale wiekowo) mężczyzną. Matka ostrzegała. Nie pij, nie pij, nie pij! A on co? A on przylazł sobie do pierwszej lepszej nory i posmakował to, co mu wyłożono na talerz. Do połowy pusta szklanka stuknęła niedźwięcznie o blat stołu, dokładnie w momencie, w którym Takanori zakończył swój wywód.
- Nie słuchasz mnie.
A jest ktokolwiek, kto jednak cię słucha? Wiecznej paplaniny rozszczekanego kundla, jeżącego sierść i szczerzącego kły na każde niewielkie choćby przewinienie – zwykle – Bogu winnym przechodniom? Jak to jest, że czasami nawet niegroźne osoby, przeistaczają się w bestie? Salvatore gdzieś tam, w głębi (czy nawet jeszcze dalej) wiedział, że nieważne jak bardzo by się nie naprodukował, nigdy nie posmakuje intensywnego smaku zrozumienia, cierpliwości... być może nawet czegoś na wzór samej akceptacji. To dlatego jego słowa brzmiały jak zarzut, który niejednemu podciąłby nogi. - Przywykłem – wywarczał jeszcze, nim zadarł wyżej brodę i skierował ponownie harde spojrzenie na twarz swojego rozmówcy. - Być może tym razem dotrze, choć mam coraz silniejsze wrażenie, że robisz wszystko... WSZYSTKO, byle nie przyznać mi racji. Tak jakbym cię prosił o przeniesienie Francji na Honolulu. Słuchaj. Powiedziałem, że może tu wejść każdy. Każdy, dopóki drzwi są otwarte. Gdyby to było mieszkanie, domek jednorodzinny czy cholerna jasna wie co jeszcze – to nie. Wara z łapskami. Ale tak? Czemu nie? To, że zatrudniasz swoje parkometry z bicepsami jak stąd po Ocean Spokojny, którzy wypieprzają każdego, bez wysłuchania argumentów... – błyszczące spojrzenie zsunęło się i ulokowało ponownie w trzymanej przez dłonie szklance – to już twój problem, nie? – Kolejne słowa sprawiły, że na twarzy czarnowłosego wstąpił brzydki grymas. - Właściwie, gdybym nie posłuchał, a ty chciałbyś złamać mi nos, to mógłbym cię podać na komisariat. To nie starożytność. Tutaj extremis malis extrema remedia nie działa, kotek. Zresztą... ty złamiesz mi rękę, a ja złamię ciebie. Nie ryzykowałbym.
Szklanka ponownie znalazła się w powietrzu, zgrabnym łukiem docierając do ust Gilberta. Upił kolejny, w jego mniemaniu nieszkodliwy łyk. Ostatnie dawki płynu zniknęły w jego gardle, gdy znów pochylił się do przodu, spojrzał przed siebie i... przełknął z trudem, niemalże czując, jak w brzuchu pojawia się nierozerwalny supeł. Pewnie nawet sam czarnowłosy nie zauważył, kiedy naczynie wyśliznęło mu się z rąk. Głośny trzask tłuczonego szkła idealnie odegrał melodię, jaką można porównać do stanu wewnątrz wilka. Przez oczy przebiegł jeszcze jeden błysk, tym razem zaskoczenia i... szlag. Znów czegoś, czego pierwsza lepsza osoba nie byłaby w stanie oznakować. Pierdolę...
Gilbercie, tu Ziemia!
Chłopak zamrugał nagle, jakby wybudził się z bardzo głębokiego – i nieprzyjemnego – snu.
- Kurwa – skomentował bardzo inteligentnie, zerkając gdzieś w bok z miną, jakby właśnie teraz przypomniał sobie, że obożemusileciećwyłączyćpsaiwyprowadzićżelazko. W rzeczywistości się odsunął. W gruncie rzeczy zrobił to tylko dlatego, że cienka warstewka jego osobistej przestrzeni została nagle przekroczona i rozerwana na kawałki. Kto by pomyślał co? Kto by pomyślał, że wielki pan detektyw trzyma się na znaczącą odległość od każdego? Odległość, która przed chwilą, całkowicie przypadkowo została zachwiana i przechylona na stronę ze znakiem „tragizm”. Gilbert przesunął palcami po bladej twarzy. Tak blisko...
„Więc kim według ciebie jestem, skoro ciągle się za mną uganiasz?”
Kurwa, Królewną Śnieżką, nie mówiłem ci? Od dwudziestu siedmiu stuleci zapierdalam za twoim pantofelkiem, wasza wspaniałość!
Salvatore wziął głęboki wdech, uspokajając rozwydrzone serce. Kołatanie ucichło prędko, tak samo, jak prędko jego twarz znalazła się zdecydowanie zbyt blisko twarzy szarookiego i równie szybko, jak szklanka rozbiła się na ziemi. Był pewien, że kiedyś ta nerwowa praca go zabije.
- Pytasz kim jesteś? – i choć było to pytanie, Takanori z pewnością wyczuje pokłady zdania oznajmującego, które w większej mierze niwelowały znaczenie pytajnika na końcu. Ręka odsłoniła twarz, oparła się o blat i stuknęła palcami w płaską powierzchnię. Może nie zauważył? - Posłuchaj, nie miej mi tego za złe. Albo dobra. Właściwie wszystko mi jedno. Lubię cię, wiesz? Po swojemu. Pokręcona sytuacja, co? Lubić kogoś, kto nie boi się umrzeć. To znów tylko moje domysły, gdybania, jakieś punkty zaczepne. Ale wiesz... zostałem detektywem nie dlatego, że mam zajebisty urok osobisty.
Zamilkł na moment, przyglądając się czemuś niebywale dokładnie. Tak naprawdę szukał teraz odpowiednich słów, które nie wymagałyby późniejszej korekty, tak jakby przedmioty otaczające go w tej chwili miały na sobie wypisane potrzebne pojęcia. Może lepiej było dziś zostać w domu?
- Dupek – Cisza została nagle rozerwana. Jak zygzakowaty piorun przerywa niebo, tak głos Gilberta roztrzaskał milczenie. - Dupkiem, skurwielem, palantem, słodzić ci dalej? – Powrócił do niego spojrzeniem. Zmarszczył nos. Najwidoczniej słowa Takanoriego mu się nie spodobały. - Łudzę? Ja mam się łudzić? Twoje. Zakichane. Niedoczekanie. Musiałbym chyba... – zaciął się. Rysy twarzy nagle złagodniały. Oh. Może lubił starszych? I jak tu się nie uśmiechnąć? - Może lubię – odpowiedział po kilkusekundowej przerwie.
Dalsza część rozmowy nie wprowadziła Gilberta w gorszy humor. Wpatrywał się nachalnie w ciemnowłosego, jakby grzechem było zapomnieć choćby najdrobniejszy detal z jego twarzy. Lustrował rysy, obrzucał zaintrygowanym spojrzeniem szare oczy, wciąż bezczelnie powracając do ust lub dłoni swojego aktualnego rozmówcy.
„Sam przyznasz, że w takich sytuacjach nie siedzi się z założonymi rękami. Ale ciebie najwyraźniej bardziej nie lubią, skoro stale szlajasz się poobijany”.
- Jak masz jakiś problem z moją twarzą, to mi to zwyczajnie powiedz. Uczepiłeś się jej jak rzep. Czuję się oblegany przez twoje słowa!
WTF?
„W każdym razie nie wyglądasz na takiego, któremu luksus się udziela”.
- Luksus jest dla snobów. Bycie snobem przeszkadza w pracy.
Palec kolejny raz stuknął o blat.
- W tym momencie powinieneś zapytać czy czegoś jeszcze sobie nie życzę, a ja odpowiedziałbym, żebyś się nie lenił i dolał jeszcze jedną... kolejkę?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Pon Gru 02, 2013 11:18 am

Dziwny ton zmusił ciemnowłosego do uważniejszego przyjrzenia się swojemu rozmówcy. Zdawałoby się, że szare tęczówki zdążyły zahaczyć o niemalże każdy skrawek jego poobijanej twarzy, byleby tylko odkryć, o co chodziło autorowi słów. Mógł jedynie snuć domniemania, które sprawiły, że kolejne pytanie dotarło do niego z opóźnieniem. W rzeczywistości ktoś mógłby uznać, że znów zastanawiał się nad odpowiedzią. Lubił czy nie lubił? Właściwie wyglądał na osobę, której raczej trudno było sprecyzować swoje upodobania. A później spróbuj takiemu zafundować prezent urodzinowy, gdy nawet słowem nie piśnie na temat tego, co najbardziej by mu odpowiadało.
Wszystko zależy od konkurencji. Lubię wyzwania. ― I w końcowym efekcie dostawanie tego, czego chcesz, co? Tak z pewnością było. Zresztą kto nie lubił wygrywać? Tu jednak walka toczyła się tylko o swoje racje; racje, które każdy miał własne i uparcie nie chciał z nich rezygnować. Gra mogła więc toczyć się do znudzenia i ostatecznie skończyć się nagłym zwrotem akcji w postaci wpojenia drugiej stronie swoich przekonań za pomocą pięści. Można było tylko mieć nadzieję, że do czegoś takiego jednak nie miało dojść. Rzecz w tym, że gdzieś tam, pomiędzy tymi wyrazami, kryło się coś, co można nazwać komplementem. W końcu właśnie grał z Gilbertem w to cholerne odbijanie piłeczki, a było tak od dłuższego czasu, co oznaczało, że gra bynajmniej mu się nie znudziła. Równoznaczność z tym, że uważał go za godnego przeciwnika rzucała się w oczy, niezależnie od tego na jakim poziomie znajdowali się, sprzeczając się o sprawy mniejszej wagi.
Gdybym nie słuchał, nie miałbym ci nic do powiedzenia ― zauważył. Nie dość, że wyrzucił z siebie więcej, niż zazwyczaj, to czarnowłosy jeszcze tego nie doceniał. Oczywiście Takanori nie zamierzał robić mu z tego powodu wyrzutów, gdyż Charlie niekoniecznie musiał wiedzieć, że na ogół bardziej cenił sobie milczenie, ale widocznie obecność gliniarza miała jakiś magiczny wpływ na jego aparat mowy, jednak chłopak dostawał wszystko to, czego zapewne nie potrzebował, a to, co ważniejsze szarooki nadal zachowywał dla siebie. Gdyby był bardziej porywczy, już dawno mógłby powiedzieć o kilka słów za dużo, zatem chwała Opatrzności – w którą w zasadzie i tak nie wierzył, ale to szczegół – za to, że tak nie było.
„Przywykłem.”
Wygląda na to, że nie do końca – najpewniej to usiłował przekazać mu odrobinę zaskoczoną, ale też powątpiewającą miną. Bo oto detektyw uniósł się z powodu czegoś, do czego przywyknął.
Myślałem, że właśnie na tym polega ta gra, bo – o ile jeszcze nie zauważyłeś – robisz dokładnie to samo nie przyznając racji mnie. Widzę jednak, że bardzo zależy ci na tym, żebym wreszcie się z tobą zgodził. Rozumiem, że czujesz się szczęśliwszy, gdy ludzie ci przytakują ― pokręcił głową z cieniem dezaprobaty, który wymalował się na jego twarzy. I w tym wypadku wcale nie był lepszy, jednak to nie przeszkadzało mu w rzucaniu takich uwag. ― Tak, może tu wejść każdy, ale może tu przebywać do momentu, w którym właściciel miejsca każe mu je opuścić. Wiesz, w tym wypadku także istnieje świstek, który przypisuje własność danej osobie. Po co mam wysłuchiwać argumentów, skoro wiem, że otwarte drzwi nie oznaczają tego, że lokal jest czynny dla klientów. Ale najwidoczniej barykadowanie drzwi jest konieczne ― wzruszył barkami. Prawda była taka, że prawdopodobnie, gdyby to nie Salvatore uraczyłby go swoją obecnością, właśnie siedziałby sam, oddając się lekturze. To też nie była taka zła opcja. ― Nie powiedziałem, że przywaliłbym ci pięścią zaraz po tym, gdy powiedziałbyś nie. W każdym razie to brzmi jak kolejne wyzwanie ― szare tęczówki błysnęły jakimś bliżej nieokreślonym blaskiem. W głębi nie do końca wierzył, by gliniarzowi miało udać się go złamać. Istniały pewne fakty, które stały na przeszkodzie w dążeniu do takiego celu, a jednym z nich było to, że ruinę trudno zniszczyć.
Nagłe zawahanie nie umknęło uwadze Cowell'a. Pewnie dlatego, że trudno było przegapić coś, co miało się tuż przed oczami. Dziwne. Tak, to niewątpliwie nie należało do zachowania, które wcześniej zaobserwował ciemnowłosy. Było czymś nowym i niespodziewanym. Sytuacja wymagała jednak trzeźwego reagowania. Gdy dostrzegł, że szklanka zamierzała udać się na bliskie spotkanie z podłogą, odruchowo wyciągnął rękę przed siebie, jednak przegrał z siłą grawitacji i zaledwie musnął opuszkami palców chłodną, szklaną powierzchnię. Chyba przyszedł czas na to, by pogodzić się z utratą niewielkiej części klubowego dobytku.
TRZASK.
Skrzywił się i obrzucił czarnowłosego karcącym spojrzeniem, choć na szczęście trwało to tylko przez chwilę. Policjant nie był pierwszym – i z całą pewnością nie ostatnim – któremu to się przytrafiło, jednak nie dało się ukryć, że przysporzył tym niewielkiego problemu Nishimurze. W końcu nie wypadało czekać aż wieczorem przyjdzie tu jakaś kelnerka i sprzątnie syf, który po sobie zostawił, a ciemnowłosy powie, że jakiemuś wariatowi zachciało rzucać się szklankami. Może i bywał bezczelny, ale poniekąd świadomość tego, że odłamki szkła walały się po podłodze przyprawiała go o lekkie poirytowanie.
Kto by pomyślał, że jesteś aż tak niezdarny ― mruknął z rezygnacją i zmarszczył brwi. Dość niechętnie zsunął się ze swojego taboretu i podszedł do drzwi, sięgając na zaplecze po szufelkę i miotłę, które zwykle były pod ręką. Później wyszedł zza baru i podszedł do chłopaka, niechętnie przyglądając się jego „dziełu”. ― Ta, przynajmniej wypiłeś. Nie wiedziałem, że procenty tak szybko uderzają ci do głowy ― rzucił i dość bezczelnie zahaczył butem o nogę krzesła, na którym siedział, po czym okręcił go lekko w swoją stronę, żeby ułatwić sobie dostęp do odłamków szkła i nie zahaczyć przy tym o kolana chłopaka.
Odłamki nieprzyjemnie zaszurały o podłogę, przesuwając się po niej.
„Posłuchaj, nie miej mi tego za złe.”
Przerwał na chwilę i uniósł nieco zaciekawiony wzrok na detektywa. Poza tym miał prawo mieć za złe chęć wsadzenia go do pierdla. Temu nie można było zaprzeczyć, jednak prawda była taka, że nie miał. Na dodatek szybko okazało się, że zarzutów wciąż brak. Chyba, że bycie kimś lubianym też było zbrodnią albo...
Aha ― i co? Tylko tyle miał do powiedzenia w związku z tym – wyglądało na to, że całkiem szczerym – wyznaniem? Na pewno takie sytuacje można było mu wybaczyć, bo bycie Take samo w sobie było argumentem, który popierał brak wylewności i nieumiejętność ludzkiego reagowania na cudze... pochwały, można rzec. W tym wypadku miał jednak własne teorie. ― Pokręcona to za mało powiedziane. W dodatku nie wiem, co złego jest w braku obaw przed śmiercią. Ale wygląda na to, że... ― tu zastanowił się przez chwilę, by zaraz obdarować go znaczącym spojrzeniem. ― Z tego powodu wychodzę na młodocianego przestępcę, ale mimo wszystko mnie lubisz. Chodzisz za mną tylko dlatego, że się czegoś domyślasz. Albo to tylko wymówka. Wiesz, jeżeli tak bardzo chcesz widywać mnie częściej, nie musisz odstawiać tego teatrzyku. Kto wie? Może pójdziemy na ciastko, kawę, obiad... ― nie obyło się bez drobnej kąśliwości. Szybko uporał się z resztą bałaganu i z powrotem ustawił taboret Gilberta we właściwą stronę.
Gdy odstawiał przyrządy na miejsce, do jego uszu dobiegły wyzwiska, które oczywiście okazały się miodem dla jego uszu. Wrócił na swoje miejsce i ujął kubek z kawą w chłodne dłonie.
Pewnie. Chętnie posłucham co jeszcze ci się we mnie podoba ― pokiwał głową ledwo widocznie, jakby nie mijało się to z prawdą. Cholerna menda. Menda, która zignorowała kolejne słowa, bo grymas na twarzy Charliego rzucił mu się w oczy. A nawet nie przypuszczał, że tak łatwo było go zadowolić! Pewnie czar natychmiast prysnąłby, gdyby detektyw dowiedział się, że upodobania Ryana nie miały absolutnie nic wspólnego z wiekiem. Ale po co psuć mu zabawę?
Tak, mam. Zdecydowanie za często się wkurwiasz ― uniósł palec i wycelował nim między brwi młodzieńca. Opuszka jego palca zetknęła się z jego czołem, jakby to miało uświadomić mu, że mógł prędko dorobić się niepotrzebnych bruzd. Zaraz odsunął rękę, bo istniało wysokie prawdopodobieństwo, że mógł skończyć ze śladami ugryzienia. ― Wątpię, żebyś był w stanie zachowywać się jak snob. To rzeczywiście nie dla ciebie ― nie było w tym nic ze złośliwości, tylko najprawdziwsza prawa. Zaraz jednak uniósł brwi i prychnął, choć udawane rozbawienie w jego wykonaniu prezentowało się nad wyraz sucho. ― Wątpię czy wytrzymasz następną kolejkę, skoro już rozbijasz mi szklanki. Ewentualnie ― sięgnął po plastikowy kubek ― ostatni drink. Właściwie jestem ciekaw skutków ― wymruczał pod nosem, już bardziej do siebie niż do niego. Tym razem przyciągnął do siebie tylko dwie butelki – tę z colą oraz tę z wódką. Wymieszanie tych dwóch składników nie trwało długo, toteż Salvatore szybko doczekał się swojej kolejki. ― Więc jednak nie jesteś w pracy?

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Pią Gru 13, 2013 7:45 pm

Pewnie dlatego Gilbert cieszył się, że nie jest zmuszany, aby kupować mu coś na Gwiazdkę. Poza tym to wcale nie byłoby takie trudne. Rózgi łatwo kupić, a i drogie nie są.
- A ja lubię wygrywać, ale... – urwał dosłownie na ułamek sekundy, budując napięcie – przegrywać też umiem – dokończył nagle, tylko po to, aby zaraz wznieść spojrzenie na twarz ciemnowłosego. - Tylko, gdy udowodni mi się pomyłkę.
Wtem na ustach Gilberta pojawił się uśmiech, a on sam parsknął podburzony.
- To, że słuchasz, nie znaczy, że słyszysz. Gilbert; cytaty, złote myśli, aforyzmy. „Klik”.
Ciemna brew powędrowała ku górze, by zaraz ściągnąć się ku drugiej, gdy tylko chłopak je zmarszczył. Wsłuchiwanie się w głos Nishimury zwykle mu się podobało. Dziś go raczej irytował. Fakt, że nie mogli się dogadać nie był czymś specjalnie niesamowitym. Tym razem szło to jednak mozolnie. I wcale nie było ciekawie.
„Myślałem, że właśnie na tym polega ta gra”.
- To nie myśl. Nie wychodzi ci w ogóle.
Rzeczywiście. Bycie miłym było takie upierdliwe, co nie, Gilbert? Tak trudno czasami zdobyć się na wiązankę uśmiechów, na drobny komplement albo... no nie wiem. Zwyczajne zamknięcie mordy. Ale nie to stanowiło główny problem. Salvatore był typem osoby, która – przymuszona – umie przyznać się do błędu. Z wierzchu być może zdawał się być naburmuszonym samolubem, który uważa się za pępek świata. W istocie niejednokrotnie przyznawał innym rację, wykrztuszając to ostatkiem „sił”, bo inaczej nie był w stanie. Tylko... teraz Takanori nie miał racji. Różnica między jednym a drugim była jasna. Uparty Wilk jeszcze się złamie, gdy się pomyli – Ryan już nie. Co nie, Ryannie?
- Pewnie. Gdyby ktoś zachowywał się nie w porządku... to czemu właściciel miałby tu kogoś trzymać? – zapytał, jakby w ogóle spodziewał się odpowiedzi. - Ale właściciela nie ma, prawda? A ja nie robię nic złego. Lokal był otwarty. Nie zamykasz – twoje potknięcie. Możesz mnie pocałować w dupę, Ryan.
Wyplułby te gorzkie słowa, gdyby nie to, że ciemnowłosy nagle... znów... mówił... Ohm.
- To była metafora. Przykład.
Uściślanie niektórych kwestii zdawało się powoli męczyć niewielkie ciało chłopaka. Choć zwykle jego wiecznie żywy duch nie dawał za wygraną, tak w tym przypadku nachodziła go nieprzemożona chęć, aby zsunąć się z wysokiego krzesła, przerzucić bluzę przez ramię i wymaszerować, zgarniając po drodze swoje wierne psisko i udać się do kina na dobry horror.
Tylko właściwie należało sobie zadać proste pytanie: po co, skoro miał horror na żywo? Kiepskiego i taniego, z kończącymi się zapasami – ale, cholera, zawsze! Gilbert, wcielając się w nierozgarniętego gliniarza, który zawędrował do mrocznego pomieszczenia, nie zdawał sobie widocznie sprawy z jakości zagrożenia. Nawet nie drgnął, gdy Ryan obrzucił go karcącym spojrzeniem. Ha. On mu nawet odpowiedział równie hardym i pewnym siebie zerknięciem, jakby sytuacja sprzed ledwie sekundy nie miała w ogóle racji bytu, a on sam nie czuł się zażenowany.
Nawet, na upartego, można uznać, że wskazówka z humorem nagle podskoczyła w górę. Przysporzył problemów. Co za pech... Teraz trzeba będzie sprzątać. - Nie jestem niezdarny. Po prostu wyślizgnęła mi się z ręki. Zwykle potrafię trzymać co trzeba – parsknął, przyglądając się, jak barman maszeruje po akcesoria wieczoru.
Nie poczuł się nawet urażony, gdy bezczelnie go przesunięto. Skoro tak traktuje się tu klientów, to jego nogą więcej tu nie postanie. Nie było sensu pchać się tam, gdzie cię nie chcieli.
- Jeszcze tu – powiedział, kreśląc palcem wskazującym małe kółko. - Jeszcze tu nie zamiotłeś – powtórzył, odchylając wreszcie rękę i podbierając na niej policzek, by powrócić do – jakże zajmującej – obserwacji niszczenia jego dzieła. Dopiero kolejne jego słowa przywołały na twarz młodzieńca znany wyraz niezadowolenia.
- Nie wiesz co jest w tym złego? To może zacznijmy od czegoś łatwiejszego... co w takim razie wiesz? Strasznie dużo trzeba ci tłumaczyć. Ano, z doświadczenia mogę ci jednak powiedzieć, że ci, którzy nie boją się śmierci, nie boją się również znacznej większości świata. Możesz zginąć w bitwie gangów – ale co z tego? Warto spróbować. Więc chwytasz za broń i strzelasz. Jeżeli ci się uda – gra trwa nadal. Jeśli nie – trudno. Przecież i tak ci nie zależało. I tak dalej. Aha, to również tylko przykład. – Skrzywił się. - Kiepsko. Nie lubię ciastek. – Krzesło z Gilbertem wydało szurnięcie, gdy powracało na dawne miejsce. Drugi łokieć powrócił na blat, to i głowa wspierała się z powrotem na obu dłoniach.
- Nie schlebiaj sobie, Cowell. To nie były komplementy – zaznaczył, wplatając w ton głosu powagę – i ogółem całkiem miły ze mnie gość. To ludzie mnie wkurwiają. Gdybyś nie był tak drażniący, pewnie rozmawiałoby się nam lepiej. Co nie, samozwańczy przestępco z wyrośniętym ego? – pytanie zawisło w powietrzu w momencie, gdy i palec Takanoriego uniósł się w górę i wycelował w czarnowłosego. Gilbert zacisnął zęby, ale nie odsunął się od niego, wpatrując gdzieś poza jego rękę. Musiał przyznać, że kolejne stwierdzenie wywołało w nim falę niepewności. Przez chwilę nawet był pewien, że to następne „wredne odzywki”, które miały na celu próbę upokorzenia go. W chwili, gdy uświadomił sobie, że nie było to nic złego, jego brwi i tak zdążyły się już ściągnąć ku sobie. Przemilczał odpowiedź. To był prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, gdy przełknął słowa wraz ze śliną...
„Więc jednak nie jesteś w pracy?”
Wyprostował się, obejmując palcami plastikowy kubek z nowym drinkiem.
- Jestem – rzucił po dłuższej chwili ciszy. - Sprawdzam czy nie podtruwasz klientów. Powinni mi być wdzięczni, ratuję im właśnie życie.
Z tymi słowami kubek oderwał się od blatu, a chłodny płyn wpłynął do gardła czarnowłosego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Sro Sty 08, 2014 1:45 am

Niemniej jednak kiepsko przyjmujesz do siebie fakt, że możesz się mylić. To kwestia detektywistycznych zapędów czy po prostu mnie, hm? ― Uniósł brew w pytającym geście. Prawda była taka, że Takanori był ostatnią osobą, która miała prawo wypowiadać się w tej kwestii. Czasem Często wodził innych za nos, żeby w ostatecznej konkluzji wyszło na jego. W nielicznych przypadkach potrafił przyznać innym rację dla świętego spokoju lub zwyczajnie przemilczeć niektóre kwestie. Z jego osobistych doświadczeń wynikało, że im mniej odpowiedzi się udzielało, tym bardziej rozmówca tracił zapał do ciągnięcia dalej danego tematu, który w żadnym wypadku nie był pasjonujący, a raczej męczący.
Może teraz też wypadało zastosować podobną taktykę?
Chłopak westchnął, będąc szczerze zrezygnowany nieprzyjemnymi odzywkami czarnowłosego. Nie to, żeby sam zachowywał się wobec niego odpowiednio, ale przynajmniej udało mu się nie zareagować gwałtownie. Nic dziwnego – wszelkie docinki spływały po nim tak, jakby w ogóle nie zostały wypowiedziane albo słuchacz miał w tym czasie zakłócenia na linii, choć nie pokwapił się o to, by wspomnieć coś na ich temat. Wydawało się, że faktycznie była krztyna prawdy w złotych myślach Gilberta. Niewielka, bo – owszem – słuchał, a dodatkowo słyszał go przez cały czas. Po prostu się z nim nie zgadzał, a do tego miał pełne prawo. Tak samo jak Salvatore miał prawo nie zgadzać się z nim, choć w tym wypadku jedno wynikało z drugiego. Odwieczna walka między dwoma potencjalnymi wrogami. Szkoda tylko, że Ryan nie widział w nim wroga, a nieco bardziej uszczypliwego szczeniaka, który bezmyślnie podgryzał mu nogawki, nie licząc się z tym, że zaraz może przeżyć spotkanie pierwszego stopnia z jego ciężkim buciorem. Póki co nie wyglądało na to, by cokolwiek na niego miał. I dobrze.
„To nie myśl. Nie wychodzi ci w ogóle.”
I kto to mówi...
Obrzucił go sceptycznym spojrzeniem, aczkolwiek darował sobie komentarz na ten temat. Już nie wiadomo czy gorsze było milczenie Ryana czy to, że za pośrednictwem wyrazu twarzy chciał uświadomić go, iż właśnie zachował się jak gówniarz, choć równie dobrze można było uznać, że to Nishimura był za poważny. Przynajmniej jak na jego wiek, który ludzie przeważnie utożsamiali z czasami dobrej zabawy i szaleństwami młodości. Szarooki jednak w żadnym stopniu nie przypominał postawą dwudziestolatka w typowym schemacie studenta, który przy pierwszej lepszej okazji schlałby się, żeby bezwstydnie i bez opamiętania odstawiać akcje, o których wspominano by przez najbliższe lata.
A ja nie powiedziałem, że cię wyrzucam, choć podczas nieobecności prawowitego właściciela mam do tego prawo. Nadążasz? Chociaż rozumiem, że w zakres twoich zajęć wlicza się wtykanie nosa gdzie popadnie, byleby tylko udupić swoją ofiarę.Ale w tych czasach ta ofiara może okazać się wilkiem, dorzucił w myślach. Jego głos brzmiał nad wyraz spokojnie, przez co ciemnowłosy wydawał się odrobinę znużony. Mogli sobie tak rzucać przykładami bez końca, co i tak do niczego nie prowadziło. Detektyw dalej mościł swoje cztery litery na barowym stołku, a Cowell pozwolił sobie na chwilę zapomnienia i bezsensownie dążył do wytłumaczenia policjantowi pewnych szarych realiów, które najpewniej w najprostszy sposób dotarłyby do jego głowy wbijane tam pięścią. Ale nawet ta metoda nie była do końca pewnikiem.
„Możesz mnie pocałować w dupę, Ryan.”
Lepiej uważaj o co prosisz. W niektórych przypadkach wcale nie musi skończyć się tylko na pocałunku. ― To groźba? Możliwe. Jednak w świetle sprawy brzmiało to bardziej jak przestroga. Przywódca Wolves bynajmniej nie mylił się co do tego faktu, aczkolwiek niekoniecznie mówił właśnie o sobie. Lekkość z jaką przyszło mu rzucanie podtekstami, które w wielu przypadkach uchodziły za niesmaczne, świadczyła tylko o tym, że szatyn nie czułby skrępowania, gdyby musiał podjąć się radykalnych środków, jednak jednocześnie nie wyglądał na zainteresowanego podobnymi sprawami, chociaż w srebrnych tęczówkach, które bez zawahania i z pewnym poczuciem przewagi wpatrywały się w twarz rozmówcy było coś przytłaczającego. Na szczęście nie zrobił nic, co miałoby potwierdzić jakieś niecne plany wobec niego.
Nie było ich. Na razie.
Szczerze mówiąc, nie był poruszony tym, że gliniarz postanowił przez chwilę zachowywać się jak pan i władca tego świata. Take równie dobrze mógł wcisnąć mu tę miotłę w łapy i zmusić do posprzątania bałaganu po sobie, jednak coś podpowiadało mu, że nawet tego nie zrobiłby dobrze. A później... znów przyszło słuchać mu litanii na temat wszystkiego, co nie podobało się Raymondowi. Oczywiście mimo chęci wyłączenia się, nie pominął ani jednego słowa.
Mhm ― bąknął pod nosem. ― A ty boisz się śmierci? Może podałeś tylko przykład, ale weź pod uwagę to, że brak strachu wcale nie wyklucza tego, że nie tak łatwo rzucisz się na głęboką wodę, wiedząc, że i tak utoniesz, ale przecież „warto było spróbować”. Istnieje wiele powodów, dla których cudze pogróżki nie robią na mnie wrażenia, a które ty możesz uznać za chorobę. Bo czemu nie? „Przecież to zakrawa o masochizm”. ― Stuknął opuszkami palców o blat, jakby ten drobny gest miał wyrazić oburzenie tym faktem. ― Dziwi mnie to, że mówi mi to detektyw. Nie masz łatwej pracy, a podejmując się jej liczyłeś się z tym, że komuś może nie spodobać się to co robisz i postara się, by być szybszy od twojego psiego nosa i w porę wpakuje ci kulkę w łeb. Mało kto lubi wścibskich gliniarzy. Druga opcja jest taka, że drażni cię to, że taki jestem i bynajmniej nie ze względu na to, że rzekomo bezmyślnie mogę wpakować się w każde niebezpieczeństwo. Chyba, że z bliżej nieokreślonych powodów nie chcesz, żeby coś mi się stało. ― Pokręcił głową, jakby zdawał sobie sprawę z tego, że tą opcję mógł na wstępie przekreślić. Niedorzeczne. ― Prawda jest taka, że ludzie o wiele bardziej respektują osoby, które się nie boją. Widocznie czujesz się lepiej, gdy traktuje się ciebie z należytym szacunkiem i nie uświadamia ci się, że jesteś jeszcze szczeniakiem i niewiele możesz. To zrozumiałe. Kto tego nie lubi? Rzecz w tym, że wolę już takie podejście niż mydlenie ci oczu tym, że masz rację, gdy ewidentnie się mylisz. Nie znasz mnie. Ale myślę, że wiesz, że w ostatecznym rozrachunku i tak nie zacząłbym błagać cię o litość. Ty też byś tego nie zrobił.
Po tym długim wywodzie musiał zaczerpnąć łyku kawy, która zdążyła już nieco ostygnąć. Odsunąwszy kubek od ust i odłożywszy go na blacie, końcówką języka pozbył się reszki napoju, która pozostała na jego dolnej wardze. Zaraz ściągnął brwi, rażony nagłą zmianą w nastawieniu młodzieńca. Najwyraźniej komuś tu udzielił się damski PMS.
Jesteś strasznie kapryśny ― skwitował. ― I nie. Gdybyś nie był aż tak wybuchowy, zapewne rozmawiałoby nam się lepiej. ― Ta kwestia zdecydowanie wymagała poprawienia. Takanori nie robił nic, co miałoby wpłynąć na złe samopoczucie Gilberta. Zachowywał się tak, jak zawsze. To nie on warczał i szczekał, by zaraz po tym raz zamachać ogonem, a później znów zorientować się, że jednak coś jest nie tak. I spróbuj tu z takim wytrzymać. Ale nie umknęło mu to, że udało mu się go uciszyć. Zmrużył oczy, niczym czujne zwierzę, które było bliskie przechwycenia swojego celu, chociaż to dziwaczne złudzenie szybko umknęło.
„Sprawdzam czy nie podtruwasz klientów.”
To alkohol ― mruknął, pocierając policzek ręką. ― Oczywiście, że podtruwam klientów. Na ich własne życzenie ― stwierdził spokojnie. Przecież była to najoczywistsza rzecz na świecie. Gdy czarnowłosy ponownie pozbył się zawartości swojego kubka, Ryan sięgnął po butelkę wódki, którą wypełnił plastikowe naczynie do połowy, już nawet nie pytając Salvatore'a o zdanie. ― Liczę na to, że wrócisz do siebie o własnych nogach.
Butelka stuknęła o blat.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Nie Sty 12, 2014 11:24 pm

To kwestia tego, że po prostu się nie mylę.
Uściślenie tego nie było niczym, co nie mogłoby przejść mu przez gardło. Nawet jeśli z chwili na chwilę alkohol zaczynał działać coraz bardziej... a może przede wszystkim dlatego? Od wieków wiadomo, że gdy tylko krwiobieg się upił, odwaga potęgowała się, popychając nawet do tego, czego przy zdrowych zmysłach człowiek by nie zrobił. Dodając do tego niezaprzeczalny fakt, że na trzeźwo, Gilbert był w stanie zrobić niemalże wszystko, tak po utraceniu owej trzeźwości, zapewne był zdolny do wypełnienia każdego rzuconego w przestrzeń zadania.
Nic zresztą nie mógł na to poradzić, że każde słowo wypowiedziane przez ciemnowłosego wydawało mu się z dupy wyjęte. Ilekroć tylko patrzył w szare ślepia, wcale się nie bał, ani nie tracił rezonu. Po prostu dostrzegał pustkę, błagającą o wypełnienie, jednocześnie wiedząc, że nigdy nie będzie w stanie tego zrobić. Nie na niego czekał Cowell, prawda? Świadom tego Gilbert nawet nie starał się, by jego towarzystwo było dla Ryana czymś przyjemnym. Czymś do wspominania w mroźne, wietrzne wieczory...
Istotnie — przytaknął i to takim tonem, jakby doczekał się po wielu latach zrozumienia. Jak tu nie westchnąć cierpiętniczo, gdy wszystko sprowadzało się wciąż do tego samego? Do użerania się? Oboje byli świadomi swoich wygranych i przegranych, ale żaden nie był w stanie schować dumy i przyznać się do porażek. Tym bardziej, że drażniła go pewność siebie rozmówcy. Jego próby bycia strasznym, poważnym, inteligentnym. Ile takich przesłuchiwał dziennie? Ile widział gęb tego pokroju? „Jeszcze chwila, a cię zamorduję” — mówiły oczy przeciwnika, zaś w ślepiach Gilberta pojawiał się tylko dziki błysk rozbawienia. Nie z nim te numery. Nie bawił się w to od dawna. Zwykle jednak ofiarom w ciele wilka nie udawało się przedostać na tyle blisko, aby móc dosięgnąć jego gardła, a i tym razem nie martwił się, że Cowell mógłby mu zaszkodzić. Czymkolwiek.
Pewien swych słów i posłuszny instynktowi nie musiał obawiać się porażek. Nawet jeśli nie miał racji zawsze musiało wyjść na jego. Krętactwo i bluźnierstwo wykorzystywane w odpowiednich momentach dawały oszałamiające efekty, z których osobiście był niezwykle dumny.
„Lepiej uważaj o co prosisz. W niektórych przypadkach wcale nie musi skończyć się tylko na pocałunku”.
Nie wytrzymał. Zachichotał pod nosem, przykładając wierzch dłoni do rozchylonych w ironicznym uśmiechu ust. Och, doprawdy... Tyle zabawy i tyle... niczego w ledwie paru słowach.
Jasne. Będę ostrożny. Nawet mi schlebia, że interesujesz się moją przyszłością. Jakie jeszcze cytaty, aforyzmy i porady usłyszę z twojego gardła? — Spojrzał na niego hardo, choć w tym spojrzeniu było coś, czego nie dane było dostrzec na początku. Pewien mętlik, błysk niezdecydowania, być może szczypta szaleństwa. — Nie powinienem wychodzić po 22, aby żaden zły, bardzo zły pan mnie nie dotknął, tak? Oh, i nie otwierać drzwi nieznajomym, nawet jeśli wyglądają jak listonosz z paczką, na którą czekam od tygodnia, prawda? Co by tu jeszcze... Wiem! Nie nosić kluczy na smyczy w widocznym miejscu. W szkołach przed tym przestrzegali. A jeśli ktoś będzie za mną szedł i poczuję się nieswojo, mam wejść do sklepu lub sąsiadów, których znam. A może... — Powieki mimowolnie opadły lekko, sprawiając, że jego twarz przybrała niemalże poważnego wyrazu. — Mam uważać na ciebie?
Cisza.
Grobowa. Niechciana. Wręcz tragiczna.
Taka, którą pragnęli wywołać aktorzy na scenie w trakcie spektaklu. Scena, w której młodziutka Holenderka ma za moment dowiedzieć się, że jej ukochany ojciec umarł za nią w bitwie, chroniąc honoru... Salvatore stuknął palcem o blat.
A może nie ma siły, która by mnie przestraszyła — dodał po chwili, odrywając spojrzenie od twarzy rozmówcy i kierując je na swoją dłoń. Kolejne słowa Ryana nie wywołały w nim żadnych emocji. Jakby słuchał je w każdej rozmowie.
„Chyba, że z bliżej nieokreślonych powodów nie chcesz, żeby coś mi się stało”.
Nie. Nie zrozumiał. Znowu. Kolejny, pierdolony raz. Jak można być tak tępym?
Lekarz mówił, że z moją wymową wszystko jest okej. Może to ty powinieneś przeczyścić uszy? Posłuchaj, Cowell. Nigdy... z naciskiem na nigdy nie chciałem, by cokolwiek stało się komukolwiek. Nie życzę ci śmierci jako takiej, mimo przypływu irytacji. Życzę ci jednak, abyś przestał być pieprzoną dupą wołową, bo to wyszłoby ci na dobre. Oczywiście, że nie mam łatwej pracy. Kto ma? Dziwka, kelner, biurokrata? Każdy się trudzi, każdy płacze nad rozlanym mlekiem. Nie ma sensu się spierać kto z nas ma trudniej. Wystarczy, aby polubić to co się robi, a nawet grzebanie w zwłokach okazuje się bajeczną rozrywką. Może nie? — Uniósł brwi. — Szczeniak, co? I mówi to osoba, która myśli, że jak strzeli złym spojrzeniem na prawo i lewo, to wszyscy uznają ją za groźną i niedostępną? Niestety. Nie jesteś w stanie pokazać mi, w którym momencie się myliłem i podać mi argumenty, których sama Episteme nie byłaby w stanie podważyć. Gdyby tak było, przestałbyś gadać, że „nie mam racji, a ty się ze mną łaskawie nie zgadzasz”, tylko ruszyłbyś mózgiem i próbował mi to udowodnić. Zważ też, że przekolorowałeś mój przekaz. To, że ktoś nie boi się śmierci i igra z nią, nie znaczy, że robi to, bo tak mu się podoba, a dlatego, że może tym coś zyskać. Jeśli zyska — dobrze, jeśli nie — i tak mu nie zależało. Rozumiesz teraz? Może zadzwonić po tłumacza? Mam nielimitowane rozmowy po północy.
„Ale myślę, że wiesz, że w ostatecznym rozrachunku i tak nie zacząłbym błagać cię o litość. Ty też byś tego nie zrobił”.
Wow. Amerykę odkryłeś. Masz jeszcze jakieś fakty w rękawie czy to jedyne na co cię stać?
A kto tego nie wiedział? Gilbert był nieugięty, tak samo jak Cowell. Wiedzieli to wszyscy, którzy choćby gdzieś mimochodem o nich usłyszeli. Sława taka, a nie inna, ciągnęła się za jednym i drugim. Nie ma co zaprzeczać.
„Jesteś strasznie kapryśny”.
A ty mnie wkurwiasz. Ping-pong, honey?
„To alkohol”.
W dodatku ohydny. A mogłem posłuchać zdrowego rozsądku i zrobić sobie tradycyjnie kawę — westchnął przewracając oczami.
„Liczę na to, że wrócisz do siebie o własnych nogach”.
Kubek stuknął o blat.
Pusty.
Minuta.
Dwie.
Pięć.
Dam radę, spierdalaj — warknął. Jego ręka wystrzeliła nagle naprzód, chwytając mocno Cowell'a za bluzę. Palce drżały lekko, tak samo jak dolna warga chłopaka, do chwili, aż ten nie zacisnął mocno ust, powstrzymując ten głupi odruch. Policzki przybrały zresztą soczystszej barwy już jakiś czas temu, a wzrok przestał być tak bystry jak na początku. — Muszę... tylko... — zaczął powoli. Malutkie, czarne kropeczki zakołysały się, rozmazując cały obraz. Salvatore zmarszczył jeszcze brwi i skrzywił się, wyjątkowo wściekły, aż w pewnym momencie — niby po pstryknięciu palcami — wszystko się wyłączyło, a on z trzaskiem uderzył nieprzytomny czołem w blat.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Pon Sty 13, 2014 1:13 pm

Trzeba przyznać, że alkohol działa na ciebie wyjątkowo szybko. ― Czy uważał, że Salvatore bredził w upojeniu? Oczywiście, że tak. Trudno było się zgodzić z podobnym stwierdzeniem, biorąc pod uwagę, że w przypadku czarnowłosego bynajmniej nie o nieomylność chodziło. Można było przyznać, że miał talent, ale do czegoś zgoła innego. Nie powiedziałby, że nie była to przydatna umiejętność. Na pewno czasem warto zbić przeciwnika z tropu, mieszając mu w głowie swoimi rozbudowanymi wypowiedziami i wwiercając mu się w podświadomość zawiłymi teoriami, które najłatwiej było pozostawić bez odpowiedzi, ale przecież to mogło sprawić, że Gilbert uroi sobie, iż stoczył wygraną walkę. Z drugiej strony pewnie nie warto było się aż tak tym przejmować. Nie wyglądało też na to, by Takanori brał do siebie to wszystko i pewnie dlatego traktował chłopaka znużonym spojrzeniem z serii: „Tak, tak. Pogadaj sobie dziecko, tylko nie nabrudź w piaskownicy”. ― Po prostu dobrze odwracasz kota ogonem ― podsumował po chwili, nieco ciszej. Właściwie wydawało się, że w tym momencie nawet nie chciał skierować wypowiedzi do swojego rozmówcy, byleby tylko nie uznał tego za pochwałę. A mógłby – nie każdy znał się na sztuczkach psychologicznych i nie każdy potrafił odpowiednio podejść daną osobę, a – przede wszystkim – niewielu potrafiło przypisać dany charakter do odpowiedniego modelu. Jeżeli chodziło o Ryana – nie popierał takich metod. Był nieco ostrożniejszy, ale koniec końców trudno pozwolić sobie na zaufanie, gdy władze miasta miały ochotę rzucić ci się do gardła, bo zarządzasz obalaniem systemu.
A teraz?
Siedział twarzą w twarz z rozgadanym detektywem i jak gdyby nigdy nic popijał sobie kawę, obserwując jak jego towarzysz zdradza coraz więcej objawów tego, co skreślało go na dziś z możliwości pełnienia służby. Nikt mu nie powiedział, że trzeba ostrożniej obchodzić się z mieszaniem zawartości procentów? Najwyraźniej nie. Oczywiście to działało na korzyć Cowell'a, choć – jakby na to nie patrzeć – Raymond i promile w jego krwi tworzyły mieszankę wybuchową, przez co stawał się jeszcze bardziej nieznośny, niż zazwyczaj. Rzecz jasna za chwilę równie dobrze mógł zacząć odstawiać striptiz, zarzygać blat lub po prostu odpłynąć. Niezbadane są ścieżki zapitego umysłu. Więc czekał, doskonale zdając obie sprawę z tego, że jeden odkryty sekret mógł pozwolić na zmieszanie policjanta z błotem. Właściwie nie było to nic osobistego, nawet odpowiadał mu uszczypliwy charakter Salvatore'a, ale priorytety pozostawały priorytetami.
„A może... Mam uważać na ciebie?”
Może masz. ― I tyle. Nic poza tym – żadnych pouczających cytatów i aforyzmów na temat tego, co mogło mu się stać. Bo mogło, chociażby ze względu na to, że zapewne w oczach wielu był tylko nędznym, małym robakiem, którego wystarczyło zgnieść podeszwą buta. Ponadto w słowach ciemnowłosego nie zabrzmiała nawet drobna nuta zawahania, jakby wyczuwszy niepewność, pozwolił sobie na bezczelny krok dalej. Nie dało się ukryć tej porażającej pewności siebie. Wystarczyło dłużej po przebywać w jego obecności, by zorientować się, że wytyczone normalnym ludziom granice dla niego zwyczajnie nie istniały. Możliwe też, że wstyd był dla niego czymś zupełnie obcym, a gdyby przyszło mu przebywać w towarzystwie ogołoconej z odzieży osoby, przypuszczalnie nie odwróciłby wzroku, a rumieniec nawet na chwilę nie zagościłby na jego twarzy. Tak naprawdę to on był tu tym, któremu można było próbować wmówić wszystko, a on i tak wiedział swoje.
Wypuścił powietrze ustami i przebiegł wzrokiem po opustoszałej sali. Wpatrywanie się w oblicze młodzieńca na ten czas przestało być aż tak atrakcyjne. W dodatku znowu mówił i – co dziwne – można było zacząć polemizować co do tego kto tu naprawdę był tępy. Szarooki zacisnął palce w pięść, żeby zaraz kolejno i z niejakim ociąganiem je prostować. Przypominało to nieme odliczanie. Trudno sprecyzować co tak naprawdę odliczał. Może to, ile czasu minie, zanim gliniarz znów zamknie swoją gębę? Co prawda ułożenie ręki płasko na blacie zajęło trochę więcej, niż tylko marne pięć sekund i zdaje się, że nawet po tym Nishimura wydawał się być pochłonięty swoimi przemyśleniami, gdy nieobecnym wzrokiem, z nieco przymrużonymi powiekami przyglądał się drzwiom klubu. Spodziewał się kogoś?
Nie odpowiedział od razu, jakby ciężar ciszy, który zrzucił na Gilberta miał zmiażdżyć jego drobne ciało. Coś się stało? Przemówił mu do rozsądku? Od triumfu mogły dzielić go sekundy, ale jeszcze nim ten nastąpił, srebrzyste tęczówki znów zmierzyły się spojrzeniem z różnokolorowymi oczami upartego rozmówcy.
Wystarczy ― trzeba przyznać, że brzmiało to jak solidny rozkaz, którego za nic nie powinno się podważać. ― Może czas policzyć ile razy zaprzeczyłeś samemu sobie? Prawdę mówiąc, potrafisz dużo mówić. Idzie ci to całkiem nieźle. Serio. Mógłbyś zostać oratorem, gdyby nie to, że momentami mówisz tylko po to, żeby mówić. Pewnie wielu ci przytakuje, bo ktoś tak mały w tak wielkim świecie na ogół może bronić się jedynie mocną gębą. A teraz chcesz, żebym udowodnił ci, że się mylisz, chociaż twierdzisz, że jesteś nieomylny, ale jednocześnie potrafisz przyznać się do błędu. Wątpię jednak, byś z tą pewnością siebie faktycznie posiadał tę drobną umiejętność. Ty też nie jesteś w stanie udowodnić mi, że się mylę. Powtarzasz stale to samo i ostatecznie wychodzi na to, że nie ma w tym nic aż tak złego, ale... Wciąż pozostaje jakaś drobna pretensja o coś, co po prostu jest i zwyczajnie się tego nie zmieni, bo rzekomo nie spodobało się to wyszczekanemu psu, który – no nie uwierzysz – wcale nie jest lepszy.
Pokręcił głową z politowaniem i przytknął palce do skroni, by ją rozmasować. Właściwie spodziewał się tego, że czegokolwiek by nie powiedział, Raymond i tak znajdzie swoje racje, które przecież będą dla niego o stokroć ważniejsze, niż racje kogoś, kto „strzela złymi spojrzeniami na prawo i lewo”.
A ty ile razy jeszcze to powtórzysz. Już zrozumiałem, że mam talent do wkurwiania cię. Chociaż z tym twoim wybuchowym charakterem, zapewne nie tylko ja ― rzucił, unosząc brwi. Trzeba przyznać, że jego towarzysz był dziś wyjątkowo zrzędliwy. Alkohol nie zadziałal na niego w bardziej przychylny sposób, ale zarumienione policzki zdradzały jego nieciekawy stan i...
„Dam radę, spierdalaj.”
Chyba na dziś już wystarczy.
Spojrzenie powędrowało ku ręce, która zacisnęła się na jego ubraniu. Mimowolnie zacisnął na niej palce, jakby to miało mu ułatwić uwolnienie się od uścisku. Stanowczy wzrok spoczął na obliczu czarnowłosego, który miał się coraz gorzej, z początku głównie skupiając się na drżącej wardze policjanta.
ŁUP.
Zamiast zaskoczenia, na jego twarzy pojawiło się zrezygnowanie. Zajebiście, mruknął w myślach, przyglądając się burzy smolistych kosmyków, na które miał wgląd, gdy jego klient przywalił głową o blat. I to wcale nie tak lekko. Nie tego efektu się spodziewał, chociaż z perspektywy czasu nawet takie reakcje nie wydawały się niczym nadzwyczajnym. Mógłby nawet przysiąc, że bywało gorzej, ale ostatnim czego potrzebował było zbieranie gęby Gilberta z lady. Aż mimowolnie odsunął na bok butelki z alkoholem i zsunął się z krzesła.
Gilbert. ― Przesunął palcami po jego głowie, jednak zapewne tak delikatny gest nie miał szans wyrwać go z tego kiepskiego stanu. Usta szatyna ściągnęły się w wąską linię, gdy ruszył się z miejsca, by obejść ladę. ― Co za idiota... ― prychnął, chwytając go za nadgarstek, by przewiesić sobie jego ramię przez kark. Drugą ręką objął go w pasie i ostrożnie zsunął go z taboretu. Nie miał do czynienia z wielkim ciężarem, ale w pierwszej chwili jego kolana ugięły się nieco. Pomimo tego, że pierwszą opcją, którą rozważył było wypierdolenie delikwenta za drzwi, skierował swoje kroki na zaplecze za barem. W końcu najpierw wypadało nieco ocucić nieproszonego gościa. Poza tym sam stwierdził, że da sobie radę. Pierdolenie, warknął w myślach i pchnął bokiem drzwi, które łaskawie otworzyły się przed nim. Nie minęło dużo czasu, a tyłek Salvatore'a wylądował na miękkiej kanapie, na koniec jego głowa spoczęła na całkiem wygodnym podłokietniku, a na koniec pozbawiwszy chłopaka butów, Ryan ułożył jego nogi na wypoczynkowym meblu.
Na moment zostawił nieprzytomnego Raymonda, wychodząc z pomieszczenia. Dla bezpieczeństwa przekręcił klucz w drzwiach wejściowych, bo z pewnością ta akcja okazała się być przestrogą na resztę dnia: Nigdy nie zostawiaj otwartych drzwi przed godzinami pracy. Jednak Gilbertowi udało się go czegoś nauczyć, ale nie tak, jakby tego chciał. Wróciwszy do zapitego młodzieńca, najpierw skierował się do niewielkiej umywalki i sięgnął po ręcznik obok, by namoczyć go zimną wodą.
Początek dnia prezentował się mało obiecująco.
Wstawaj, dupku. ― Przykucnął obok i w pierwszej kolejności poklepał go kilkakrotnie po zaczerwienionym policzku, a dopiero po tym przesunął namoczonym ręcznikiem po jego twarzy. Lepiej, żeby obudził się teraz niż w momencie, gdy w grę wejdą radykalne metody.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Nie Sty 26, 2014 11:37 am

„Wstawaj, dupku”.
Wzruszył się, tak mile go powitano. Uchylił ledwie jedną powiekę i to bezczelnie tylko do połowy, żeby zaraz skrzywić się i z upiornym jękiem poderwać ręce i zasłonić sobie twarz dłońmi, jakby tym kruchym gestem mógł skryć się przed całym bożym światem, wszechświatem i terenami, o których nie śniło się żadnym filozofom.
Jezu, żaden dzień nie jest dobry, gdy budzi mnie twoja gęba!
Świadomość wcale nie zamierzała wrócić tak prędko, jak początkowo zakładał sam Gilbert. Choć wiedział doskonale o swojej niezbyt solidnej głowie do alkoholi, tym razem zdawał się nie zwracać na to uwagi. Może nawet myślał, że „teraz będzie inaczej”, tak, teraz... „na pewno będzie inaczej”. Zamiast tego otrzymał ostre bóle głowy i otumanienie, którego pozbycie się będzie graniczyło z cudem. Zamglone oczy zerknęły spomiędzy palców na twarz Ryana. A przynajmniej w miejsce, gdzie wielka, jasna plama wyróżniała się na tle ciemnoty wokół. Nic więc dziwnego, że to właśnie ona okazała się głównym obiektem zaczepnym
Nie mam siły, padalcu — warknął nagle i to z takim oburzeniem, jakby Ryan zarzucił mu gwałt na siostrze. Własnej siostrze, żeby dodać pikanterii. Najwidoczniej niektórym ludziom alkohol szczególnie nie służył i na nieszczęście tej dwójki Salvatore Gilbert do nich należał. Ba. Nietrudno byłoby go postawić w samej czołówce grupy, jeśli nie pokusić się od razu o przyznanie mu przywództwa nad nią.
Nie rozumiem po co tu jeszcze jesteś — zaczął nagle drążyć, drastycznie przerzucając się na bok i wtulając policzek w podłokietnik kanapy. — Wyjdź z mojego mieszkania i zamknij drzwi. Albo nie! W ogóle to wyjdź oknem i nie wracaj! A jak będziesz wychodzić, to podpisz listy. Rany, nadal tu jesteś? Miałeś stąd iść. Wynocha z mojego cholernego domu!
Mężczyzna o aparycji nastoletniego gówniarza zacisnął mocno powieki, jakby dzięki temu mógł już nigdy więcej nie ujrzeć Cowell'a. W rzeczywistości to tylko orkiestra, która ostro pogrywała w jego głowie i powodowała coraz mniej przyjemne uczucie bólu i niemożności poukładania własnych myśli, które Gilbert - o dziwo - bardzo chciał teraz posegregować. Na dobrą sprawę nie pamiętał nawet gdzie jest, a i za chwilę prawdopodobnie w ogóle nie będzie kojarzyć jak się nazywa i co pił rano na śniadanie.
Ta niedorzeczność budziła największy wstręt.
Salvatore uniósł rękę, zgiętą w łokciu i wplatając szczupłe palce w czarne kosmyki, zasłonił przedramieniem zarumienioną twarz.
Mam cię serdecznie dość! Przestań, do diabła, ze mną pogrywać, Cowell — burknął pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego. W dodatku słowa mogły być zagłuszone przez jego skuloną pozycję i usta tuż przy oparciu kanapy, które za moment zacisnął w wąską linijkę, charakterystyczną dla siebie, gdy był w kłopoczącej sytuacji. Nie zdziwiłby się więc, gdyby ciemnowłosy nie usłyszał lub nie zrozumiał tego, co powiedział. A w ogóle to najlepiej jedno i drugie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Palladium Club.   Pon Lut 03, 2014 7:56 pm

Gorzej niż z dzieckiem ― wymruczał pod nosem z wyraźnym zrezygnowaniem i przesunął dłonią po policzku. Rzecz jasna, mógł tylko przypuszczać, że tak właśnie czuł się rodzic, który usiłował wyciągnąć swojego niesfornego bachora z łóżka, bo rano wypadało iść do szkoły, gdyż – na całe szczęście – jeszcze nigdy nie przyszło mu się użerać z którymkolwiek z nich. I miał szczerą nadzieję, że nie przyjdzie. Jednak pomimo braku doświadczeń słowa Gilberta w żaden sposób nie godziły w jego osobę, a jedynie przyprawiały o wwiercające się w uszy ciężkie westchnienia, które tylko informowały o tym, że nie miał siły się z nim użerać i, jeżeli miało to trwać dłużej, z chęcią wykopałby go z miękkiej kanapy, choć w jego obecnym stanie nawet brudna podłoga była doskonałym miejscem do leżenia.
Jeśli coś zarzygasz, osobiście wytrę to twoją gębą.
A byłoby szkoda, prawda?
Przytaszczenie go tutaj było nieopłacalne, ale jednocześnie coś, czego nie do końca rozumiał, nie pozwalało mu na wywalenie czarnowłosego na bruk. Zalany w trupa był kompletnie bezużyteczny, choć gdyby sięgnąć pamięcią do wcześniejszych zdarzeń, ten mały ani razu do niczego mu się nie przydał. Potrafił gderać godzinami, siedzieć na ogonie i tylko czekać aż druga osoba złamie się i gdzieś między wierszami przekaże mu ważną informację. Najwyraźniej szkopuł tkwił w tym, że przyjaciół trzymało się blisko, ale wrogów jeszcze bliżej. Takanoriemu średnio uśmiechała się taka kolej rzeczy.
Skoro wiedziałeś, że długo nie wytrzymasz, mogłeś tyle nie pić, panie Jestemnasłużbie ― sarknął, prostując się, po czym wywrócił teatralnie oczami. Nie zamierzał długo prawić mu lekcji na temat umiaru, bo to nie on czuł się fatalnie w tej chwili. Sprawy miałby się inaczej, gdyby to nie jemu Salvatore sprawił problem, ale zapewne Nishimura nie był jedynym, który ucierpiał w jakiś sposób w jego towarzystwie. Co dziwne – musiał skarcić się w myślach za to, że jeszcze to tolerował, choć trudno było to dostrzec, gdy na jego twarzy widniał kamienny wyraz, a w oczach tliła się z trudem pohamowywana chęć przywalenia detektywowi, żeby wreszcie wziął się w garść, skoro nie docierało do niego nawet to, że nie był u siebie. ― Więc nawet zalany w trupa nie potrafisz się zamknąć? Jaka szkoda ― mruknął i niespodziewanie odwrócił się i odszedł od kanapy. Zapewne zrobił tym policjantowi ogromne nadzieje na to, że w końcu zostawi go w spokoju.
Niestety ta radość z niewielkich rzeczy nie miała trwać długo.
Raymond mógł wyraźnie poczuć, jak kanapa ugina się pod dodatkowym ciężarem, ale na dobrą sprawę na tym się skończyło. Ryan wydawał się z początku puścić jego kolejne słowa mimo uszu i nie zwracając uwagi na to, że aktualnie niewiele mógł zobaczyć, wyciągnął rękę, w której trzymał butelkę wody.
Pij ― polecenie padło jak najbardziej stanowczym tonem. Dokładnie tak, jakby odmowa miała przynieść Gilbertowi jedynie to, że spotkałby się z wlaniem mu napoju do gardła metodą „na siłę”. Już chyba lepiej było wziąć po dobroci. ― Przy okazji nawet nie wiem, do cholery, o czym mówisz. ― Ściągnął brwi, przez cały czas wpatrując się w... przedramię chłopaka, jakby w oczekiwaniu, że wreszcie zniknie z jego twarzy. ― Co takiego zrobiłem, by zasłużyć sobie na te wszystkie pretensje? Nie przypominam sobie, żebym zabił twoją matkę.

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Palladium Club.   

Powrót do góry Go down
 
Palladium Club.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» night club
» ladies club
» rodeo club

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
centrum miasta
 :: Dzielnica rozrywkowa
-
Skocz do: