IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Bar.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Bar.   Nie Wrz 15, 2013 9:58 pm

Przechadzając się brudnymi, zabiedzonymi ulicami dzielnicy slumsów, można odnieść wrażenie, że nie ma tu żadnego miejsca, w którym można byłoby się zatrzymać. Szare, obskurne budynki, z których większość wydaje się być opuszczona, nie zachęcają do zajrzenia do środka, bo z drugiej strony nigdy nie wiadomo, czy pierwsze wrażenie przypadkiem nie okazało się być mylne. Jednak pośród tej szarzyzny jest jedno miejsce, które wyróżnia się na tle pozostałych – możliwe, że kolorowy, tandetny neon, którego część żarówek zdążyła wypalić się już dawno temu, a część z nich powoli kończy swój żywot oznajmiając to irytującym miganiem, które wbrew pozorom przykuwa uwagę przechodniów wieczorami. Za dnia, zza drewnianych drzwi, z których poodpadały kawałki paskudnego, ciemnozielonego lakieru dobiega gwar rozmów. Pomimo tego, że nie ma się najmniejszej ochoty zapoznać z wyraźnie zapijaczoną hołotą, żyjąc w tym miejscu ma się świadomość, że nigdzie indziej nie zdobędzie się tak taniego – choć niezbyt smacznego – pożywienia.
Nie pozostaje nic innego, jak tylko wejść do środka, hm?
Już w samym progu nawet najmniej wrażliwy nos zostaje uraczony ostrym zapachem alkoholu, w upalne dni przemieszany z odorem spoconych mężczyzn, którzy często odpoczywają tu po niegodziwej pracy. Nie wspominając już o woni papierosowego dymu i często też spalenizny. W końcu czasem nadmiar klientów sprawia, że zapomina się o tym, iż pozostawiło się inne zamówienie na patelni. Co do samego baru – można powiedzieć, że nie jest ani wielki, ani też bardzo mały, choć zdarza się, że brakuje tu miejsce. Niskie ceny zachęcają miejscową biedotę, która zadowoli się produktami niskiej jakości i swoim mało wyszukanym towarzystwem, bo w końcu „lepszy rydz, niż nic”. Samego wnętrza nie można opisać nawet, jako skromne, choć takie może się wydawać, jednak nie ma w sobie za grosz estetyki czy ładu. Drewniana podłoga skrzypi przy każdym kroku, zakurzone okna wpuszczają do środka niewiele światła za dnia, krzesła i stoły wyglądają, jakby za moment miały się rozpaść, a jedzenie woła o pomstę do nieba. Kontrola sanepidu zapewne przyprawiłaby o zawał kontrolera, jednak żaden z nich nie zapuszcza się w te strony, przez co interes Johnson'a stale się kręci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Bar.   Nie Wrz 22, 2013 9:40 pm

Ah, jak przyjemnie, kamieniem dostać w łeb, gdy w głowie szumi szumi, a z nosa leci kreeew ~
Hm, cóż, kamieniem jeszcze nie zarobił i powątpiewał, czy w najbliższej przyszłości dostanie, ale po tym miejscu można było się spodziewać wszystkiego. Nie szedł ani zbyt szybko, ani zbyt wolno, wykorzystując krótkie momenty na rozejrzenie się wokół. Nie różnił się zbytnio od ćpunów, masowo kręcących się w slumsach celem wyłudzenia pieniędzy lub oferujących usługi każdemu, kto był dość naiwny albo zwichrowany, żeby z okazji skorzystać. Przynajmniej z wyglądu, ze swoimi włosami w nieładzie, lekko naciągniętym na twarz szalikiem i ogólnym pierwszym wrażeniem. Inną sprawą była czarna, niepozorna torba, ciążąca mu na lewym ramieniu, główny powód jego wyjścia. Oczywiście można było wkopać paru naiwnych z latanie z tym po mieście, ale należy pamiętać, gdzie się zaczynało i jakoś sobie to szanować. Literki na telefonie nie zastąpią kontaktu z żywym człowiekiem, a taki żywy przydaje się częstokroć bardziej. Cóż znajdowało się w torbie? Kradziony laptop, który przyniesiono mu do drobnych poprawek, takich chociażby jak wykasowanie wszystkich danych poprzedniego właściciela i łagodne podrasowanie, co bo opchnąć to za parę groszy. Miejsce oddania tej zabawki było punktem przerzutu wszystkiego, co tylko można było w tym mieście przehandlować, włącznie z duszą i teściową. Bez zbędnego zwracania na siebie uwagi wszedł do baru, rzucając jedno tylko spojrzenie na całokształt. Tak tak, stary dobry bar u Johnsona, wolałbyś nie znać, jeśli nie musisz, a jednak wracasz tyle razy…Bynajmniej nie z powodu cienkiego jak lura piwa, które zamówił by przypadkiem któryś z panów karków nie zainteresował się samotnym gościem wchodzącym do baru. I w ten oto sposób zakończył wędrówkę siadając w głębi pomieszczenia przy jednym ze stoliczków, które lata świetności miały dawno za sobą, a warstwa wosku mogłaby robić za nowe pokrycie. Torba, dyskretnym ruchem umieszczona pod owym stołem, czekająca jak i on na odbiorcę, piwo w butelce oraz smród fajek i bliżej nieokreślonej woni palonego tłuszczu w powietrzu.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Nie Wrz 22, 2013 10:16 pm

Przekroczył próg baru spóźniony niecałe pięć minut — niby krótka chwila, ale i tak zastanawiająca w przypadku kogoś tak sumiennego w interesach jak on. Przystanął na moment w drzwiach i rozejrzał się pobieżnie; szybko wyłowił Askela z tłumu i jeśli przypadkiem Enigma podniósłby wtedy głowę, zobaczyłby zapewne, jak kącik ust Meiera podnosi się powoli w krzywym uśmiechu. Nie podszedł (Cas, nie kącik; samobieżnych kącików ust rathelońskim naukowcom nadal nie udało się jeszcze wynaleźć, mimo usilnych starań) jednak wprost do niego, o nie; wszedłszy pewnym krokiem wgłąb pomieszczenia, udał się do baru, gdzie na dobry rzeczy początek kupił sobie piwo. (W butelce; pewnie i tak rozwodnione, ale przynajmniej w browarze.) Otworzył, pociągnął łyk, po raz kolejny powiódł wzrokiem przez całe pomieszczenie i jakby dopiero wtedy dostrzegł Askela w tłumie. Podszedł do niego nonszalancko, zgrabnie wymijając stojących — czy też raczej siedzących — mu na drodze ludzi.
— Siemasz. Można? — spytał jak gdyby nigdy nic, przystając przy jego stoliku. Zamysł był taki, żeby całe to spotkanie wyglądało na swobodne i nieplanowane, wręcz przypadkowe; zbyteczna ostrożność w takim miejscu i takim towarzystwie, ale wolał dmuchać na zimne. Wlepił przenikliwe spojrzenie w twarz Askela, szukając zrozumienia w jego oczach, ale w zasadzie tylko z nawyku; wiedział, że młody (dwa lata młodszy, znaczy młody) był bystry, zresztą nie od dziś się przecież znali i nie pierwszy raz załatwiali razem tego typu interesy. Pytanie było retoryczne, więc dosiadł się i tak, nie dając mu nawet szansy porządnie odpowiedzieć. Przez moment zawiesił wzrok na torbie pod stolikiem i uśmiechnął się po raz kolejny, leciutko, nawet nieświadomie; zaraz wrócił spojrzeniem do Enigmy.
— Jak żyjesz? — zapytał z umiarkowanym zainteresowaniem, opierając łokcie na blacie. — Nie widzieliśmy się chwilę.

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Bar.   Nie Wrz 22, 2013 10:47 pm

Te pięć minut wystarczyło, by myśli chłopaka otarły się o mniej przyjemne wersje wydarzeń, ale skrzętnie topił je w kolejnych łykach piwa (szalik skończył jako ozdoba szyi). Jeśli ktoś przyjrzałby się oknom, zauważyłby, ze co najmniej dwa różnią się od pozostałych – równie brudne i szare, ale inne. Otóż chłopak raz był świadkiem zdarzenia, kiedy zdesperowani obywatele wybijali je krzesłami, chcąc skutecznie nawiać przed niespodziewaną wizytą mniej wygodnych gości, takich chociażby jak małpiszony od ściągania lichwiarskich pożyczek. Zastanowił się, czy sam byłby w stanie cisnąć krzesłem na tyle mocno, czy prędzej zarobiłby rykoszetem i padł jak nieżywy na ziemie. To była nawet niezła opcja, może panowie karki zareagowaliby jak niedźwiedzie i sobie poszli. A i owszem, że podniósł głowę, by upić kolejny łyk i jego prawe oko skierowało się w stronę drzwi, rejestrując osobę, na którą czekał. Niby nic, odstawił piwo, zerknął wyraźnie zniecierpliwiony na telefon, widocznie nie mogąc się doczekać osoby, z którą się umówił, schował go z powrotem do kieszeni i dla odmiany wyciągnął z niej zaśniedziałą monetę, którą podrzucał i łapał sprawnym gestem. „Dopiero” usłyszawszy głos Szczurka, jak to zwykł pieszczotliwie określać znajomego ( nadawał nazwy zwierząt wszystkim ugrupowaniom Duchów. Taki informator był przykładowo chomikiem, odmianą śmietnikową – bo tak jak te zwierzątka napychali się danymi, zjednywali sympatie innych a przy okazji bardzo łatwo było nimi cisnąć o ścianę i jeszcze łatwiej przetrącić kark.) zareagował podnosząc w roztargnieniu wzrok. Zbytnio nie musiał.
- O. – Mruknął, wielce przecież zdziwiony. – Jasne. Josh miał jeszcze dołączyć, tylko coś łajzy nie widać. – Oczywiście żaden Josh nigdy nie miał postawić tutaj nogi i dotrzeć na to spotkanie, chyba że los postanowi z nich okrutnie zakpić, ale brunet nie był znowu takim hipochondrykiem i fatalistą. Doceniał wszystkich, którzy woleli odstawiać szopki, mając w poszanowaniu zasadę głoszącą, że strzeżonego bla bla bla.
Biednemu zawsze wiatr w dupe i kij w oczy. – Skwitował ponuro, podrzucając raz jeszcze monetą, która tym razem wymsknęła mu się z palców i upadła gdzieś niedaleko torby. Prawe ucho wychwyciło lekkie parsknięcie, kiedy najwyraźniej ktoś dosłyszał to wyrażenie, nie wypowiedziane zresztą najcichszym tonem. Schylił się po zgubę, a gdy jego głowa znalazła się mniej więcej na poziomie stolika, ale już bliżej Casiątka, mruknął znacznie ciszej.- Powiedz swoim kumplom, że jak następnym razem podrzucą  mi tak rozklekotany sprzęt, to go sami będziecie taśmą klejącą naprawiać. – Wymacawszy monetę wrócił na swoje miejsce, w miarę możliwości ułożył się na krześle i uniósł butelkę z piwem, oddając tym samym zdrowie niespodziewanego gościa. Oczywiście, że nie mówił do końca serio, ale od czasu do czasu chłopakom trzeba było przypomnieć, że uderzanie sprzętem po każdej nierówności, jaką znajdą to zły pomysł. W zasadzie nie chciał wiedzieć, co muszą przeżywać mechanicy i bardzo skrzętnie nie wypytywał ich szczegóły naprawy auta, dopóki proszono go jedynie o zerknięcie na GPS czy inne głupstwa. – Jak posada? – Rzucił tak sobie, najwyraźniej przypominając sobie szczegół życia znajomego o który warto zapytać choćby przez samą grzeczność.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pon Wrz 23, 2013 12:47 pm

— Josh? — Podniósł jedną brew (opłaciły się te długie godziny spędzone na ćwiczeniach przed lustrem...) i pociągnął łyk z butelki. — Zdziwiłbym się, jakby przyszedł. Widziałem go wczoraj, napruty był jak Messerschmitt. Jak go znam to znowu poszedł w tango. — Podłączył się do Askelowej ściemy płynnie i bez wysiłku, jak zwykle zresztą; było mu tym łatwiej, że nawet nie była to w pełni jego własna radosna twórczość, istotnie wpadł dzień wcześniej na swojego narąbanego w trzy dupy znajomego, z tą różnicą, że tamtemu nie było na imię Josh. Chyba.
— Ha, znaczy wszystko po staremu? U mnie też bez zmian, chujowo, ale stabilnie, nie? Kate mi żyć nie daje, pojęcia nie masz, opowiadałem ci, jaki mi numer odstawiła w zeszłym tygodniu? Wracam, uważasz, do domu, o pierwszej, jak zwykle, zjebany jak pies, cały dzień w robocie, niczego od życia nie chcę, tylko zjeść coś, spić browara i iść spać, zrozumiałe chyba, nie? No najwyraźniej nie dla niej, bo, uważasz, cały wieczór jakaś wkurwiona, jeść mi dała bez słowa, próbuję z nią pogadać, to nic, siedzi, foch na cały świat... Pytam się jej grzecznie, co jest, kurwa, a ona do mnie z pyskiem, że jej w ogóle nie szanuję. Ja jej w ogóle nie szanuję, uważasz? Kurwa mać, żyły sobie człowiek wypruwa, żeby było co do garnka włożyć, i to dostaję w zamian, zero wdzięczności, nic, kompletnie nic, pysk sobie będziesz taśmą klejącą naprawiał, misiu-pysiu, jeśli znajdę na tym złomie coś, czego tam być nie powinno, no, i takie to życie kurewskie.
Przepięknej urody był to monolog. Cas zaczął go zwyczajnym, przyjaznym, lekko może zrezygnowanym narzekaniem dla samego narzekania, zaraz jednak zmienił lekko ton, sygnalizując pojawienie się na horyzoncie myślowym nadawcy nowej kwestii wartej poruszenia, to jest niejakiej Kate — która oczywiście nie istniała, ale nic w jego wypowiedzi nie mogłoby na to wskazywać. Poskarżył się na nią przez chwilę, a gdy był już prawie zupełnie pewien, że ewentualny podsłuchiwacz (lub też zupełnie przypadkowy słuchacz, w końcu ludzi dookoła nich było sporo, a nie mówili specjalnie cicho) stracił już zainteresowanie, gładko przeszedł do riposty, uszczypliwej, ale w gruncie rzeczy przyjaznej (i na wszelki wypadek wygłoszonej trochę ciszej, z oczyma wlepionymi w Askela, jakby zwierzał mu się z najintymniejszych szczegółów jego relacji z piękną acz marudną Kate) i zakończył puentą, do której, dla lepszego efektu, dodał jeszcze ciężkie westchnienie. Usiadł wygodniej, jak gdyby poprawiając pewne elementy anatomii, które oczywiście nie mogły mu sprawiać problemu (z tej prostej przyczyny, że zwyczajnie ich nie było), przy okazji dyskretnym ruchem nogi przesuwając torbę bardziej w swoją stronę, i wreszcie pod siedzenie swojego krzesła. Przepił w milczeniu do Askela, rzucając mu przy tym wąski uśmieszek, który mógł znaczyć cokolwiek, od „zauważyłem hiperbolę w twojej wypowiedzi i zaadaptowałem ją na swoje potrzeby, tworząc tym samym zgrabny paralelizm” do „dobrą mówkę dojebałem, nie?”.
— Posada? Stary... — westchnął po raz kolejny, machnął ręką, i tyle było rozmowy na ten temat. — Nie gadajmy o tym. Mów mi lepiej, co u ciebie. Jakieś zmiany się ponoć kroiły? Dobrze pamiętam?

(Casiątko ♥ jak słodko)

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pon Wrz 23, 2013 2:09 pm

- Świeeetnie. On się zabawia z jakąś dupcią i chleje za cudze pieniądze, a kolegów wystawił do wiatru. – Skwitował kwaśno. Ah ci Joshe, żadnemu nie można zaufać, żadnemu! Powiódł spojrzeniem do góry, w sufit, zadając niepowiedziane pytanie, na czym ten świat stoi. Oczywiście, długo nie mógł się oddawać rozczarowaniu wyimaginowanym kolegą, ponieważ zaraz szczerze porwała go opowieść towarzysza, którą od czasu do czasu komentował, uderzając w słowa potwierdzające zrozumienie sytuacji, od prostego „ psa miać!”, poprzez „ zero wdzięczności”, a kończąc energicznym „ a to suka!”.
- I właśnie dlatego wyznaje zasadę, że raz puknięta nadaje się już tylko do utylizacji, bo jak z taką zamieszkasz, to im się w tyłkach przewraca. Nie wiem, który debil im powiedział, że mogą wyjść z kuchni, ale powinni go za jaja powiesić. - Jak to już zostało zauważone, jakiekolwiek ciekawskie ucho musiało się już porządnie znudzić, wysłuchując zwykłych perypetii życia szarego zjadacza chleba, które sam pewnie znał w autopsji. Nie było tu też praktycznie kobiet, w których ostatnia uwaga mogłaby wywołać jakieś utajnione skłonności feministyczne i poczuć się w obowiązku obrony swojej płci. Askel pozwolił sobie na swobodniejszy i cichszy ton, przechodząc do rozmowy właściwej, do rzeczy bardziej ciekawszych, a przynajmniej nie wymagającej ciągłego zmyślania.
- Nie strasz, dobrze wiem, że Twoja znajomość sprzętu kończy się na obsłudze tostera. – Wyszczerzył bezczelnie ząbki, pozwalając sobie na drobną kpinę. W tym uśmiechu zawarta została także odpowiedź na monolog Szczurka, o bardziej prostolinijnym znaczeniu „ prawie się wzruszyłem”. Poza tym, miał swój drobny interesik do rozmówcy i właśnie planował uderzyć w ten temat.
- Srututu. Słyszałem, że w twoim rewirze była wczoraj rozróba. Podobno jakiś napaleniec wymachiwał spluwą w miejscu przerzutu. Kto, dlaczego i który pojeb wpadł na pomysł, że centrum miasta to dobre miejsce na handel bronią i środkami wybuchowymi? – Uśmiechnął się przeuroczo, po czym oparł łokcie na blacie stołu, splatając szczupłe palce w koszyczek i ułożył na wysuniętych lekko kciukach brodę, tak, że dłońmi zasłaniał usta. Wbił spojrzenie zielonych soczewek w rozmówce, nie nachalne ale też pozbawione wesołych ogników, jakimi zwykł obdzielać innych, przekonanych o jego niewinności. Lubił na bieżąco wiedzieć, co się dzieje w mieście a przy tym miał okazje otrzymać informacje z pierwszej ręki, zamiast bazować na ploteczkach.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pon Wrz 23, 2013 3:22 pm

— Tostera? Tostera? Dziecko drogie... — Wziął wdech, jak nic przygotowując się do obficie zdobionej przekleństwami tyrady, ale machnął ręką, z rezygnacją pokręcił głową i napił się tylko. — ...Spierdalaj — zakończył wreszcie, ocierając usta wierzchem dłoni. Odgarnął z czoła tłuste włosy i przechylił głowę najpierw na jedno, a potem na drugie ramię, aż kręgi szyjne nie wydały kilku satysfakcjonujących chrupnięć, brzmiących, jakby mu kto skręcał kark. Prostując kręgosłup, podniósł głowę nieco bliżej poziomu wzroku Askela; nie musiał już aż tak zadzierać łba do góry, patrząc w twarz towarzysza (kto to widział, żeby koleś dwa lata od niego młodszy był też pół głowy wyższy?), gdy ten wykładał mu swoją sprawę. Teraz, kiedy najważniejszy interes został załatwiony, a rozmowa zeszła na bliższe mu tematy, przysłuchiwał mu się z większym zainteresowaniem, szczególnie, że kwestia szybko okazała się dotyczyć go dość blisko.
— Gówno słyszałeś jak zwykle. Znaczy dobra, powiedzmy, że coś tam wczoraj było, ale jeśli pijesz do mojego podwórka, to rozróbą bym tego nie nazwał. Gość się trochę podekscytował, wielkie mi halo. Nic się nikomu nie stało, nikt nic nie widział, facet przez dłuższą chwilę niczym sobie już nie pomacha, sprawy nie ma. W centrum mnie nie było, nie wiem, co tam się wyprawiało. Zadowolony?
Zadziwiająco zgodna z prawdą była jego wersja, ale mocno się pilnował, żeby nic mu się wypsnęło; komu jak komu, ale swoim wolał nie rzucać przypadkowo kłód pod nogi, szczególnie, że potem ciężko i głupio byłoby to odkręcać.
— Zresztą to nie był mój pomysł — dodał po chwili. — Ani nawet do końca mój interes. To większa sprawa jest, tu w mieście był tylko przystanek. Nie wiem w sumie po jaki chuj ci to wiedzieć — zreflektował się poniewczasie — no ale nieważne. Tyle w temacie.

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pon Wrz 23, 2013 4:58 pm

- Wyszedłem z założenia, że szczoteczka elektryczna przekracza Twoje zdolności poznawcze. – Rzucił sobie o tak, nie pijąc do żadnego konkretnego zagadnienia, gadał raczej dla samej radości gadania. – I ja ciebie też. – Odparł z rozbrajającą szczerością pięciolatka, jakby właśnie odpowiadał swojej mamusi, że też ją kocha. Daleki był w tych uczuciach wobec kogokolwiek, ale skłonność do komikowania była jedną z tych cech charakteru, za które go podobno lubiano. A jak się dorzuci jeszcze do tego niewyparzony jęzor, to przedstawienie na całego. Jeśli brunet nie należał do najwyższych w swoim gatunku, to, z punktu jego widzenia, Cas musiał być tym dzieciakiem którym inne, większe, dla samej socjopatycznej radości rzucały do siebie jakby był pokemonem i tylko czekali, aż kopnie prądem. Tak przynajmniej chłopak zapamiętał lata podstawówki, z perspektywy osoby która potrafiła zasadzić taką pokrzywkę na rękach, że inny nie zbliżali się jakby co najmniej samym wzrokiem mógł sparzyć. Oczywiście, pojęcia nie miał co stoi za prawdziwą przyczyną niskiego wzrostu i jakiejś takiej kruchości towarzysza, a i specjalnie się tym nie interesował, bo i po co. Im mniej wiesz o swoich kumplach, tym masz mniej zrytą banie.
- W gówno to ja nie zaglądam, stąd szczątkowe informacje. – Odciął się, dając jasno do zrozumienia, że w głębokim poważaniu ma, czyje brudne majtki Cas opycha innym wmawiając, że to zabytkowa bielizna królowej Wiktorii. Inną sprawą był mały dysonans, który właśnie powstał mu w głowie i raptownie zamilkł, trawiąc informacje. Licząc na prawdomówność tego tu i brak interesu w robieniu kolegi w konia wychodziłoby na to, że ptaszek który mu tą ploteczkę podszepnął kłamał (mało prawdopodobne, ale zawsze) albo trup który pojawił się w opowieści pochodził z innej bajki. To już jednak pozostawił na później, kiedy stąd wyjdzie. Ha, brzmi ciekawie.
- Średnio na jeża. – Odparł po czym teatralnie westchnął, owo niezadowolenie wyrażając. Nie miał siły rozwodzić się nad skutkami ewentualnej brawury gościa z bronią ani tego, że mieliby zajebisty mini kanion w mieście, gdyby coś tam przypadkiem raczyło wybuchnąć. Takie tam, kogo by obchodziły lekcje BHP.- A po taki chuj, że suki i kundle węszą. Czyli to co zwykle. – Wzruszył ramionami.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pon Wrz 23, 2013 7:32 pm

Kopnie prądem? Nic z tych rzeczy; gdyby był pokemonem, byłby bardzo zdecydowanie typu trującego. Najprawdopodobniej Swalot, ewentualnie Muk. Swoją drogą nie była to jedyna nieścisłość w tej wizji, ale żadnej z nich oczywiście nie miał jak naprostować — zresztą pewnie nawet by mu na tym nie zależało. Niech sobie myśli, co chce, im dalej od prawdy, tym lepiej dla wszystkich zainteresowanych.
Powstrzymał się od odpowiedzi, pewien, że i tak nie wespnie się na takie wyżyny elokwencji, i skwitował go jedynie teatralnym wzniesieniem wzroku do sufitu. Skorzystał z chwili ciszy, dopijając piwo do końca i zupełnie niedyskretnie spoglądając na telefon. Wysunął go tylko z kieszeni jak uczniak na lekcji sprawdzający ukradkiem godzinę i byłby zapewne zaraz schował, gdyby nie sms od konkretnego numeru, który przykuł jego uwagę. Zmarszczył brwi i wyciągnął telefon, demonstrując światu ekran pokryty malowniczą pajęczyną pęknięć; odblokował, przeczytał, skrzywił się, przeczytał jeszcze raz, zmełł w ustach przekleństwo, schował telefon, i dopiero podniósł wzrok na Askela.
— Spierdalam — poinformował go kulturalnie, przy okazji wcinając mu się w połowę ostatniego zdania. Sięgnął pod blat po torbę z laptopem. — Robota wzywa, wiesz jak jest. Zdzwonimy się. O psy się nie martw, będzie dobrze. Nara.
Dokąd mu się tak spieszyło? Doskonałe pytanie, na które oczywiście nie zamierzał udzielić odpowiedzi. Dźwignął się z krzesła, zarzucił torbę na ramię i umiarkowanie żwawym krokiem oddalił się z baru w sobie tylko znanym kierunku, unosząc ze sobą wciąż nieopłaconego laptopa... Nie, chuj, koledzy płacili przecież z góry. No nieważne. W każdym razie poszedł sobie.

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Bar.   Wto Wrz 24, 2013 10:45 pm

Cas mógł być jeszcze Oddishem – raz potrząsnąłby głową, a wszyscy zapadliby w sen i to taki, z którego nawet sole trzeźwiące by człowieka nie wybawiły. Tak to jest z niewiedzą, każdy dorabia swoją wersje do tego co widzi. Sztuką jest tą nieścisłość zapakować w kolorowy papierek i innym dać dalej, niech się męczą. Poczynania kolegi oglądał z lekko uniesionymi brwiami, tak sobie o, chociaż dusza jego zaskomlała, gdy zobaczył tak brutalnie potraktowany ekran telefonu. Przecież taką szybke nietrudno wstawić ale nie, oni zawsze muszą do oporu, aż maleństwo utraci wszystkie funkcje i będzie jedynie mieszanką plastiku i metalu. Ze śladowymi ilościami spalenizny.
- I mnie było miło cię zobaczyć. – Rzucił wesoło, kończąc swój napój bogów w wersji dla biedniejszych. Posiedział jeszcze chwilę, to tu, to tam przysłuchując się plotkom rozpowiadanym przez przesiadujących tu ludzi i również zebrał manatki.

zt

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Wto Paź 08, 2013 4:14 pm

Bar Johnsona szybko stawał się jego ulubioną miejscówką do interesów. Wolałby oczywiście załatwiać je na swoim, ale z pewnych względów na razie nie było takiej opcji, więc bez wybrzydzania brał, co było pod ręką. Nie miałby zresztą na co narzekać, nawet, gdyby się postarał; atmosfera i położenie baru w zupełności mu odpowiadały, a specyficzny charakter towarzystwa gwarantował mu prawie zupełne bezpieczeństwo. W zasadzie dotychczasowe doświadczenia podpowiadały, że mógłby w tej knajpie robić co mu się żywnie podobało, ale na wszelki wypadek wolał jednak zachować ostrożność; strzeżonego Pan Bóg i tak dalej, wobec czego Cas, dotarłszy na miejsce i zaopatrzywszy się w butelkę piwa (dziwna sprawa, od interesów zawsze jakoś zasychało mu w gardle), wybrał jak najmniej rzucający się w oczy stolik gdzieś pod ścianą. Manewrując zgrabnie w gęstym tłumie (jakkolwiek obmierzły nie byłby to lokal, klientów nigdy w nim nie brakowało), dotarł wreszcie do upatrzonego miejsca i rozsiadł się wygodnie na krześle; dzisiejszy przedmiot wymiany towarowo-pieniężnej czekał spokojnie w jego plecaku, owinięty w folię bąbelkową, zapakowany w dużą kopertę i nawet opatrzony znaczkiem, jak zupełnie niewinna przesyłka pocztowa, którą miał dziś udawać. Stary, sprawdzony patent; klient wchodzi, po paru chwilach przyjacielskiej pogawędki Meierowi coś się jakby przypomina, przekazuje koledze paczkę, pozostawioną rzekomo gdzieśtam pod nieobecność tamtego, kolega dziękuje, dyskretnie przekazuje forsę, rozmawiają jeszcze chwilę o niczym, żegnają się, koniec spotkania, wszyscy są zadowoleni. Zawsze udawało się bezproblemowo i z tym gościem też powinno, o ile nie był kompletnym kretynem, czego prawdę powiedziawszy Cas nie mógł wcale być pewien. Nie znał faceta; pozostawało tylko mieć nadzieję.
Pociągnął łyk z butelki i zabębnił palcami w blat. Nie mógł mieć do Fringe’a zastrzeżeń, że się spóźnia, w końcu to on był za wcześnie, co nie zmieniało faktu, że z lekka się niecierpliwił (jak zwykle zresztą). Patrzył w stronę drzwi niby to obojętnym spojrzeniem, ale w istocie śledził wchodzących i wychodzących jak sokół wypatrujący... tego, co jedzą sokoły, cokolwiek by to było. Skrzywił się lekko. Musiał przyznać, że narracja w jego głowie nie zawsze brzmiała tak epicko, jak by sobie tego życzył.

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fringe
Członek gangu

avatar

Liczba postów : 8
Dołączył : 07/10/2013

Godność : Choć jego imię i nazwisko brzmią Akira Kagami, w dowodzie wpisane ma Thomas Clymore, zwracaj się do niego jednym słowem: Fringe.
Wiek : 32 lata
Zawód : Zabójca Fraternity / barman
Orientacja : hetero
Wzrost i waga : 185 / 78
Znaki szczególne : Blizna na lewej ręce, wytatuowany wąż na prawej
Aktualny ubiór : Czarne bojówki, buty trekkingowe, czarna koszula, skórzany, czarny płaszcz do kolan oraz brązowy pasek
Ekwipunek : Dwa srebrne rewolwery "Magnum" (8 strzałów), sześć bębenków do broni pochowane po kieszeniach, telefon, dowód osobisty, portfel

PisanieTemat: Re: Bar.   Wto Paź 08, 2013 4:33 pm

Pod bar podjechał czarny samochód. Po krótkiej chwili z samochodu wysiadł czarnowłosy mężczyzna. Przemierzając parking i mierząc wzrokiem wszystkich możliwych ludzi w otoczeniu, otworzył drzwi od lokalu i wkroczył do środka. W głowie huczało mu pytanie: czy on się zjawi?
Podchodząc do barmana zamówił piwo i usiadł przy stole, czekając na nie. Po chwili barman postawił mu przed nosem szklankę piwa, a Fringe zabrał ją i zapłacił. Usiadł do najbliższego stolika, przy którym siedziała znajoma mu osoba.
- Witam. Jak mija dzień? - spytał, patrząc na swój napój i w końcu biorąc łyk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Wto Paź 08, 2013 6:59 pm

No, nareszcie. Miał wrażenie, że czekał na niego całą wieczność, choć w istocie były to pewnie jakieś trzy, góra cztery minuty; w międzyczasie wyłuskał nawet z kieszeni jakiegoś tragicznie pomiętego cienkiego papieroska i palił go właśnie, gdy Fringe wszedł do baru. Zgasił peta w obtłuczonej popielniczce i upchnął z powrotem do kieszeni na później, ani na chwilę nie odwracając wzroku od klienta. Facet wydał mu się zaskakująco ogarnięty, kompletnie różny od tych szczurowatych szumowin, z którymi na ogół miał styczność. Pewnie cyngiel. Albo kurwiarz. Chociaż, z takim ryjem... Kurwa, ale łapska to ma wielkie. Faktycznie, drobne palce Casa ledwo zamknęły się na dłoni Fringe’a, kiedy wstał, żeby uścisnąć mu rękę jak staremu kumplowi i odezwać się do niego głosem pełnym całkiem naturalnie brzmiącej sympatii.
— Noo, cześć, stary. Myślałem, że jeszcze szluga skończę, zanim przyjdziesz, ale nie, kurwa, punktualny jak szwajcarski zegarek... Jak leci? — Gdzieś w połowie tej wypowiedzi usiadł z powrotem na krześle, sięgnął po piwo i napił się jeszcze. No, jedno trzeba było Fringe’owi przyznać — był nieustraszony. Nie każdy odważyłby się wziąć piwo w kuflu w takim lokalu; albo nie lękał się niczego, czym mogło być doprawiane, albo, co wcale nie mniej prawdopodobne, należał wręcz do koneserów takich wynalazków. W sumie Cas nie zdziwiłby się zbytnio; znał i takich oryginałów.

(edit: zgubiła mi się kursywa, poprawiłam już, żeby było widać, co jest myślami, a co narracją :"))

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run


Ostatnio zmieniony przez Cas dnia Sro Paź 09, 2013 2:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Fringe
Członek gangu

avatar

Liczba postów : 8
Dołączył : 07/10/2013

Godność : Choć jego imię i nazwisko brzmią Akira Kagami, w dowodzie wpisane ma Thomas Clymore, zwracaj się do niego jednym słowem: Fringe.
Wiek : 32 lata
Zawód : Zabójca Fraternity / barman
Orientacja : hetero
Wzrost i waga : 185 / 78
Znaki szczególne : Blizna na lewej ręce, wytatuowany wąż na prawej
Aktualny ubiór : Czarne bojówki, buty trekkingowe, czarna koszula, skórzany, czarny płaszcz do kolan oraz brązowy pasek
Ekwipunek : Dwa srebrne rewolwery "Magnum" (8 strzałów), sześć bębenków do broni pochowane po kieszeniach, telefon, dowód osobisty, portfel

PisanieTemat: Re: Bar.   Wto Paź 08, 2013 7:59 pm

Uścisnął jakby kościstą dłoń mężczyzny i uważnie mu się przyjrzał.
Meier miał podkrążone oczy, pewnie od ćpania czy coś takiego. Miał strasznie bladą skórę i ogółem wyglądał, jakby miał zaraz się zacząć kruszyć. Chudy jak patyk, a przy okazji niemiłosiernie od niego śmierdziało alkoholem. Gdy Casimir coś tam gadał, uwadze Fringe'a nie uszły ukruszone zęby.
- U mnie w porządku, aczkolwiek psy babci na podwórku zaczynają węszyć w poszukiwaniu kości, która gdzieś jest schowana. - odpowiedział na pytanie faceta, dając mu podtekst, że policja węszy za zabójcą, ale jeszcze nie wiedzą kto to. Następnie Fringe spytał o to samo.
- A u Ciebie jak? Dziadek wysłał paczkę dla mnie? - no tak. Fringe przyniósł pieniądze, a gość naprzeciwko z pewnością towar. Ale zawsze warto się upewnić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Bar.   Czw Paź 10, 2013 4:01 pm

Słuchał go z niezmiennym wyrazem lekkiego zaciekawienia, kiwając lekko głową, by podkreślić zainteresowanie, ale w głębi duszy wywracał oczyma tak mocno, że widział tylną stronę oczodołów. O mamo, albo ten facet był bardzo, bardzo nowy, albo miał bardzo, bardzo słabe wyczucie języka, albo trzymał się w bardzo, bardzo innych częściach miasta niż Cas. Takiej, hm... subtelności i wykwintności metafor od dawna na ulicach nie słyszał; na swoje usprawiedliwienie gość miał tyle, że przynajmniej nie trzeba się było wysilać, żeby go zrozumieć. Kiwnął głową raz jeszcze, mentalnie zapisując informację z tyłu głowy. Na razie nie wyglądała na bardzo przydatną, ale kto wie, kto wie...
— A, sam wiesz, jakie to życie. Zapierdalam od świtu do nocy, dziewczyna żyć mi nie daje... Nic nowego, uważasz. Rozglądałem się ostatnio za nową robotą, wiesz, mówiłem ci chyba, ale wyszło jak zwykle. Co za gówno — westchnął ciężko, teatralnie, i napił się jeszcze; dziwna sprawa, ale nawet mu smakował ten syf, który litościwie nazywali tu piwem. A może po prostu się przyzwyczaił.
— Byłem wczoraj na poczcie i, słuchaj, okazało się, że doszła wreszcie ta paczka, myślałem, że się jej w życiu nie doczekam, sekunda... — Przegrzebał trzewia plecaka, by wreszcie wydobyć z nich wspomnianą już chyba wyżej elegancko pozaklejaną kopertę. Starannie zaadresowana do nieistniejącej osoby mieszkającej pod istniejącym adresem gdzieś na obrzeżach miasta, wypełniona folią bąbelkową tak szczelnie, że nie szło rozpoznać kształtu tego, co się w niej znajdowało, na pierwszy i nawet drugi rzut oka nie wzbudzała absolutnie żadnych podejrzeń. Przesunął ją po blacie stolika w stronę klienta.
— Trzymaj.

edit:
Reszta spotkania na szczęście przebiegła bezproblemowo. Odebrał od klienta pieniądze, pogawędzili trzy chwile, wypili, co mieli wypić, a kiedy przyszedł już moment, żeby się żegnać, rozeszli się spokojnie każdy w swoją stronę.

(zmywam się po angielsku, bo dziewięć dni czekania na odpis to trochę dużo dla mnie "D)

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The White Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 62
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Michael Nivan Doherty || Caleb Nicholas Cohen (obecnie używane)
Wiek : 28 lat
Zawód : Pracuje w księgarni jako kasjer
Orientacja : Homoseksualny
Wzrost i waga : 192 cm || 85 kg
Znaki szczególne : Białe włosy, blizna na prawym boku. Kilka blizn na plecach.
Aktualny ubiór : Skórzana kurtka (ramoneska), bordowa koszula z rękawem trzy czwarte (podwinięty do łokcia), skórzane spodnie z przyczepionymi łańcuchami, jakieś buty (w stylu męskich botków czy coś). Sznurowane, ciemnobrązowe, za kostkę. Co do dodatków to jak zawsze sygnet na palcu. I to chyba wszystko.
Ekwipunek : Papierosy+zapalniczka, telefon+słuchawki, portfel, a w nim dokumenty, chusteczki.

PisanieTemat: Re: Bar.   Czw Paź 31, 2013 8:51 pm

Deszcz. Lał już od kilku dni, a oczywiście Michael zapomniał wziąć parasolki. Ale co tam. Tak czy tak by przemoknął, bo przecież musiało wiać z każdej możliwej strony. Wręcz zjadał swoje białe kudły, które wiatr mu zwiewał do ust. Patrzył wkurzony na omijających go ludzi. Nawet papierosa nie szło spokojnie zapalić w taką pogodę. Ale mimo wszelakich trudności kroczył powoli, leniwie rozpychając się między kolejnymi durnie przebranymi ludźmi. Cholerne Halloween. Nie rozumiał tego. Chociaż jemu chyba konkretne przebranie nie było potrzebne. Jego ogólny wygląd wystarczył. W obecnej chwili przypominał jakiegoś ducha. Że też mu się zachciało iść na piechotę. Spacerku potrzebował, dobre sobie.
Zgarnął włosy do tyłu i oparł się o pobliskie drzewo. Za każdym razem, gdy woda skapywała mu na głowę, mrużył oczy i otrząsał się.
Pierdolona pogoda, pierdoleni ludzie. Oszaleli. — warczał pod nosem marszcząc przy tym zabawnie swojego nochala.
Westchnął ciężko i przymknął oczy opierając się dalej o to drzewo. Oblizał wargi. Coś nagle wyrwało go z zamyślenia, rozejrzał się. Był niespokojny. Po ostatnim spotkaniu w barze z Raumem oraz z Nicholasem, miał dziwne przeczucie, że ciągle ktoś go śledzi. Paranoja. Mania prześladowcza. Beznadzieja. Michaelu, zarządzam natychmiastowe ogarnięcie dupy. Oczywiście, jak zwykle zresztą, mu nie wyszło. Był nadal tak samo poddenerwowany, niespokojny. To go męczyło. Nawet ostatniej nocy nie mógł przespać. Coś było nie tak. Cały czas miał to dziwne przeczucie. Postanowił odrzucić wszystkie myśli i obserwował ludzi, którzy przechodzili obok niego. Nawet nie zwracali uwagi na białowłosego. Dla nich przecież był nikim.
Uśmiechnął się lisio. Spojrzał na wejście do baru. Rozejrzał się i powoli wszedł do niego. Poprawił mokre włosy. Rozejrzał się i zagryzł wargę. Wypatrywał jakiejś ciekawej persony do rozmowy. Musiał być w tym tłumie ktoś ciekawy. Jakaś perełka. Czuł to.
Skierował swoje kroki do baru i zamówił coś do picia. Oparł się, odbierając szklankę. Mierzył wzrokiem szarą masę. Zwykle nie był zbyt rozmowny. Dzisiaj pewnie też taki będzie, jednakże potrzebował kontaktu z innymi. Nucił sobie pod nosem jakąś piosenkę. Możliwe, że „Meds” zespołu Placebo. Spod na wpół przymkniętych powiek cały czas wypatrywał. Czekał. Jakby na jakiś cud bądź objawienie. Csy ktoś dzisiaj będzie jego lekarstwem? Przyniesie mu uzdrowienie?

_________________
Tworzenie w toku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MacKenzie
Mechanik

avatar

Liczba postów : 105
Dołączył : 16/09/2013

Godność : Niklaus Schneider
Wiek : 26-28, trudno stwierdzić;
Zawód : mechanik; a to ci niespodzianka, no nie?
Orientacja : straight as duck
Partner : lewarek, kierfa;
Wzrost i waga : 186 cm | 76-9 kg
Znaki szczególne : blizna przecinająca brew; czupryna wpadająca barwą w granat; intensywnie niebieskie tęczówki; aparycją aż nazbyt prezentuje się jak zapyziały bezdomny; generalnie całkiem ruchable, no nie? taki nieco powycierany życiowo, zniechęcony życiem... z trzydniowym zarostem;
Aktualny ubiór : Zadziwiająco czysty i niepognieciony biały podkoszulek, czarna skórzana kurtka, ciemne powycierane jeansy zapięte sporym skórzanym czarnym paskiem, zapinany metalową klamrą, wysokie brązowe oficerki do połowy łydki.
Ekwipunek : obdrapana zapalniczka; pęk kluczy; dokumenty; pieniądze;
Multikonta : Sparky

PisanieTemat: Re: Bar.   Pią Lis 01, 2013 1:23 am

Wychodzenie na dwór bez parasolki stało się najwyraźniej jednym z jego nawyków, bo w dalszym ciągu nie dało się tego nazwać przyjemnym. Wciąż nie nauczył się, że w takim mieście nie należało wyściubiać nosa poza dom bez parasola, więc i tego dnia miał okazję pałętać się między nieznajomymi i równocześnie niesamowicie moknąć. Subtelnie pomijał kwestię poprzebieranych ludzi, bo skoro jedyne co robili to egzystowanie na tej samej planecie, to nie miał z nimi najmniejszego problemu. O ile nie wpieprzali się na niego, czemu kilkakrotnie zdołał względnie zapobiec odsuwając się kawałek, ale raz czy dwa musiał rzucać pełne dezaprobaty i znudzenia światem spojrzenia, choć doskonale wiedział, że ich ofiary niewiele sobie z tego robiły. Dlatego też parł dalej, próbując zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Równocześnie rozważał, gdzie mógłby się zaszyć, by odrobinę odpocząć. Ostatecznie wędrówka była nieco męcząca, ale też nie miał chęci na pchanie się do miejsc, które były przeludnione. A nie był na tyle optymistycznie nastawiony do życia tego dnia, by sądzić, że znajdzie jakiś lokal, który nie pęka w szwach od przebieranych entuzjastów święta zmarłych. Z dwojga złego spacerowanie po deszczu nie było więc tak frustrujące, przynajmniej mógł w samotności rozkoszować się doznaniami jakie serwowały mu krople spadające z nieba.
Wytrzymał tak dość długo, ale ostatecznie nie potrafił zbyt długo odmawiać sobie codziennej dawki ascezy, więc kiedy natrafił na pierwszy lepszy lokal, po prostu wszedł do środka. Od wejścia niezbyt subtelnie opary alkoholu, potu oraz nikotynowego dymu uderzyły go po mordzie i niemal wytrąciły z równowagi. Potrząsnął jednak głową i przejechał po granatowych kosmykach, sprawiając, że kilka kropel skapnęło na jego barki, na całe szczęście okryte skórzaną kurtką.
Nie miał chęci na zapoznawanie się z nieznajomymi pyskami, więc swobodnym krokiem przeszedł przez lokal i stanął przy barze. Zerknął na barmana stępionym wzrokiem, który jak zwykle sugerował, że jego właściciel nawdychał się przed wejściem całkiem porządnego towaru. Mijało się to z prawdą szerokim łukiem, choć kto wie jak na organizm wpływała zbyt duża dawka spalin... Czy czegokolwiek, czego zdołał się nawdychać.
- Wodę z lodem - oznajmił, czym wywołał u mężczyzny spore zdziwienie, zresztą tak samo odczuwalne, jak wzrok znajdujących się nieopodal ludzi, którzy byli w stanie usłyszeć jego głos. Łuki brwiowe Niemca powędrowały nieznacznie w górę, ale prócz subtelnego wywrócenia oczyma nie powiedział nic więcej, wpatrując się w barmana z wyczekiwaniem. Gdyby chciał zamówić alkohol, zamówiłby alkohol. Nie zamierzał jednak skończyć z nieciekawym towarzystwem ze względu na fakt, że zbyt szybko przestał ogarniać rzeczywistość.
- AA? - rzucił ktoś w jego kierunku, na co zareagował jedynie zerknięciem w bok i wzruszeniem barkami. To chyba nie był jego interes, no nie?
- Pasjonat wody źródlanej - odparł ze szczątkowym rozbawieniem i odchrząknął, po czym zerknął przelotnie na znajdujących się w pobliżu osobników. Jego uwagę na sekundę przyciągnął mężczyzna o białych włosach. Nie zwróciłby uwagi na ten detal, gdyby nie fakt, że poza tym nie dostrzegał reszty przebrania, co - jak mniemał - było jedynym wytłumaczeniem dla prezentowania się w ten sposób. Na końcu języka miał nawet zaczepne pytanie, już otwierał usta, lecz jego uwagę zwróciła podsuwająca się ze sporym opóźnieniem szklanka, więc zrezygnował bez żalu i sięgnął po nią, upijając trochę za jednym zamachem. Mężczyzna jednak ponownie przyciągnął jego uwagę. To była czysta, niezmącona niczym ciekawość, ot zainteresowanie jednym szczegółem, który - po wyjaśnieniu - przestanie być taki interesujący.
- Zgubiłeś resztę kostiumu? - rzucił tak obojętnym tonem, że brzmiało to, jak gdyby zauważał suche fakty, oczywiste dla ogółu. Był, rzecz jasna, uświadomiony o skutkach farb do włosów, w końcu jego czupryna nie imała się naturalności, ale w ten konkretny dzień... Eish, a cholera by to.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The White Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 62
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Michael Nivan Doherty || Caleb Nicholas Cohen (obecnie używane)
Wiek : 28 lat
Zawód : Pracuje w księgarni jako kasjer
Orientacja : Homoseksualny
Wzrost i waga : 192 cm || 85 kg
Znaki szczególne : Białe włosy, blizna na prawym boku. Kilka blizn na plecach.
Aktualny ubiór : Skórzana kurtka (ramoneska), bordowa koszula z rękawem trzy czwarte (podwinięty do łokcia), skórzane spodnie z przyczepionymi łańcuchami, jakieś buty (w stylu męskich botków czy coś). Sznurowane, ciemnobrązowe, za kostkę. Co do dodatków to jak zawsze sygnet na palcu. I to chyba wszystko.
Ekwipunek : Papierosy+zapalniczka, telefon+słuchawki, portfel, a w nim dokumenty, chusteczki.

PisanieTemat: Re: Bar.   Pią Lis 01, 2013 6:12 pm

Spojrzał przed siebie. Od razu jego uwagę przyciągnęła granotowowłosa postać, która weszła do lokalu. Popijał dalej sok co jakiś czas zawieszając spojrzenie na mężczyźnie, a następnie kierował je gdzieś w bok. Powoli zsuwał się coraz niżej, patrzył na jego ciało. Zacisnął szczękę a potem wypił do końca sok. Nawet w tej chwili nie czuł się dostatecznie „bezpieczny”. Jakby czuł, że zaraz tamten go złapie za ramię...
Skrzywił się i pokręcił głową. Odgonił od siebie tamte myśli i zacisnął dłoń w pięść. Uśmiechnął się zadziornie, kryjąc się za tym uśmiechem, jak za maską. Przecież kogo obchodzą jego prawdziwe uczucia? To co teraz kryje się w jego głowie? No właśnie. Jest kolejnym szarym człowiekiem, pyłkiem kurzu. Który nie chciał być dla nikogo wyjątkowy ostatnimi czasy. Miał być tylko zwyczajnym szarym człowiekiem. Nikim więcej. Kimś kogo omija się na ulicy, a nawet nie zwraca się na niego uwagi.
Posłał przeciągłe spojrzenie Kenziemu. Zgarnął włosy za ucho i ściągnął łopatki, przy czym jego kurtka trochę zachrzęściła. Uśmiechał się lisio i zaraz spojrzał mu wprost w oczy.
Nie mam stroju. Jakoś w to się nie bawię. — mruknął i zaraz zbliżył się do niego bardziej — A ty? Za co jesteś przebrany? Za żula spod najbliższego monopolowego? Ćpuna? Czy za jakiegoś hipstera? — rzekł jakże oschle i ozięble.
Milutki jak zwykle, gdy ma jakąś paranoję. Leniwie przyglądał się ludziom, którzy przechodzili obok, zamawiali coś, a następnie wracali do swojego jakże nudnego życia. Tak jak jego. Gdyby nie jeden szczegół, to jego życie byłoby równie nudne, szare i ponure. Mógł zamknąć się w domu, usiąść przy kominku, którego oczywiście nie miał, ale to szczegół, i zacząć czytać książkę. Ale nie, coś go skłoniło, aby wyjść do ludzi. I nawet nie wiedział jak zacząć rozmowę z tym granowowłosym mężczyzną. Nigdy nie był zbyt dobry, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Wykrzywił twarz w jakimś grymasie przyglądając się osobą, które stały pod ścianą, a następnie spojrzał na Kenziego. Potem trochę niżej, próbując wyłapać jego dłonie.
Czym się zajmujesz? — szepnął i zaraz wyłamał sobie palce. Był sztywny, cholernie sztywny (nie, nie tam, zbereźnicy) — Caleb.
Tym razem ton jego wypowiedzi był cieplejszy, a jego lico po raz pierwszy tego ponurego dnia rozpromieniło się przez jeden szczery uśmiech. A gdyby tak być szaleńcem?
Cóż cię tutaj sprowadza? wypowiedział to pytanie dźwięcznie, ale nie zbliżał się do niego zbytnio
W końcu przecież nie wiedział jak ten może zareagować na naruszanie jego niewidzialnej granicy. I nie wiedział gdzie ta dokładnie się mieściła. Dlatego też wolał trzymać się w pewnej odległości od niego.
Zakręcił głową próbując sobie „nastawić” kręgi, a gdy usłyszał to typowe strzyknięcie przymknął oczy. Jego ciało leniwie się kołysało w rytm jakiejś melodii, którą tylko on mógł „usłyszeć”. Usta wypowiadały słowa, które były ledwie słyszalne nawet dla samego białowłosego. Uśmiechał się sam do siebie i powoli odpłynął do własnego świata. Zaczął bawić się sygnetem trochę poddenerwowany. Powoli się uspokajał, a do uszu Kenziego mogły dolecieć co poniektóre słowa. Szept, który przez co poniektórych nawet mógł być odbierany za zmysłowy, chociaż przekaz słów był zupełnie inny. Wypowiadał kolejne słowa piosenki Placebo, tym razem „Fuck U”. Uśmiechał się lisio i co jakiś czas spoglądał na tamtego mężczyznę. Wsunął dłoń we włosy i wziął głęboki wdech. Gdzieś między wersami piosenek, które przewijały się mu przez głowę, zrodziła się dziwna myśl.
Jak by to było zobaczyć, jak to miasto płonie? Jak pożoga je powoli trawi i pozostają tylko zgliszcza? 

_________________
Tworzenie w toku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MacKenzie
Mechanik

avatar

Liczba postów : 105
Dołączył : 16/09/2013

Godność : Niklaus Schneider
Wiek : 26-28, trudno stwierdzić;
Zawód : mechanik; a to ci niespodzianka, no nie?
Orientacja : straight as duck
Partner : lewarek, kierfa;
Wzrost i waga : 186 cm | 76-9 kg
Znaki szczególne : blizna przecinająca brew; czupryna wpadająca barwą w granat; intensywnie niebieskie tęczówki; aparycją aż nazbyt prezentuje się jak zapyziały bezdomny; generalnie całkiem ruchable, no nie? taki nieco powycierany życiowo, zniechęcony życiem... z trzydniowym zarostem;
Aktualny ubiór : Zadziwiająco czysty i niepognieciony biały podkoszulek, czarna skórzana kurtka, ciemne powycierane jeansy zapięte sporym skórzanym czarnym paskiem, zapinany metalową klamrą, wysokie brązowe oficerki do połowy łydki.
Ekwipunek : obdrapana zapalniczka; pęk kluczy; dokumenty; pieniądze;
Multikonta : Sparky

PisanieTemat: Re: Bar.   Pią Lis 01, 2013 8:57 pm

Prawdę mówiąc nie spodziewał się, że usłyszy wiadomość. Rzucił ten pytający komentarz pod wpływem impulsu, nie mając skonkretyzowanych intencji względem Białego, więc oczekiwał raczej prychnięcia i ostentacyjnego zignorowania jego pytania. Może i był z góry uprzedzony, ale swoim stylem bycia raczej nie zachęcał nieznajomych do rozmowy. Nie zdziwiła to jednak odpowiedź... Nie zaskoczyła to lepsze określenie. Nie spodziewał się wszczęcia rozmowy, ale wyglądał na równie nieobecnego jak chwilę temu, więc trudno było to dostrzec.
- Aha - przytaknął na odpowiedź mężczyzny i zerknął na niego z ukosa, po czym upił łyk chłodnej wody i ponownie na niego spojrzał, tym razem raczej skonfundowany. - Przedstawiam się aż tak tragicznie? Nie odpowiadaj - dodał zaraz i skinął mu. - Wolę określenie kloszard, ale menel też ujdzie - skwitował i wzruszył barkami, odstawiając szklankę na blat.
I na tym, równie dobrze, rozmowa mogłaby się zakończyć. Dostał swoją odpowiedź, wymusił na sobie odezwanie się przy użyciu więcej niż dwóch słów, w dodatku nie brzmiało to w sposób, który mógłby kogokolwiek obrazić, więc powinien być z siebie dumny, grzecznie się pożegnać i oszczędzić nieznajomemu dalszych tortur. Ten najwyraźniej nie wyczuł pisma nosem, ciągnąc temat. Dopiero wtedy Kenzie wyraźnie zmarszczył nos w zdziwieniu, mając na końcu języka pytanie, czy mężczyzna nie ma zajęcia na wieczór, co - wbrew pozorom - nie miało być niegrzeczne. A może? A zresztą.
- To ważne? - spytał szczerze zaciekawiony. Mógłby dodać wielce kreatywnie, że życiem albo piciem, w końcu właśnie tym zajmował się w danej chwili, ale Calebowi najwyraźniej nie chodziło o to. - Niklaus - oznajmił uprzejmie po chwili milczenia, jak gdyby próbował sobie przypomnieć własne imię. Zatrzymał wzrok na długowłosym na dłuższą chwilę i pierwszy raz można było ulec wrażeniu, że na jego twarzy pojawi się uśmiech. Oczywiście nic z tego, choć widoczne drgnienie kącików ust świadczyło, że przez moment mógł mieć nawet chęć na demonstrację przyjaźniejszego grymasu mężczyźnie, którego znał od pięciu minut.
- Nogi? - odparł pytaniem na pytanie. - Po prostu nie mogłem znieść tego deszczu, a kupienie sobie parasolki przewyższa moje możliwości - dodał po wypiciu resztki wody. Uniósł wyżej szklankę i z ogromnym zafascynowaniem począł obserwować poruszające się leniwie kostki lodu. Trwało to raptem kilka sekund, bowiem zaraz odstawił szklankę na powrót, podsunął ją w stronę barmana i poprosił o napełnienie naczynia, gdy ten wreszcie raczył zwrócić na niego uwagę. - Choć chyba znalazłem się w nieodpowiednim miejscu, jeszcze ktoś sprowadzi mnie na złą drogę - wymruczał zamyślony ze znikomym rozbawieniem, choć po prawdzie mógł to mówić do samego siebie a nie do rozmówcy.
Korzystając z chwilowej ciszy rozejrzał się po pomieszczeniu raz jeszcze, lustrując kilku co interesujących ludzi, choć ich ilość mógł policzyć na palcach jednej dłoni. A nawet jeśli znalazłby się ktoś przyciągający jego wzrok bardziej niż obecny obok mężczyzna o rzucających się w oczy kudłach, pewnie nie zdobyłby się na chęci, by cokolwiek w tym kierunku robić. Sterczał więc w całkowitym milczeniu, jednym uchem rejestrując dobiegające z jednej strony dźwięki, choć prócz ledwo zauważalnych drgnięć mimicznych nie skomentował podśpiewywania i nastawiania stawów w żaden sposób. Nie było ku temu potrzeby. Dopiero pytanie wytrąciło go z równowagi, chociaż reakcja była trochę opóźniona. Niklaus zdążył upić wody ze szklanki, odtworzyć sobie zadane pytania w głowie i dopiero wtedy gwałtownie odwrócił głowę w stronę Caleba.
- Mein Gott, gościu, co ty brałeś? - Spytał prosto z mostu, po czym wyciągnął rękę po jego szklankę, podetknął ją sobie pod nos, zaciągnął się i odstawił obok niego. - Jesteś jakimś jebanym prorokiem czy coś w tym guście? Mam szczerą nadzieję, że nie zaczniesz deklamować Biblii, bo jestem gotów przyjebać ci krzesłem w głowę gdybyś próbował mnie nawrócić - wypowiedział z lekką dezorientacją, ale i nieukrywanym rozbawieniem. Machinalnie przechylił się nieco w jego stronę i zmrużył powieki z uwagą, próbując wyczytać z twarzy mężczyzny oznaki przedawkowania magicznych tabletek.


Ostatnio zmieniony przez MacKenzie dnia Sob Lis 02, 2013 11:04 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The White Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 62
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Michael Nivan Doherty || Caleb Nicholas Cohen (obecnie używane)
Wiek : 28 lat
Zawód : Pracuje w księgarni jako kasjer
Orientacja : Homoseksualny
Wzrost i waga : 192 cm || 85 kg
Znaki szczególne : Białe włosy, blizna na prawym boku. Kilka blizn na plecach.
Aktualny ubiór : Skórzana kurtka (ramoneska), bordowa koszula z rękawem trzy czwarte (podwinięty do łokcia), skórzane spodnie z przyczepionymi łańcuchami, jakieś buty (w stylu męskich botków czy coś). Sznurowane, ciemnobrązowe, za kostkę. Co do dodatków to jak zawsze sygnet na palcu. I to chyba wszystko.
Ekwipunek : Papierosy+zapalniczka, telefon+słuchawki, portfel, a w nim dokumenty, chusteczki.

PisanieTemat: Re: Bar.   Sob Lis 02, 2013 9:23 pm

Cóż, nie należał do osób wylewnych, jednakże był dobrze wychowany. Zwykle więc odpowiadał na pytania, chyba że te były bardzo osobiste. Jako, że to pytanoe specjalnie go nie uraziło to i nie zaaregował impulsywnie. Zwykle starał się trzymać nerwy na wodzy. A sama osoba Niemca jakoś go nie odstraszała, mimo takiego, a nie innego wyglądu. Czasami Michael był zbyt naiwny. W szczególności, gdy poszukiwał kogoś do rozmowy.
Słysząc to jakże wymowne „Aha” westchnął ciężko, jakby trochę zrezygnowany. Zaraz jednak uśmiechnął się słysząc jego dalszą wypowiedź.
Cóż, mogło być lepiej. Ale najgorzej też nie jest — wychrypiał i zgarnął za ucho włosy.
Przyglądał się mu uważnie, aby zaraz potem rozejrzeć się po barze. Chyba niepokój mu mijał. To go cieszyło, gdyż nie chciał być cały czas poddenerwowany przy nieznajomym. Po dłuższej chwili jego jasne tęczówki znowu spoczęły na Kenzim. Widząc jak ten marszczy nos uśmiechnął się jeszcze szerzej. Był trochę rozbawiony, a ta reakcja go niebywale intrygowała. Bo mimo że odpychał ludzi, to był ciekawy ich reakcji. Wolał je jednak oglądać z dala, samemu nie będąc sprawcą zmian w mimice twarzy, postawy danego osobnika. W tej chwili jednak się cieszył w środku, że przełamał się jakoś. I tego wieczora nie miał nic do roboty.
Jestem po prostu ciekaw. Chociaż najprawdopodobniej będziesz kolejną osobą, która pojawi się na chwilę w mym życiu,z którą zamienię parę słów, a następnie się pożegnamy i każdy pójdzie w swoją stronę. Ale kto wie. Może los nas zaskoczy i znowu skrzyżuje nasze drogi. — Odwrócił się w stronę baru, a następnie spojrzał na barmana i zamówił kolejną szklankę soku — Niklaus — powtórzył, jakby próbował utrwalić sobie to imię.
Wziął szklankę i zaraz znowu oparł się o bar tak jak wcześniej, stojąc już tyłem do niego. Upił trochę soku i przesunął wzrokiem po postaci, która stała w kącie baru. Pierwsze słowa, które nasunęły mu się na myśl to: „Er ist da”, jeśli już miałby się popisać swoją znajomością niemieckiego. Jednakże słowa, które znał z piosenki Eisblume nie pasowały jednak do sytuacji. Paranoja. Ten koleś pod ścianą był podobny do Nicholasa (czemu Kaczka musi mieć tak podobne imię?), lecz nim samym na pewno nie był. Na szczęście.
Bez parasolki wygodniej się spaceruje. Dopóki oczywiście nie przemokniesz całkowicie — szepnął pochylając się nieznacznie w jego stronę i podrapał się po karku — Dlaczego też tak uważasz? I któż mógłby cię sprowadzić na złą drogę? Bo na pewno nie ja. — Zaśmiał się tuż przy jego uchu patrząc na jego profil.
Zaraz odsunął się na „bezpieczną” odległość. I tak oto nastała cisza, nie licząc późniejszego podśpiewywania przez Caleba. Roześmiał się słysząc go.
Po prostu miłoby by było popatrzeć jak to miasto staje w płomieniach. Już od wewnątrz trawi je zaraza. Żeby powstało coś mocniejszego, trzeba wcześniej coś zniszczyć — szepnął bardzo poważnie patrząc na niego i zaraz sięgając po swoją szklankę, aby upić łyk soku — Tak, będę cię śledził, aby wiedzieć gdzie mieszkać i zapukać do odpowiednich drzwi, a następnie gdy juź mi otworzysz to wyskoczę z tekstem: „Dzień dobry, czy chce pan porozmawiać o Bogu?” — parsknął już wyobrażając sobie tę sytuację.
Uśmiechał się do siebie wpatrując się w niego zainteresowany. Przeczesał włosy palcami i przymknął oczy. Zaraz ucisnął kąciki oczu palcami. Przejechał językiem po spierzchniętych nadal wargach i skrzywił się czując słodkawy posmak.
Jako, że nie mam zamiaru cię nawracać, gdyż najpierw ktoś mnie musiałby nawrócić, to czy masz ochotę na coś do jedzenia? Wynagrodzenie za to, że przed chwilą słuchałeś tych bzdur.
Sam był cholernie głodny, a osoba Niklausa go zaintrygowała. W końcu ktoś, z kim spędzi choćby kilka chwil na pogawędce. Zlustrował go jeszcze od góry do dołu i uśmiechnął się pod nosem. Zapowiadało się nawet ciekawie.

_________________
Tworzenie w toku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MacKenzie
Mechanik

avatar

Liczba postów : 105
Dołączył : 16/09/2013

Godność : Niklaus Schneider
Wiek : 26-28, trudno stwierdzić;
Zawód : mechanik; a to ci niespodzianka, no nie?
Orientacja : straight as duck
Partner : lewarek, kierfa;
Wzrost i waga : 186 cm | 76-9 kg
Znaki szczególne : blizna przecinająca brew; czupryna wpadająca barwą w granat; intensywnie niebieskie tęczówki; aparycją aż nazbyt prezentuje się jak zapyziały bezdomny; generalnie całkiem ruchable, no nie? taki nieco powycierany życiowo, zniechęcony życiem... z trzydniowym zarostem;
Aktualny ubiór : Zadziwiająco czysty i niepognieciony biały podkoszulek, czarna skórzana kurtka, ciemne powycierane jeansy zapięte sporym skórzanym czarnym paskiem, zapinany metalową klamrą, wysokie brązowe oficerki do połowy łydki.
Ekwipunek : obdrapana zapalniczka; pęk kluczy; dokumenty; pieniądze;
Multikonta : Sparky

PisanieTemat: Re: Bar.   Nie Lis 03, 2013 4:52 pm

Najwyraźniej dobrze się dobrali, bo w pewnych kwestiach Kenzie był raczej ułomny. Dobre wychowanie było jedną z takowych kwestii, chociaż nie trudno było zauważyć, że dzisiejszego dnia nie miał ochoty afiszować się z paskudnym chwilami charakterem wyłącznie po to, by pozbyć się towarzystwa. Człowiek jest z natury istotą społeczną, potrzebuje więc od czasu do czasu towarzystwa. Niklaus był niemal wdzięczny, że odbębni właśnie swoją porcję socjalizowania się na następne parę dni. Może dlatego tego szczególnego dnia nie przedstawiał się jako odstręczający burkliwy palant?
- Uznam to za komplement, bo lepiej jest raczej nieosiągalne - skwitował racjonalnie i wzruszył barkami. Możliwe, że się mylił, jednak ani motywacji ani chęci nie miał do poprawiania swojego wizerunku. Po co, skoro zadowalający efekt można było uzyskać bez najmniejszego starania? Dopóki ludzie nie chowali się na jego widok, wszystko było w najlepszym porządku. A nawet jeżeli odstraszałby ich swoim wyglądem... Właściwie to nawet lepiej. Innymi słowy - nie miał się czym przejmować.
W uprzejmym milczeniu wysłuchał monologu Białego, spoglądając na niego przelotnie w przerwach między obserwowaniem prawie całkowicie stopniałych kostek lodu. Ledwo zauważalnie marszczył brwi, to unosił je w niemym zdziwieniu.
- Filozof jakiś, czy jak? Chociaż oni raczej nie stronili od alkoholu. - Po tych słowach wymownie zerknął na jego szklankę. Trzeba było przyznać, że sytuacja zaczynała nieco go bawić. Raczej nie zwykł przebywać w towarzystwie nadmiernie gadatliwych, a jeśli już, wszelkie poważne rozmowy tłumaczone były po prostu zbawiennym wpływem trunków. W tym wypadku nie miał dowodów na to, że mężczyzna był całkiem trzeźwy, a wąchać go nie zamierzał, zwłaszcza, że osąd byłby po prostu przekłamany. O tej porze trudno w takich lokalach o całkiem trzeźwe indywidua.
- Wygoda wygodą, ale jebanie zmokłym psem nie jest wybitnie pociągające - skwitował, zatrzymując wzrok na jego twarzy. Nie czuł potrzeby odsuwania się za każdym razem, kiedy ten przekraczał ustaloną odległość między nimi, ale też nie mógł całkiem szczerze stwierdzić, że odpowiadałoby mu, gdyby Caleb notorycznie naruszał jego przestrzeń osobistą. W tej chwili wybitnie mu to zwisało.
- Tylko winny się tłumaczy, czy jakoś tak. To samo tyczy się usprawiedliwiania się zawczasu, właśnie trafiłeś na listę podejrzanych - oznajmił, unosząc kąt ust nieznacznie w górę. Nie odpowiedział na wcześniejsze pytania z braku pomysłu na odpowiedź. Sam tekst rzucił raczej na odczepnego, bez wyraźnych intencji.
- Dobra, serio, co jest z tobą nie tak? - rzucił już wybitnie jak na siebie zaciekawiony. - Destrukcyjne zapędy, piromania, ciągoty do śledzenia gości poznanych podczas pięciominutowej rozmowy przed barem... - westchnął i pokręcił głową z udawanym politowaniem. - Jeśli zobaczę cię przed drzwiami, to poszczuję cię moją dziką bestią. Nie radzę, ostatni posiłek dostała chyba rano - mruknął, zastanawiając się nad tym przez moment. Ostatecznie zrezygnował z zastanawiania się. Mniejsza.
Bezwiednie przypatrywał mu się przez następną chwilę, obserwując gesty z niewielkim zafascynowaniem, choć więcej w tym było zwyczajnej ciekawości odnoszącej się po prostu do ludzkich zachowań. Zupełnie jakby był ponad to, chociaż tak naprawdę niewiele go obchodziło.
- Ech... - syknął, mrużąc powieki. Podejrzliwe pytania cisnęły się na usta, ale równocześnie uwagi domagał się żołądek. Nawet jeżeli od ostatniego posiłku nie minęło zapewne sporo czasu, nie było potrzeby, żeby odmawiać. Chociaż jedzenie w towarzystwie kogoś prawie nieznajomego, o którym wiedział tylko tyle, że lubił pierdolić jak poparzony, nie wydawało się złym pomysłem. - Jasne, cokolwiek - wzruszył barkami z łagodniejszym wyrazem twarzy. Ucywilizowanie się nie powinno wyjść mu na złe, no nie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The White Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 62
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Michael Nivan Doherty || Caleb Nicholas Cohen (obecnie używane)
Wiek : 28 lat
Zawód : Pracuje w księgarni jako kasjer
Orientacja : Homoseksualny
Wzrost i waga : 192 cm || 85 kg
Znaki szczególne : Białe włosy, blizna na prawym boku. Kilka blizn na plecach.
Aktualny ubiór : Skórzana kurtka (ramoneska), bordowa koszula z rękawem trzy czwarte (podwinięty do łokcia), skórzane spodnie z przyczepionymi łańcuchami, jakieś buty (w stylu męskich botków czy coś). Sznurowane, ciemnobrązowe, za kostkę. Co do dodatków to jak zawsze sygnet na palcu. I to chyba wszystko.
Ekwipunek : Papierosy+zapalniczka, telefon+słuchawki, portfel, a w nim dokumenty, chusteczki.

PisanieTemat: Re: Bar.   Nie Lis 10, 2013 2:40 pm

Najwidoczniej. Ale to chyba dobrze. Cóż, Michael też bywał dość paskudny jeśli chodzi o jego charakter, ale starał się zwykle być dość miłym, chociaż często milczącym kolesiem. Przynajmniej jeśli temat schodził na niego. Dzisiaj wyjątkowo się rozgadał, niestety pokazując tą powaloną stronę. Cud, że jeszcze nikt nie zadzwonił do psychiatryka, po policję czy coś, bo jednak mówił dość głośno. Z drugiej strony pewnie większość była już tak wstawiona, że nic nie rozumiała albo uważała, że koleś również jest już pijany. Bo czy ktoś widział, aby osoba stroniąca od alkoholu siedziała w barze i plotła trzy po trzy? Nie? To były jakieś wyjątki raz na milion.
Może, może. Na pewno. — Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech. Za często się uśmiechał tego dnia. Przynajmniej jak na niego. A do Wigilii jeszcze szmat czasu, bo w końcu wtedy dzieją się cuda, psy przemawiają ludzkim głosem (oh, wait.... to jak Białas rozmawia w tej chwili z Kaczką? Albo na odwrót?) i tak dalej, i tak dalej. O kłótniach przy stole nie wspominając. Jak się białowłosy cieszył, że nie musiał się wtedy z nikim użerać, to był jedyny plus samotnych świąt. Ale odstępując od tematu świąt, zimy, a wracając do tego co obecnie się dzieje.
Chrząknął rozbawiony kolejnym jego stwierdzeniem. Tak, on i filozof. Nie w tym życiu.
Wątpliwe. Raczej ktoś, kto dzisiaj ma wyjątkowo dziwnie doby nastrój i jest dość wylewny. Ale nawet jeśli, to bym był jakimś ewenementem wśród nich, bo sam stronię od alkoholu — mruknął unosząc szklankę i upijając kilka łyków soku.
Poważne rozmowy, z poważnym kolesiem. Na tyle, na ile potrafił być poważny Doherty. Albo jak długo. Nigdy nie wiadomo kiedy mu coś odbije, w końcu był osobą tak... porypaną. To chyba dobre stwierdzenie. Względnie pojebaną, jeśli ma się użyć jakiegoś ostrzejszego słowa, które opisywałoby jego osobę. Osoba skrajna. I bądź tu z takim w związku, biorąc jeszcze pod uwagę jego skłonności do niestabilności emocjonalnej. Nawet rozmowy czasami były z nim męczące, a co dopiero częste przebywanie.
Jednak jestem za tym, aby nie nosić parasolki. Względnie nie ruszać się z domu lub przemieszczać się samochodem. Rzeczywiście, nie jest pociągające, ale kto wie, może ktoś lubi taki zapach? To by było troszkę uciążliwe — rzekł tym dość poważnym tonem, który wcale, a wcale nie pasował do jego słów.
No gadaj tu z takim. No gadaj.
Cóż, naruszanie przestrzeni osobistej innych osób, w szczególności tych, które go zaciekawiły należały do wad pana Caleba. Niby szanował, ale jednak nie mógł się czasami powstrzymać, aby nie naruszyć tej cienkiej granicy.
A cóż może być ze mną nie tak? Powiem ci coś w tajemnicy. Normalni ludzie nie istnieją na tym świecie — wychrypiał puszczając mu oczko i uśmiechając tajemniczo — Już się boję — skwitował wyciągając na chwilę zapalniczkę z kieszeni i odpalając ją. Patrzył jak zahipnotyzowany w płomień, aby zaraz potem zamknąć.
Wyłamał sobie palce i znowu zaczął przekrzywiać głowę tak, aby usłyszeć ten charakterystyczne dźwięk. Kark go bolał. Słysząc twierdzącą odpowiedź odwrócił się w stronę baru i zaraz zamówił coś dla siebie oraz „towarzysza”. Który towarzyszem stał się odkąd sam zagadał do niebieskookiego. Popełniając przy tym diametralny błąd. Spojrzał na jedzenie i westchnął ciężko. Nie wiedział czy to przeżyje, ale chuj. Jednego oszołoma mniej na tym świecie. Dla Nikolausa zamówił jakąś golonkę i jeszcze piwo, a dla siebie jakąś rybę. Lepiej było zostać w domu i sobie coś przygotować. Niepewnie zjadł pierwszy kęs. Nie było źle, ale cholernie tłuste.
Jeśliby przyszło nam się jeszcze jednak spotkać, to wyciągam cię do swojego domu i jemy to co ja przygotuję. — Czyli już zaczyna marudzić i planować. To serio mogło dziwnie zabrzmieć dla Kenziego.
Kolejne kęsy niknęły w ustach Michaela, który żałował teraz, że coś dla siebie zamówił. Mógł pozostać przy soku. Nawet zapach go nie zachęcał do dalszego spożywania tego posiłku, który nie był tak zły, ale jak już zamówił to nie będzie wybrzydzał. Jadł gorsze rzeczy (tak, obiadki u babci, to jest to!). 

_________________
Tworzenie w toku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MacKenzie
Mechanik

avatar

Liczba postów : 105
Dołączył : 16/09/2013

Godność : Niklaus Schneider
Wiek : 26-28, trudno stwierdzić;
Zawód : mechanik; a to ci niespodzianka, no nie?
Orientacja : straight as duck
Partner : lewarek, kierfa;
Wzrost i waga : 186 cm | 76-9 kg
Znaki szczególne : blizna przecinająca brew; czupryna wpadająca barwą w granat; intensywnie niebieskie tęczówki; aparycją aż nazbyt prezentuje się jak zapyziały bezdomny; generalnie całkiem ruchable, no nie? taki nieco powycierany życiowo, zniechęcony życiem... z trzydniowym zarostem;
Aktualny ubiór : Zadziwiająco czysty i niepognieciony biały podkoszulek, czarna skórzana kurtka, ciemne powycierane jeansy zapięte sporym skórzanym czarnym paskiem, zapinany metalową klamrą, wysokie brązowe oficerki do połowy łydki.
Ekwipunek : obdrapana zapalniczka; pęk kluczy; dokumenty; pieniądze;
Multikonta : Sparky

PisanieTemat: Re: Bar.   Sro Lis 13, 2013 6:17 pm

Sam Kenzie raczej nie kwapiłby się o powiadamianie policji czy zakładu psychiatrycznego o obecności w barze osobnika, który plótł trzy po trzy. Zakładał, że w promieniu dwóch metrów znalazłoby się pięciu kolejnych, których sens wypowiedzi nie był nawet w połowie tak głęboki jak wypowiedzi Białego. Ostatecznie jakiś cząstkowy sens zachował się w tej pokrętnej filozofii mężczyzny; fakt, że Niklaus nie do końca go zrozumiał, to zupełnie inna bajka. On zwykle niespecjalnie rozumiał intencje innych ludzi, więc takowa rozmowa była dla niego rutyną.
Nie dopowiedział nic już więcej, a jedyną reakcją, jakiej doczekał się białowłosy było uniesienie łuków brwiowych, niby w okazie zdziwienia, choć reszta mimiki nie pasowała do tego uczucia. Pokręcił głową ledwo zauważalnie i wzruszył barkami. Sam dobrze wiedział jak się sprawy miały, więc ciągnięcie tematu wydawało się być całkiem zbędne.
- Obstawiałbym jednak, że filozof, w tym zestawieniu raczej samozwańczy - upierał się, ale raczej słabo. - Samozwańczy filozof abstynent - zawyrokował z umiarkowanym zainteresowaniem i zerknął na niego. - Może jednak przydałoby się szukać szczęścia w innym zawodzie. Albo upijać słuchających, po alkoholu raczej łatwiej przyswaja się prawdę - dodał, rozwodząc się nad tematem niepotrzebnie. Zaraz pokręcił głową na znak, że to nieistotne, bo rzeczywiście tak było. Z tym że miał rację. Pomijając tych wybuchowych, oczywiście.
- Noś, nikt ci przecież nie wzbrania, człowieku. Osobiście nie znoszę siedzieć na dupsku w czterech ścianach, więc w moim przypadku to raczej odpada. A podróż samochodem... cóż - urwał i potarł dłonią policzek. Chyba powinien był się ogolić... Ale jak zwykle zapomniał. A problem z samochodem polegał na tym, że ten non stop był w naprawie. I to nie z powodu zepsucia - Kenzie namiętnie coś w nim ulepszał, w efekcie czego auto stało rozebrane na części w warsztacie. Niereformowalny. - No i jasne, ktoś może lubić takie zapachy... Ale mnie się nie widzi śmierdzieć po to, by ktoś zwrócił na mnie uwagę. Zbędne mi to, naprawdę - dokończył znudzonym tonem. Optymizm i chęć życia wręcz tryskały.
Ledwie powstrzymał automatyczną reakcję nierozbawionego parsknięcia śmiechem na widok wyrazu twarzy mężczyzny. Gdyby nie znał siebie i ludzi, pomyślałby, że ten do niego podbija. Ale nie zamierzam wam nawet zdradzać jaka byłaby jego reakcja na takie końskie zaloty. Prócz oczywistego śmiechu, który stłumił kaszlnięciem, przytykając do warg wierzch dłoni.
- Jasne, że istnieją. Choćby ja - oznajmił bezceremonialnie i wygiął lekko kąciki ust. No, prawie wyszło. - Powinieneś, to krwiożercza bestia - przytaknął i spojrzał przelotnie na zapalniczkę. Szybko odwrócił od niej wzrok, choć ciekawość sprawiła, że zaraz wrócił do twarzy białowłosego. Było w nim coś nieokreślonego, przez co nie był tak skory do odwrócenia się i odejścia. Ale nie doszukujcie się niczego szczególnego w zwykłej ludzkiej ciekawości. Ostatecznie na jego miejscu mógł znaleźć się ktokolwiek inny.
Zapatrzył się znowu na jakiś bliżej nieokreślony punkt i dopiero gdy do nosa dotarł zapach względnie przyjemnej potrawy, zerknął w dół na talerz, a następnie na piwo. Zmrużył powieki zastanawiając się jak ciężko pójdzie mu wciśnięcie alkoholu towarzyszowi. Sam nie bardzo wiedział, czy bezpiecznie byłoby teraz pić. Przez tą chwilową konfuzję, ledwie zorientował się, że Biały znowu zaczął coś mówić. Ściągnął brwi i przeniósł na niego wzrok. Huh?
- A teraz jeszcze zapraszasz nieznajomych do domu? No ładnie - skwitował i po krótkim zerknięciu na talerz, zjadł odrobinę, nawet prawie się przy tym nie krzywiąc. Przewrotnie do odczuć. - Dobra, może jednak zbyt pochopnie to powiedziałem. Pewnie byłoby to lepsze od tego - mruknął i sięgnął po piwo, upijając całkiem spory łyk. Miał nadzieję, że alkohol zabije smak golonki i miał rację. Przy czym samo spożywanie go w tej chwili nie było zbyt mądre. - Verdammte - syknął z wyraźniejszym akcentem, a następnie podsunął naczynie w kierunku rozmówcy. - Ja chyba sobie podaruję - wyjaśnił, kontynuując jedzenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The White Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 62
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Michael Nivan Doherty || Caleb Nicholas Cohen (obecnie używane)
Wiek : 28 lat
Zawód : Pracuje w księgarni jako kasjer
Orientacja : Homoseksualny
Wzrost i waga : 192 cm || 85 kg
Znaki szczególne : Białe włosy, blizna na prawym boku. Kilka blizn na plecach.
Aktualny ubiór : Skórzana kurtka (ramoneska), bordowa koszula z rękawem trzy czwarte (podwinięty do łokcia), skórzane spodnie z przyczepionymi łańcuchami, jakieś buty (w stylu męskich botków czy coś). Sznurowane, ciemnobrązowe, za kostkę. Co do dodatków to jak zawsze sygnet na palcu. I to chyba wszystko.
Ekwipunek : Papierosy+zapalniczka, telefon+słuchawki, portfel, a w nim dokumenty, chusteczki.

PisanieTemat: Re: Bar.   Sob Lis 16, 2013 6:17 pm

Cóż, mogło być zawsze gorzej. Zastanawiające jakby Białas gadał, gdyby się upił. Dzisiaj tego nie będziemy sprawdzać, to nie byłoby zbyt bezpieczne. A dlaczego... Z różnych względów, które są znane tylko panu Doherty.
Pokręcił głową i westchnął ciężko. Nie miał zamiaru dalej ciągnąć tych dwóch tematów, które jakoś go znużyły. Tylko zaśmiał się cicho słysząc jego odpowiedź. Cóż, capienie mokrym psem ma plus. Raczej mało kto się do ciebie zbliży. A jechanie menelem... Gdy menel jedzie autobusem, autobus menelem i to wszystko wyjaśnia. Ale raczej Michael nie poświęciłby się aż tak, aby odstraszyć jakiegoś człowieka. Chyba mało kto by był aż tak zdesperowany, aby ludzie go unikali.
Jemu tam zarost mężczyzny nie przeszkadzał. Jakby to nie brzmiało. Sam jakoś nie lubił być zarośnięty, chociaż większość mówiła, że tak również nieźle wygląda. Dla niego to było jednak beznadziejne.
Yhym. Normalność jest pojęciem ogólnym i względnym. Sztucznym. I... — Spojrzał na niego, krzyżując ręce na klatce piersiowej i pochylił się trochę — Serio, nie musisz wymuszać uśmiechu. Sam przyjdzie. Automatycznie. Musi się tylko znaleźć ktoś bądź coś, co go wywoła — wyszeptał cicho, spokojnie i ukrył błękitne oczy pod powiekami, na chwilę jakby odpływając.
Czyżby sobie wyobrażał jak ten się uśmiecha szczerze? Możliwe. Lubił patrzeć jak na twarzy ludzi pojawia się uśmiech. Uważał jednak, że nie potrafi go wywołać. Ranić, zadawać ból. Czy to był cały on? Zbyt brutalnie siebie oceniający? Tak, na pewno.
Zaraz powrócił do świata „żywych” i uniósł kącik ust ku górze. W jego spojrzeniu można było dostrzec coś smutnego. Chyba kogoś tutaj dopada mała, jesienna chandra. Albo wspomnienia powracają.
Tak, a potem przywiążę cię do łóżka i będę cię torturował — mruknął znowu poważnie i jakże chłodno, wpatrując się w niego z tymi niewytłumaczalnymi iskierkami w oczach. Jakby na serio coś takiego mu chodziło po głowie. Zaraz zaśmiał się gromko — Wszystko byłoby lepsze od tego. Nie licząc obiadków mojej babci. I szkolnej stołówki, ale z tych czasów już wyrośliśmy — rzekł wpatrując się przez chwilę w naczynie, które podsunął mu rozmówca. Westchnął ciężko i upił łyka. Wykrzywił się wyraźnie i odstawił je, chociaż miał ochotę bardziej nim rzucić w stronę barmana. Jakże gwałtowna reakcja, która bardziej kojarzy się z kłótnią kochanków. Albo bijatyką w taki barze jak ten. — Nie dziwię ci się.
Zostawił trochę ryby, gdyż już nie mógł jej jeść bez jakiegokolwiek grymasu. To był cholernie zły pomysł, żeby tutaj jeść.
Dobra, podaruję sobie, bo od nadmiaru tłuszczu to mi zaraz wątroba urządzi strajk — wycharczał i spojrzał na barmana, jakby teraz planował jak by go tu zabić A teraz ruszymy dupy i idziemy podbijać świat. Czyli najprawdopodobniej najbliższy park czy co tam nam wpadnie do głowy i może jakiś sklep — Przy tym sięgnął do kieszeni i otworzył papierośnicę, aby sprawdzić ile jeszcze posiada fajek — Tak, o sklep też się zahaczy. To jak, idziemy? — mruknął, zaciskając i rozluźniając palce, gdyż nie wiedział co z nimi zrobić.
To oznacza tylko jedno. Robił się nadpobudliwy. Cholernie nadpobudliwy.
Miał ochotę szarpnąć go za rękę, ale to zostałoby na pewno dwuznacznie odebrane, więc pozostało mu wyjść i mieć nadzieję, że ten za nim pójdzie.
Ruszaj się.
A potem wyszedł z baru i od razu przypalił papierosa. I tak oto wyruszył w świat wraz z Kaczką.


[z/t x2] 

_________________
Tworzenie w toku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Asmodeusz
Informator

avatar

Liczba postów : 13
Dołączył : 20/01/2014

Godność : Gabriel Kowalsky
Wiek : 17
Zawód : Brak
Orientacja : Bi
Partner : Wszyscy na świecie
Wzrost i waga : 176cm 58kg
Znaki szczególne : Tatuaże i kolczyki.
Aktualny ubiór : Ciemne, znoszone już trampki. Do tego czarne rurki z dziura na kolanie. Biały t-shirt z głębokim dekoltem, odsłaniającym tatuaże i brązowa kurtka, bardzo gruba, podbita futrem na kapturze i zawsze rozpięta.
Ekwipunek : Paczka fajek, z zapalniczką.
Portfel.
Telefon.
Klucze.
Kastet.

PisanieTemat: Re: Bar.   Sro Sty 22, 2014 3:19 pm

Do baru wszedł już z papierosem w ustach. Mimo, że podłoga oryginalny kolor miała pod zapewne kilkoma warstwami brudu, splunął jeszcze przed wejściem. W końcu trzeba być kulturalnym, prawda? Zresztą jeśli dziewczyna z którą się umówił tam jest, tym bardziej trzeba było zrobić dobre wrażenie. Po chwili namysłu, przed samymi drzwiami zgasił jeszcze papierosa na dłoni.

Drzwi otworzył powoli i stanął w progu. Rozejrzał się dokładnie, aczkolwiek nie dostrzegł charakterystycznych różowych włosów, więc kroki skierował od razu do baru.
- Piwo proszę. - Powiedział bez zastanowienia. Jednak sekundę później dodał jeszcze prośbę o podanie czegoś do jedzenia. Wybredny nie był, a w sumie od rana nie jadł. Cieszył go również fakt, iż była to jedna z tych dzielnic, gdzie alkohol był sprzedawany nawet niemowlakom, a działkę prochów można było wciągnąć praktycznie z blatu baru, będąc bacznie obserwowanym przez barmana. Z tego właśnie skorzystał Gabryś, który nie dość, że nie jadł, to dodatkowo był ciągle o czystej głowie, co było nie do pomyślenia zważywszy na fakt, iż dochodziła pierwsza popołudniu. Biały proszek jednak wysypał na wierzch dłoni, od razu wciągając go do nosa. Zrobił to głównie dlatego, że bałby się wysypać go na ladę z powodu tamtejszego brudu. W tym momencie postawiono przed nim kufel piwa.
- Kiełbaski już się grzeją. - Rzucił oschle barczysty mężczyzna obsługujący dziś klientelę. Widać też było wyraz pogardy na jego twarzy. Owszem, tolerował ćpunów do póki płacili, jednak brzydzi się nimi, czego nigdy nie ukrywa.

Oczy Gabriela zabłyszczały, uśmiechnął się również od razu. Świat jakby zwolnił, nieprzyjemny smród potu gdzieś się rozmył, dźwięki stępiły się. Czas zaczął również biec inaczej, mózg chłopaka przeszedł na inne płaszczyzny świadomości. Definitywnie w takim stanie mógł czekać na różowowłosą. Sięgnął do paczki z papierosami i odpalił jednego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Bar.   

Powrót do góry Go down
 
Bar.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
obrzeża miasta
 :: Slumsy :: „U Johnson'a”
-
Skocz do: