IndeksIndeks  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Promenada.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Promenada.   Sro Wrz 18, 2013 7:07 pm

Wschodnia część plaży to ulubione miejsce wszystkich turystów, ale także mieszkańców Rathelonu. To właśnie tu ulokowany został jeden z najbardziej ekskluzywnych hoteli w mieście, jednak przede wszystkim znajduje się tu znana wszystkim promenada, która jest centrum rozrywki wybrzeża. Szeroki i zadaszony deptak, porośnięty z obu stron egzotyczną roślinnością jest idealnym miejscem na spacery o każdej porze dnia. Wieczorami jednak wydaje się tu być szczególnie urokliwie, biorąc pod uwagę kolorowe światła, które rzucają lekki i nastrojowy blask. Niemalże na każdym kroku można znaleźć tutaj drewniane, zdobione ławki, na których można odpocząć. Codziennie także znajdą się tu drobne stoiska z różnego typu jedzeniem, a i uliczni grajkowie szukają tu okazji na zarobienie paru groszy, więc oprócz szumu morza czas zwykle umili dźwięk instrumentów, a czasem i cudzych głosów. Teren promenady jest o tyle obszerny, iż jest to idealne miejsce, w którym można urządzać wszelkiego typu imprezy – od festynów, po drobne koncerty, jednak każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

-------------------------------------------------
Festyn

Mieszkańcy Rathelonu nie lękają się deszczowej i chłodnej pogody. Nawet ona nie była w stanie przeszkodzić im w zorganizowaniu corocznego festynu ku pożegnaniu lata. Jak już w tych stronach bywa – każda okazja jest dobra do zorganizowania zabawy. Zadaszona promenada daje schronienie przed deszczem, zaś chłodny wiatr wiejący znad morza nie jest problemem, gdy ma się na sobie odpowiednio ciepłe ubranie, choć gorąca atmosfera wydaje się w zupełności wystarczyć. Z porozstawianych głośników dobiega głośna muzyka, a wszędzie unosi się zapach grillowanych potraw. Wszędzie pełno tu stoisk z różnorakimi smakołykami, ale także bibelotami, które – choć niekoniecznie potrzebne – przyciągają uwagę wielu przechodniów i zachęcają do kupna. Tłumów tu nie brakuje, a miejscami wręcz trudno się przecisnąć. Pomimo tego, że straż miejska kręci się w pobliżu na pewno trzeba pilnować swoich portfeli – wbrew pozorom duża ilość ludzi to idealne środowisko dla kieszonkowców.

Kilka słów na temat festynu:

● Jest to wydarzenie funkcjonujące na zasadzie luźniej integracji, czyli może przyjść tu każdy.
● Opis tego jest krótki, bo nie miałem weny i w sumie jestem beznadziejnym MG ponieważ daję wam większe pole manewru do rozwinięcia swojej wyobraźni. Chyba każdy miał okazję być kiedyś na festynie lub jakimś odpuście, hm? Także stoiska tu są wyrwane z podobnych wydarzeń.
● Czy coś się tu wydarzy? Pożyjemy, zobaczymy. Zależy od tego, jak potoczą się losy tego wydarzenia, jeśli uznam, że ingerencja MG w dalsze losy okaże się zbędna – bawicie się na własną rękę. Niemniej jednak nie ukrywam, że być może uświadczycie jakiegoś zwrotu akcji.


UWAGA!

Jest to jedyne wydarzenie, w którym można wziąć udział BEZ karty postaci. Także to nic, jeżeli jeszcze jesteś w trakcie jej pisania – możecie już przedstawić swoją postać na fabule. ALE! Chcę, żebyście pod postem zaznaczyli umiejętności waszej postaci i przynależność do grupy, które planujecie umieścić w karcie. To tak na wypadek, gdybyście mieli je wykorzystać. I wierzcie mi, będę pilnować, żeby później faktycznie były identyczne. W każdym razie wszystko i tak jest dla chętnych, ale miło będzie zobaczyć was tu w większej ilości. Wiadomo. Może się po napieprzamy na pięści, he. ~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Wrz 18, 2013 9:09 pm

Takie to piękne pożegnanie lata, że już można się na zimę szykować i zapasy zbierać. Niestety, pogoda nie cieszyła większości mordek na tej planecie, aczkolwiek Mey wcale nie przeszkadzało kilka... set kropel spadających na setną sekundy, zajmując wtem powierzchnię równą dwóm centymetrom kwadratowym. Ba! Były nawet ciekawsze, niż głupie słońce, wciąż maltretujące nieszczęsny wzrok i nieprzyjemnie grzejące w plecy. Zresztą, kto by tam chciał się opalać tuż obok takiego zbiornika wodnego, skoro to tylko wszystko psuje! Szok termiczny i te sprawy.
Zły nastrój nadszedł dopiero w chwili, w której złożyła parasol i weszła w samo epicentrum tej lawiny gruzu. Przy czym lawina była imprezą, a gruz - ludźmi.
No cóż, niewielka to różnica. W końcu do obojga nie docierają żadne słowa. Czasami.
Czasami do gruzu.
Zerknęła kątem oka na otrzepującego się z wody nagromadzonej w sierści samczyka. Pomimo zmarznięcia i przemoknięcia jednak nie powstrzymywał się w ramach focha od wydawania jakiegokolwiek znaku życia, o czym świadczył puszysty ogon, delikatnie falujący na boki i wskazujący na szczenięcą radość nieco wyrośniętego już pieska. Mimowolny uśmiech wstąpił na buźkę Kjellberg, ale oczy nie miały więcej czasu dla jej pupila. Musiały zlustrować kolejną osobę, na którą wpadła dziewczyna, by zaraz pozwolić jej ruszyć dalej w tłum. I czemu tu nie było nic szczególnie ciekawego? Za dużo takich przedsięwzięć w życiu widziała, żeby jakieś ją zaskoczyło.
Dat bezsens. Dat długość.
Powrót do góry Go down
√2
Nieobliczalny

avatar

Liczba postów : 14
Dołączył : 18/09/2013

Godność : √2
Wzrost i waga : 180 cm | 70 kg
Znaki szczególne : Publicznie nie pojawia się bez białej maski na twarzy. Stara się nie pokazywać więcej skóry, niż jest to konieczne, na dłoniach ma skórzane, czarne rękawiczki.
Aktualny ubiór : Czarne, skórzane spodnie, solidne buty, czarna koszula zapięta pod szyję, obszerna czarna bluza z kapturem, maska, rękawiczki.
Ekwipunek : Nóż sprężynowy, Glock, dwa smartphony, klucze, portfel.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Pią Wrz 20, 2013 8:32 pm

[19:05:12] .anthro-C4 joined the chat on Fri Sep 20, 2020 7:05 pm
[19:05:17] Cadillac: Yo, An!
[19:05:22] Rosiexxx: siemasz anthro
[19:05:30] .anthro-C4: Witajcie.
[19:05:43] Cadillac: Ej, słyszeliście? Dzisiaj jest jakiś festyn na promenadzie. xD
[19:05:48] Cadillac: Ciekawe czy będzie √2 ;p
[19:05:51] Cadillac: Jak myślisz, An?
[19:05:54] .anthro-C4: Nie mam pojęcia.
[19:05:58] URMyDestiny: byłoby super !!!!!!!!!!
[19:06:03] URMyDestiny: jestem jego fanka !!!!!!! <3
[19:06:21] maddison_choice: Ktoś z Was się wybiera na promenadę?
[19:06:28] Rosiexxx: ja nie ;/
[19:06:34] Rosiexxx: jestem chora :<
[19:06:41] .anthro-C4: Ja już tutaj jestem.
[19:06:50] Rosiexxx: OMG jak ci fajnie xd powiedz nam koniecznie czy był √2 *-*
[19:06:57] Cadillac: Jak będzie, to się dowiemy z telewizji, lol. xD
[19:07:03] .anthro-C4: Nie omieszkam. Lecę, trzymajcie się.
[19:07:10] Rosiexxx: papa anthro
[19:07:14] URMyDestiny: cya
[19:07:18] .anthro-C4 has been disconnected on Fri Sep 20, 2020 7:07 pm


Schował telefon do kieszeni I naciągnął Kaptur głębiej na twarz. Nie, żeby się bał, że ktoś dojrzy jego twarz skrytą pod maską. Po prostu lało.
Budka z krabowymi paluszkami była idealną miejscówką do obserwacji – małe zadaszenie mniej-więcej chroniło przed deszczem, ze swojego miejsca miał widok na większą część promenady, a odurzający zapach krabów odstraszał tłum. I dobrze. √2 nie lubił tłumów.
Nie lubił w ogóle zgromadzeń ludzki. Co się stało, że osoba taka jak on mieszała się w sam środek beznadziejnie smutnego przedsięwzięcia, które było niczym innym, jak tylko przedłużeniem tradycji igrzysk i chleba dla motłochu? Miał cel.
A cel mókł właśnie niespełna dwieście metrów dalej. Nawet w takiej tłuszczy ciężko było ją stracić z oczu, ale prawo Murphy’ego mówiło, że jeśli coś ma się spieprzyć, to się spieprzy. Należało naciągnąć kaptur głębiej i ruszyć się z miejsca.


***


Ciężko było określić, skąd się przed nią wziął. Właściwie najdokładniejsze byłoby stwierdzenie, że zjawił się znikąd. Dosłownie. Po prostu nagle wyrósł przed dziewczynką jak czarny, wysoki, błyszczący od wody mur. Garbił się, wciskając ręce do kieszeni płaszcza. Milczał.
Stał przed dziewczynką przez przeszło minutę bez ruchu, nim wreszcie wyciągnął z kieszeni jednopensówkę i zaczął się nią bawić. Podrzucił pieniążek do góry, wysoko ponad głowę i złapał zręcznie samym wierzchem dłoni, zaczynając natychmiast przetaczać ją między kostkami. Gdy docierała do kciuka, zręcznie podrzucał ją, aż lądowała na samym skraju dłoni. I od nowa. Jeszcze raz. I jeszcze. Coraz szybciej. Szybciej. Szybciej…
Moneta nagle znikła.
W dłoni mężczyzny pojawił się telefon. Jego palce ruszały się dosłownie błyskawicznie. Gdy podsunął jej wyświetlacz pod nos, w oknie pisania wiadomości SMS widniało jedno zdanie.
„Przeszukaj swoją torebkę.”
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Pią Wrz 20, 2013 9:25 pm

Festyn! Ludzie! Żarcie droższe o  jakieś dwieście procent, niż w przeciętnym sklepie!
Coś takiego działało na niego jak magnes, chociaż jak na ironie, był typowym geekiem, który wyznawał, że jedynie życie, to życie online. Nie mógł jednak przepuścić okazji do przyjrzenia się ludziom, głównie klasy średniej i biedniejszej a co za tym idzie, wszystkim tym ploteczkom, które rozpuszczali pośród siebie. Jak na razie usłyszał dość informacji, by wiedzieć, że jako prywatny detektyw zbiłby fortunę na tropieniu dopuszczających się zdrady małżonków. Bycie mendą społeczną to, jak widać, jedyny sposób na przetrwanie w wielkomiejskiej społeczności. Po pół godzinie przebywania na festynie zdążył kupić dwa breloczki do telefonu, jeden z królikiem i jeden z pandą, oddając się poszukiwaniom czegoś wystarczająco paskudnego lub różowego dla brata. Wydawanie pieniędzy na tą podjednostkę miało sens tylko w przypadku, jeśli choćby na 5 sekund miało wywołać wyraz obrzydzenia na twarzy blondyna, z czego Claude skwapliwie korzystał. Jeszcze znajdzie stoisko z kucykami pony, zobaczycie.
Zerkał właśnie w telefon, sprawdzając czy aby ktoś nie próbuje mu przerwać dnia wolnego od dziwnych zdarzeń. Świeże powietrze, ledwo wyczuwalna woń papierosów skutecznie tłumiona wszystkimi tymi słodkościami, od których i tak robiło mi się niedobrze… Jego wzrok przykuła dosyć osobliwa sytuacja. Niby nic, nie zwraca się zwykle uwagi na takie rzeczy, ale w tym fachu człowiek uczy się rozróżniać złoto głupców od prawdziwego. Dziewczynka, najpewniej  w wieku poza grupą śmierci (dziesięć i wzwyż) o skonsternowanej minie człowieka, który nie wie o co chodzi oraz gościa, której twarzy nie był w stanie dostrzec. Ktoś, kto ma coś do ukrycia na takiej imprezie z miejsca dostaje nalepkę ‘podejrzany typek’. Askel nie należał do osób przesadnie odważnych czy wyskakujących z brawurą. Wręcz przeciwnie, panicznie się bał, że wszelakie wyskakiwanie przed tłum skończy się nabiciem guza na czarnej główce. Dlatego swoje postępowanie zrzucił na wrodzone pokłady głupoty.
- MŁOOODAAAA. – Wydarł się w tłumie, przyprawiając o zawał parę osób i powodując to, co zamierzał. Praktycznie wszyscy wokoło zwrócili uwagę na ich trójeczkę – Askela, dziewczynkę i podejrzanego typka. Powstrzymując wszechogarniającego banana na twarzy, objął dziewczynę ramieniem, rzucił czymś w stylu „ mama mówiła, że masz się ode mnie nie oddalać” i pociągnął w stronę pierwszego lepszego stoiska z watą cukrową, zerkając raz po raz, czy facet od telefonu za nimi nie idzie.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Promenada.   Pią Wrz 20, 2013 10:03 pm

Deszcz... za dużo deszczu. Gdyby to wszystko mogło sobie tak po prostu zniknąć. To byłoby o wiele korzystniejsze dla całego społeczeństwa. Niestety, nikt z obecnie tutaj zebranych nie miał najmniejszego wpływu na pogodę. I co z tego? Najważniejszy był rozradowany piesek! No i... miała parasol, ne? To prawie jak słoneczko. Jednak zapowiadało się na to, iż miast tej wielkiej gwiazdy napotka na swej drodze nocne niebo i księżyc, jedynie odbijający jej światło, dziś niespieszący się w tym kierunku.
Księżycem tym był bowiem nieznajomy, odziany w ciemność. Futrzasty przyjaciel jasnowłosej zaczął niespokojnie grzebać łapką w ziemi, jednocześnie wciąż kontemplując uważnie twarz, której nie dało się dostrzec. Biała maska jedynie dorzucała węgla do pieca podejrzeń namnożonych w jego zwierzęcym móżdżku. Sama Mey zaś niewiele sobie robiła z jego dziwnego wyglądu. Myślała, iż był komikiem, clownem, czy czym tam jeszcze. Albo po prostu twierdził, że jest brzydki i KONIECZNIE musi się ukrywać przed światem ze względu na durne społeczeństwo. Albo był jakimś znanym piosenkarzem. To by tłumaczyło, dlaczego również nic nie mówił. Pewnie ukrywał swój znany, seksowny głos.
Ale wracając do treści, jaką znalazła spojrzeniem wśród gąszczu pikseli na ekranie: że co proszę? Przechyliła na sekundę głowę w zadziwieniu. Jej oczy ogarnęło kompletne zero zrozumienia względem chłopaka (tudzież dziewczyny) i jego (jej) planów. Pomimo tego oraz lekkiego powątpiewania co do przyczyny całej tej komendy, nie mówiąc już nawet o skutkach jej wykonania, uśmiechnęła się i chwyciła niedźwiedzi pyszczek w rączkę, powoli otwierając torebeczkę. I już, już miała do niej zajrzeć, kiedy...
Wrzask.
Nie znała tego głosu. Dlaczego więc miała wrażenie, że młodzian, którego swoją drogą też nie kojarzyła, wykrzyczał to właśnie w jej stronę? Jego wzrok wskazywał tylko one direction, a ramię wyciągnięte ku jej ciałku wręcz przerażało. Mimo to, wszystko działo się zbyt szybko, a nogi już po kilku sekundach dostały nakaz ruszenia się z chwilowego parkingu. Uniosła wzrok na nieznajomego, rozdziawiając buzię:
- B-bardzo przepraszam, ale... - rozejrzała się prędko, przy okazji spoglądając przez ramię na drugiego z nieznajomych. - ...mógłby mnie Panicz zostawić...?
Powrót do góry Go down
Eiko
Sweet Star

avatar

Liczba postów : 22
Dołączył : 20/09/2013

Godność : Na scenie znana jako Eiko Okashi. W rzeczywistości - Angela Ellsworth.
Wiek : 19 lat.
Zawód : Uczennica/Piosenkarka i modelka.
Orientacja : Heteroseksualna.
Partner : Brak, ale ktoś już znalazł sobie miejsce w jej serduszku...
Wzrost i waga : 158 cm i 54kg.
Znaki szczególne : Podobieństwo do aniołów, duże ding... ekhm, duży biust.
Aktualny ubiór : Czarny sweter, czerwona spódniczka a pod nią legginsy, kozaki.
Multikonta : Akira.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 10:56 am

Może i to mogło wydawać się dziwne, ale Tomoko lubiła deszcz. Przyjemne także było uczucie spadających kropli deszczu prosto na jej skórę, a nie ubrania. Nie znaczy to oczywiście, że w czasie deszczu latała po mieście golusieńka jak święty turecki, co to to nie. Miała na sobie zwyczajny, czarny mundurek. Na ramieniu zwisała jej prosta, ciemna torba o dużej pojemności, w której aktualnie drzemał sobie jej kotek - Nox. Do tego miała tam parasolkę oraz... lalkę własnoręcznej roboty. Przy każdym wyjściu na miasta musiała mieć przy sobie chociaż jeden swój twór, sama nie wiedziała czemu. Może czuła się z tym bardziej bezpiecznie?
Jej uwagę od stoisk i innych pierdółek odwrócił wrzask. Odwróciła się w stronę źródła hałasu i ujrzała trzy osóbki - jakiegoś faceta w masce, który wcale a wcale nie wyglądał na podejrzanego(haaa...), krzykacza, który wcześniej spowodował ten hałas oraz... zaraz zaraz. Przecież ona znała tą trzecią postać! Toż to była jej tyci przyjaciółeczka Mey. Gdy tylko rozpoznała znajomą, postanowiła śledzić, dokąd ten jeden z dziwnych osobników próbuje ją zabrać. A nuż spróbuje jej coś zrobić? Wtedy będzie musiała go zabić, to oczywiste.
Szła za nimi krok w krok, chowając się za różnymi stoiskami, by tak szybko jej nie zauważyli. Gdy w końcu się zatrzymali, spokojnie podeszła do nich jak gdyby nigdy nic i ulokowała wzrok na blondynce.
-Witaj Mey! Nie wiedziałam, że ty także przychodzisz na festyn. Przepraszam za ciekawość, ale... - tu na moment zamilkła i wskazała palcem na chłopaka. - Znasz go?

Grupa: Wolves
Umiejętności:
~Talent artystyczny
~Tworzenie perfekcyjnych lalek
~Posługiwanie się kataną
~Akrobatyka
~Sztuki walki: kendo, karate, judo i aikido
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 11:52 am

    Festyn... wielkie ilości ludzi, a co najgorsze dzieci. Nie, no po prostu przed samym przyjściem tu Jared postanowił, że gdy tylko usłyszy jakiegoś bachora, to od razu wyjdzie. No było też drugie rozwiązanie, mógłby takiego uciszyć... ale kto chciałby marnować siły na "coś" takiego? Własnie. Padał deszcz. Krople wody padały na ziemię, robiło ich się coraz więcej, z czasem powstawało błoto. W końcu stanął przed budynkiem. Czy na prawdę musi tam wejść i być wśród tych przepoconych ludzi? Cóż musiał zaryzykować, bo informacje nie wezmą się z dupy, trzeba je umiejętnie wysłuchać. Niestety, taka praca Ghosta. Czy ją lubił, czy nie... to nie było ważne, bo liczyły się korzyści, a nie przyjemność. Tak więc zawahał się przed wejściem. Postał jeszcze chwilę na deszczu, który nic mu nie robił, bo na głowie miał kaptur, a spod niego wystawały tylko białe kosmyki włosów i te czerwone oczy. No tak nie do końca, bo naturalna barwa była niebieska, ale ten typ tak miał i nie rozstawał się ze swoimi soczewkami. Był coraz bardziej mokry, ale nie przeszkadzało mu to. Oparł się plecami o jakiś pal i wyjął odtwarzacz mp3 włączając go. Aż drgnął, bo muzyka zaczęła grać bardzo głośno, jednak minął moment i już przyzwyczaił się do dźwięku tak mocnego. Dodatkowe orzeźwienie dawał wiaterek znad morza. Popatrzył do góry, po czym ruszył do środka. Od razu zaczął się rozglądać dookoła. Skrzywił się, gdy tylko poczuł zapach grilla. Był taki nie zdrowy. Dziwne, że ktoś taki jak Jared przejmował się tym co je... na prawdę. Pędem ruszył do wolnego stoliku, od razu się na nim rozsiadł. Droga do niego była trudna, gdyż musiał popchnąć kilkanaście osób i ominąć jakiś staruszków. Tak, mochery były bardzo wkurzające. Te ich wolne ruchy i niemalże toksyczny odór, który nosili za sobą. Wytępić co do jednego. Posiedział chwilę, w końcu opierając się łokciami o stół. Teraz był odpowiedni moment na zdjęcie słuchawek i podsłuchiwanie innych. Jak pomyślał, tak też zrobił. Uśmiechnął się sam do siebie, gdy zobaczył jakąś lolitkę, a obok niej zamaskowanego zbója. Maska na twarzy? Czy ten ktoś próbuje zwrócić na siebie uwagę, czy chce być incognito? Bo jeżeli to pierwsze to udawało mu się. Jared od razu zaciekawił się jego osobą, ale wiedział, że nie może od tak sobie podejść i powiedzieć: "Cześć, jesteś fajny, zdejmij maskę." No właśnie. Siedział dalej, lecz patrzył na innych. Zaraz okaże się, że ten ktoś po prostu zauważył to, że Ghost się na niego patrzy, a wtedy może być nieciekawie, to pewne. Zazwyczaj ktoś w typie tego zakapturzonego zbója wprowadza dziwną atmosferę lub co najmniej budzi lęk, jednak nie u wszystkich. Znów spoglądał dookoła. To na lewo, to na prawo. Bardzo interesujące rzeczy tu się działy... jakiś chłopczyk zjadł już kilkanaście lizaków, kolejny podwędził coś ze stoiska. Och, jakie przecudowne klimaty! Hehe, żart. Nie fajnie, a przynajmniej dla takiego odludka jak Jared. Jednak dla jakichkolwiek informacji trzeba się czasami poświęcić. No właśnie, czasami bardziej, czasami mniej.
Powrót do góry Go down
√2
Nieobliczalny

avatar

Liczba postów : 14
Dołączył : 18/09/2013

Godność : √2
Wzrost i waga : 180 cm | 70 kg
Znaki szczególne : Publicznie nie pojawia się bez białej maski na twarzy. Stara się nie pokazywać więcej skóry, niż jest to konieczne, na dłoniach ma skórzane, czarne rękawiczki.
Aktualny ubiór : Czarne, skórzane spodnie, solidne buty, czarna koszula zapięta pod szyję, obszerna czarna bluza z kapturem, maska, rękawiczki.
Ekwipunek : Nóż sprężynowy, Glock, dwa smartphony, klucze, portfel.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 6:02 pm

Jak to szły te prawa Murphy’ego..? Jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno. Nie uda się nawet wtedy, gdy jednak nie powinno się nie udać. I jak szło to trzecie…?
Ach, tak.
Wszystko wali się naraz.
√2 nie podobał się taki obrót sytuacji. Zaczepienie celu publicznie już samo w sobie było ryzykowne chociażby przez sam fakt, że wokół kręciło się całe mnóstwo ludzi. Z jednej stronie, w tłumie najłatwiej zniknąć. Z drugiej – charakterystyczne jednostki jednak idzie w tłumie dojrzeć. Mey była charakterystyczna, więc znalazł ją i wyśledził do tego miejsca bez problemu.
Ale on sam był nawet bardziej specyficzny. Prychnął cicho pod nosem i naciągnął głębiej kaptur, momentalnie niwelując dystans dzielący go od dziewczynki i nieznanego gościa. √2 wyciągnął z kieszeni telefon i z trzaskiem wysunął klawiaturę.
„Mężczyzn przerywających cudze rozmowy mam gdzieś.” – Napisał i podetknął facetowi wyświetlacz pod sam nos. „Mężczyzn, którzy przerywają przedstawienia i narzucają się dziewczynkom, nienawidzę. Puść ją, skoro cię nie zna.”
√2 nagle wyjął z kieszeni talię kart. Normalne, najzwyklejsze karty do gry, można je kupić w każdym punkcie prasowym. Na pierwszy rzut oka nie różniły się niczym szczególnym.
„Zdaje się, że ktoś tu chce zobaczyć parę sztuczek.” – Napisał, a po chwili namysłu dorzucił na końcu uśmieszek ze znaków interpunkcyjnych. Jedną ręką podrzucił karty w taki sposób, że talia zamiast rozsypać się, grzecznie wylądowała mu na dłoni. Drugą ręką wciąż pisał.
„Przeszukaj swoją torebkę.” – Znów podsunął telefon dziewczynce, mając nadzieję, że tym razem spełnianie polecenia dojdzie do skutku. Nie musiała nawet przegrzebywać całej, wystarczy, jeśli zajrzy do małej kieszonki wewnątrz. Znajdzie wtedy jednopensówkę. Dokładnie taką samą jak ta, która rozpłynęła się w rękach zamaskowanego mężczyzny.
Magia? A gdzie tam. Po prostu niepostrzeżenie podłożył ją do jej torebki, gdy wmieszała się w tłum, wchodząc na promenadę. Obserwował ją już od jakiegoś czasu. Czekał… długo. Wystarczająco długo, by obecność szurniętego chłopaka i jakiejś nadprogramowej dziewczynki zaczęła go irytować.
„Przetasuj karty.” – Napisał, a telefon tym razem podetknął tej drugiej. Publiczność jest dobra, ale nie wtedy, gdy ma się coś do zrobienia. Dwie osoby to nic dziwnego, trzy to już mały tłumek, cztery powoli zaczynają być sensacją. Blondynka o wyglądzie lalki, zamaskowany typ, dwoje innych ludzi. Za bardzo zwracają uwagę.
Trzeba się stąd zmywać. Ale najpierw…
Grzecznym gestem wręczył Tomoko swoją talię kart.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askel
Informator

avatar

Liczba postów : 146
Dołączył : 18/09/2013

FUNKCJA : Moderacyjny królik.
Godność : Claude Artemis Keith Carreac
Wiek : 23
Zawód : Student oraz barman, dorywczo.
Orientacja : Aseksualista.
Partner : Prawa ręka.
Wzrost i waga : 179/62
Aktualny ubiór : No to.
Ekwipunek : Trzy telefony, portfel, nóż motylkowy, klucze.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 6:52 pm

Jak coś ma trzasnąć, to trzaśnie, a on się nauczył, że najlepiej być jak najdalej od miejsca, w którym owo trzaśniecie ma się rozsypać. Mózg czarnowłosego pracował na zwiększonych niż zazwyczaj obrotach, a jakieś 30 procent jego rozważań skupiało się na wyzywaniu samego siebie od idiotów. Z drugiej strony, kto normalny uznałby obecność takiego typka jak Pierwiastek za normalną? Gdyby Askel miał dzieci i zobaczył, jak zamaskowany koleś macha jego latorośli przed twarzą telefonem, to chyba z miejsca by go zwyzywał od pedofili i odciągnął niewinny umysł. Nie to, że w wieku 15 lat potrafił już odróżnić przeciętnego człowieka od dilera i z tego korzystał, bo przecież rzecz się rozchodzi o Mio, a nie o młodzika! Nauczył się już trzymać zdziwienie dla samego siebie albo na później, ale nigdy nie spotkał się ze stwierdzeniem „panicz”. Zerknął na dziewczynkę raz jeszcze i jakaś nieśmiała myśl kazała mu sądzić, że może ona jest z takiego porządnego domu, gdzie są pokojówki, lokaj o imieniu Sebastian, a młoda pewnie pierwszy raz od dawna jest na wolności. Albo nie, pewnie samochód (czarny, w typie limuzyny!) stoi gdzieś niedaleko, gotów zabrać ją jak najdalej od siedliska zła, zwanego społecznością. Było nie było, Askel w swoim mniemaniu właśnie ją od zła zabierał…Prawda?
Nachylił się lekko do dziewczynki i powiedział poważnym tonem, na tyle cicho, by nieznajomy zboczeniec nie był w stanie tego dosłyszeć (poza tym, halo, ma kaptur na głowie, to i tak już mu powinno zagłuszyć dźwięk):
- Panienko. – Postanowił zagrać tą kartą, najwyżej wyjdzie na idiote i przez najbliższy miesiąc nie pokaże się na dzielni. Ani mieście. Będzie prowadził smutne życie internetowego derpa, frustracje wyładuje zamieszczając nyancata na stronach spółdzielni i zmusi brata, żeby ten mu przywiózł zakupy. – Panienka może mnie nie znać, ale niech wie, że jestem obrońcą ciastek, misiów i istnieję tylko po to, żeby chronić panienkę przed zgubnym wpływem ludzi w maskach. Ale to musi pozostać między nami, bo inaczej stracę pracę! – Przystawił palec do ust, dając do zrozumienia, że teraz to ich tajemnica. Byłoby łatwiej jakby była młodsza, bo łatwiej dałoby się nawciskać kitów. Mógł ją jedynie złapać na naiwność lub powszechne uwielbienie nastolatek dla tajemniczych kolesi, którzy mają jeszcze tajniejsze misje. Tak! Wreszcie oglądanie telewizji na coś mu się miało przydać! Zerknął przez ramie, a tu ten świr nie dość, że za nimi idzie ( i chuj strzelił próbę bycia bohaterskim) to jeszcze macha mu telefonem przed twarzą. Taki tajemniczy, co. Stając między dwoma dziewczętami (druga prawie wkopała jego mistyfikacje) a typkiem, wyciągnął swój zwykły telefon i zrobił to, co zrobić można było – cyknął mu fotke po czym przełączył na notatnik i wyklepał mu kilka zdań „ Facet, zaczepiasz nieletnią w miejscu publicznym. Ładnie to tak? Odfajkuj się albo wrzucę to zdjęcie na twitta i dopisze ‘zbok w miejscu publicznym’. Jak myślisz, ile osób się tu zleci? Spróbuj mi go zabrać, a zacznę się otwarcie drzeć” i z typowym uśmiechem łajzy wepchnął telefon do kieszeni, uprzednio go blokując, bo przecież nie chcemy, żeby sprawy potoczyły w niepożądanym kierunku.

_________________

Hi

What if I can't forget you?
I'll burn your name into my throat.
I'll be the fire that will catch you.
What's so good about picking up the pieces?
None of the colors ever light up anymore in this home.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Unlucky Dog
Rajdowiec

avatar

Liczba postów : 111
Dołączył : 19/09/2013

Godność : Paul (Fran) Carter
Wiek : 23 lata
Zawód : Student filologii francuskiej
Wzrost i waga : 182cm | 79kg
Aktualny ubiór : W ~uj pedalskie, granatowe rurki; luźna, biała bokserka; czarna bluza z kapturem i siwymi ściągaczami; czarne adidasy; na szyi turkusowa bandana.
Ekwipunek : Telefon, scyzoryk, paczka fajek, zapalniczka.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 7:12 pm

Festyn na pożegnanie lata? Nie ma nic lepszego! Paul zdecydowanie bardziej wolał świętować przybycie jesieni oznaczającej koniec upałów i rażącego w oczy słońca, więc właśnie tak traktował tę imprezę. Domyślał się, że z tymi poglądami jest w mniejszości, ale nie przejmował się tym. Grunt, żeby wszyscy dobrze się bawili, a w takim miejscu każdy powinien znaleźć coś dla siebie. On również zamierzał. Chodził bez konkretnego celu, bo nie wiedział, czego się spodziewać. Przechadzał się powoli wzdłuż rozstawionych straganów i przyglądał się wystawionym towarom. Robótki ręczne, domowe wypieki, różne rodzaje miodu. Czyli w sumie... cholerne nudy. Fran właśnie oglądał figurki z pszczelego wosku, kiedy kątem oka dostrzegł dobrze znajomą mu postać. Prędko odwrócił głowę w tamtym kierunku, aby bezpośrednio spojrzeć na brata znajdującego się w środku jakiegoś małego zamieszania. Uśmiechnął się do samego siebie, krzyżując ręce na torsie i przez chwilę tylko obserwują Askela. Nie wytrwał tak jednak długo, bo już jakiś czas nie widział swojego ulubionego braciszka i nie mógł powstrzymać się od podejścia do niego. Raźnym krokiem ruszył przed siebie, by po chwili znaleźć się obok Claude'a, gościa w masce i jakichś dwóch panienek, których nie kojarzył.
- Cześć, Chmurku - przywitał się z bratem, kładąc dłoń na jego ramieniu i uśmiechając się do niego przyjaźnie. Gest, na który sobie wobec niego pozwolił, bynajmniej nie był tylko przyjacielskim gestem. W razie czego chciał przytrzymać chłopaka, żeby ten od niego nie uciekł. - Znowu komuś dokuczasz?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Promenada.   Sob Wrz 21, 2013 8:10 pm

Dlaczego.
Wszyscy.
Po.
Kolei.
Musieli.
Się.
Jej.
Czepiać?
Nie, żeby miała coś przeciwko byciu w centrum uwagi, ale... tego było już za wiele. Tu zaczepia ją jeden koleś, tu zabiera od niego kolejny, a trzeci już stoi w kolejce i wgapia się w całe zamieszanie, jak gdyby czekając na okazję, w której mógłby ją porwać dla okupu. Mimo wszystko, po wypowiedzeniu poprzednich słów zamilkła na kilka chwil, pozwalając zabrać głos "porywaczowi", przybierając przy tym dość zaskoczony wyraz twarzy. No bo w końcu: kto tak nagle nachyla się nad drugą osobą, jakby chciał ją pożreć wzrokiem? Przez to właśnie lekko odchyliła głowę w tył, niemniej jednak słuchając tego, co Claude miał do powiedzenia, z niebywałą uwagą. Do tego ze słowa na słowo coraz bardziej promieniejąc. Obrońca ciastek? Jej!
- Naprawdę? - Szepnęła w odpowiedzi. - To znaczy, że to Panicz jest takim jakby ochroniarzem? Jejku jej! Zawsze chciałam mieć ochroniarza z ładną buzią!
Wyznania Mey Kjellberg, część pierwsza.
Promienny uśmiech wstąpił na jej twarzyczkę, gdy zakończyła swoją wypowiedź, jednakże wciąż miała pewne wątpliwości co do prawdomówności czarnowłosego. Co, jeśli tylko się tak zgrywał, żeby potem ją zadźgać? No nic, pożyjemy - zobaczymy~. Na razie jednak jej uwaga skupiła się na pozostałych... zaraz.
Jakim prawem kogoś jeszcze tu przywiało? Przynajmniej tę osobę już znała. Jednakże... choć zdołała powitać Tomoko uroczym uśmiechem, to nie mogła już odpowiedzieć na jej pytanie odnośnie osoby zielonookiego. Zamaskowany przybysz po raz drugi zepsuł atmosferę swoim telefonikiem, nachalnie nakazując Mey przeszukać swoją torebkę. Wreszcie westchnęła ciężko i chwyciła za jej zapięcie, już kilka sekund po tym wydobywając zeń monetę. Chwyciła ją w palce i wyciągnęła w kierunku nieznajomego w masce. Zachowania Claude'a z kolei nie skomentowała. Choć... było dość zabawne.
"Cześć, Chmurku."
No świetnie, kolejny dziwak? I dlaczego określił Askela tak dziwnym... e... słowem? W sumie, takie słowo istniało? No nieważne. Grunt, że pomimo jego idiotyzmu, na dźwięk obcego głosu wręcz podskoczyła w miejscu, chwilę później odwracając się wprost do parki "braciszków". Rozchyliła wargi na kilka sekund, by zaraz wykrztusić kilka niezrozumiałych słów. A to wszystko dlatego, że...
- ...panicz jest taki ładnyyy! - Wrzasnęła nagle, wlepiając zauroczone spojrzenie w twarz Cartera. Taki nagły wyskok.
I co z tego? Przecież BYŁ ładny!
So much sense in this nonsense. ._.
Powrót do góry Go down
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Wrz 25, 2013 5:16 pm

Krzyki, muzyka, gwar wesołych rozmów – ogólnie panujący hałas i chaos nie należały do jego ulubionego zestawu. Komuś, kto ponad wszystko cenił sobie spokój trudno było zrozumieć, dlaczego większość ludzi lgnęła do takich miejsc. Co prawda teraz sam stał się częścią tej bandy, z której jedna część wykorzystała tę okazję, jako dobrą do napicia się z kolegami (pal licho, że niemalże na każdym kroku można było natrafić na jakikolwiek bar), druga część świeciła oczami do dennych, błyszczących bibelotów, które na dobrą sprawę można było nabyć w znanych sklepach, w których ceny nie przekraczały piątaka, a jeszcze inni dawali ponieść się łomoczącym brzmieniom, wykonując swoje pokraczne ruchy, które jedynie zakrawały o czynność, którą można było nazwać tańcem. Nie należał do żadnej z tych grup, ale jednocześnie wiedział, że na pewno byli tu też ci, którzy festyn traktowali, jako dobrą okazję do przysporzenia innym kłopotów, a także ci, którzy starali się w dyskretny sposób wyodrębnić ich pośród barwnego tłumu, od którego można było dostać oczopląsu, ale dzięki któremu można było poczuć się odrobinę bezpieczniej. Odrobinę, bo nikt nie powiedział, że pchając się do roli drapieżnika, nagle nie zostanie się z niej wygryzionym. Czasem jednak wątpił w celowość takich wypadów.
Zwłaszcza teraz.
To przypominało mu, że poza informacjami, które mogły okazać się przydatne, można było zebrać także te, które były całkowicie zbędne. Tych drugich było niestety w nadmiarze. Nie odchodziło go, że jakiś „Tony” wisiał zapijaczonemu grubasowi dziesięć dolców, ani też to, że jakaś cycata blondyna miała problemy miłosne. Nie przejął się nawet przyuważoną kradzieżą błyskotki z pobliskiego stoiska, gdy sprzedawczyni na moment musiała odwrócić wzrok w inną stronę. Nic z tych rzeczy go nie dotyczyło, a jakoś nieszczególnie zależało mu na zostaniu bohaterem dla podstarzałej kobiety, utrzymującej się ze sprzedawania szajsu. Cały wątpliwy urok takich miejsc polegał na tym, że słyszało się rzeczy, których nawet nie chciało się usłyszeć i widziało się to, czego nie chciało się zobaczyć, jednak był na to w pełni przygotowany, choć na tę chwilę czuł się już zmęczony. Do tego stopnia, że na moment przymknął oczy, a że od pewnego czasu stał wsparty o jeden z filarów podtrzymujących zadaszenie, nie musiał obawiać się nagłej utraty równowagi. Zsunął z głowy kaptur i poprawił niedbale palcami wilgotną jeszcze grzywkę, po czym odruchowo sięgnął do kieszeni, by zaraz wyłowić z niej jednego papierosa i zapalniczkę. Uchylił powieki dopiero w momencie, w którym jeden z papierosów znalazł się pomiędzy jego wargami, a on odpalił zapalniczkę, ręką przysłaniając płomień do czasu aż ten nie spełnił swojej roli. Srebrzysty przedmiot na nowo wylądował w kieszeni ciemnowłosego, z którego ust właśnie ulatywał kłąb jasnoszarego dymu. Srebrzyste tęczówki oczu jeszcze raz przemknęły po tłumie, znudzone do granic możliwości.
Niespieszno było mu do zanurkowania w to „gniazdo os”, jednak to było nieuniknione. Choć zmrok zdążył już zapaść, tutaj życie dopiero się rozkręcało. Właściwie na zawołanie mógł stać się źródłem kłopotów, jednak pochopne działania nie były jego domeną. Najpierw trzeba było poczekać. Później zastanowić się, co zrobić z nudą. Wreszcie na koniec – działać.

Grupa: Wolves. Szok.
Umiejętności:
► doskonała pamięć;
► walka wręcz;
► posługiwanie się bronią palną;
► talent muzyczny (gra na gitarze + śpiew);
► włamywanie się.

Gwoli ścisłości: tak, Take nie widzi ich, a oni nie widzą Take. Umyślnie umieściłem go hen daleko. Dlatego też możecie pisać według własnej kolejki, wiadomo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Wrz 25, 2013 6:39 pm

Jeżeli ktoś myśli, że każdy szanowany przez społeczeństwo (sic!) funkcjonariusz prawa ma swój własny, wypasiony wóz, godny Jamesa Bonda... to się myli tak poważnie, że nawet kwestia raka wydaje się tu ledwie błahostką. Gilbert właśnie dźgał glanem przednie siedzenie jaskrawożółtej taksówki i wpatrywał się znużony w ciemnoszare chmury toczące się leniwie po niebie. Rozcięty na boku policzek, oparty był o skrytą pod materiałem skórzanej rękawiczki dłoń, a łokieć niedbale opierał się o drzwiczki samochodu.
Brrr brrr... TSSSSSHHH!
Zatrzymali się na czerwonym... ósmy raz z rzędu. Kierowca dosłownie jak na złość zwalniał, gdy widział zielone i przyspieszał, gdy w oddali zamrugało krwiste oczko, oznaczające „stop”. Chyba uwielbiał stawać na każdym skrzyżowaniu, drażniąc tym niebywale swoich — potencjalnych — klientów. Gilbert musiał zresztą przyznać, że nie miałby mu tego za złe, gdyby przed chwilą nie usłyszał reprymendy od „postawionego wyżej szefcia”, stale czepiające się go o byle jakie szczegóły. „Że nie powinien, że nie przystoi, że przecież jest detektywem, więc...” — Blah, blah, blah, wymamrotał chłopak, mrużąc oczy.
… … … br... br... BRRR!
Samochód ruszył dzięki paru kopniakom w pedał i jakiejś nieznanej mu czynności. Silnik warknął, buchnął dym z rury wydechowej i znów znaleźli się w trasie. Ile jeszcze? Zerknął na zegarek. Powinien tam być pewnie z dwie godziny temu. Właściwie … pierwsze co powinien zrobić, gdy znalazł się w swojej małej, klaustrofobicznej kawalerce, to siąść przed laptopem (którego uruchamiał tylko sobie znanymi metodami)  i sprawdzić informacje dotyczące tego całego festynu. Zakładał jednak, że nie będzie to nic wystrzałowego, więc wziął psa i wsiadł do najbliższej taksówki. Jak zwykle pechowy wybór, przesunął spojrzeniem po szoferce. Postawiony był tam uroczy niedźwiadek z uniesioną łapką (Hi Hitler) i dyndającym łbem. Gilbertowi wierzyć się nie chciało, że jego pies, który — nawiasem — wyłudził siedzenie na przodzie, spoglądał na niedźwiedzia i kiwał głową identycznie jak on, na sekundę nie spuszczając niebieskich oczu z groźnego przeciwnika.
Dwadzieścia sześćdziesiąt.
Hm? — Znużony zwrócił twarz ku wygiętemu w jego stronę człowiekowi z czapką z daszkiem. Z daszkiem skierowanym do tyłu i kępce szaro—czarnych włosów wystających spod nakrycia głowy. — Aha, tak. Już — stęknął, sięgając po portfel, który oczywiście znajdował się na samym dnie tylnej kieszeni spodni. W końcu jednak zapłacił kierowcy, wysiadł i... huh, dobra. Najpierw się nieco rozluźnił, przeciągając się dyskretnie. Ramiona ledwie się ruszyły, ale on poczuł tak wielką ulgę, jakby przez wieki siedział w jednej pozycji, w ciasnym wozie, w którym do teraz słychać było jakieś „znane hity lat 90”.
Otworzył przednie drzwiczki, pies wyskoczył, zatrzasnął (drzwiczki, a nie psa), pomachał niedbale kierowcy na odchodzie i ruszył przed siebie, aby...
Ey, Shirow! Noga! Staph, moja noga, a nie tego grubasa! — warknął, ale pies zniknął w tłumie dygoczących jak galareta ludzi. Gilbert na samą myśl, że będzie musiał się wbić w to zbiorowisko, dostawał gęsiej skórki. Zdepczą go, tego był pewien. W dodatku większość poruszała się jakby nie mieli kręgosłupa, fujblehbreja albo tańczyli taniec, bez widoku którego, życie czarnowłosego byłoby szczęśliwsze. Niemniej, czasem jest po prostu tak, że się nie chce, ale trzeba. Więc ruszył dość poważnie stanowczym krokiem, by minąć mniejsze lub większe grupki, prześlizgnąć się pod tańczącą parą, która wywijała tymi łapskami tak, że postawienie ich na środku pokoju, gwarantowało zerowej populacji much. W końcu jednak wypadł ze ścisku, nabrał powietrza i...
buch.
Przesunął palcami po dwukolorowych włosach, mierzwiąc je niesamowicie (wiatr i deszcz też zrobiły swoje w tej kwestii).  
Skąd to masz? No? Skąd to masz, cholero? — zapytał, powoli tracąc gramy cierpliwości. Pies rzucił mu przed buty paczkę papierosów, merdał ogonem, jakby to była sztabka złota i wpatrywał się w niego tymi wielgachnymi, bystrymi oczami człowieka. Trudno się było na niego gniewać. Póki nie sikał na środku pokoju, ani nie wyjadał porcji współlokatorowi Gilberta — wszystko było okej. Teraz też. Przecież niemożliwe, aby to ukradł, nie?
Salvatore sięgnął po przedmiot, zważył go niedbale w rękach i wsunął do kieszeni bluzy. Nie zdążył się dobrze rozejrzeć, bo szczęki, przymocowane do materiału jego koszulki pociągnęły go nagle w przeciwną do tłumu stronę. Młodociany detektyw sapnął coś na temat niewychowania kundla, ale ruszył za nim, krok w krok, by po chwili...
No i kogo my tu mamy, panie Sherlocku?
Nie był pewien swego, ale wiedział, że ciekawiej będzie podejść do osoby, która była poszkodowana przez jego psa. Shirow z marudnymi pomrukiwaniami wskazywał na ciemną sylwetkę stojącą absolutnie poza zasięgiem ścisku tłumu, by zaraz później ponownie otworzyć pysk i...
Zrozumiałem, dobra? — szepnął zaciekle Gilbert, nim pies zdążył znów chwycić go za ubranie. Ledwie musnął palcami przedmiot. Nie wyciągnął. Jak on szczerze nie znosił tego ohydztwa... — I ty w takim miejscu, Robert? — cmoknął, kręcąc głową, jak matka, która zobaczyła swojego synka sterczącego przed klubem porno. Zatrzymał się ledwie pięć kroków od Ryana. — Nie za kolorowo, jak na twoje klimaty?
Pies szczeknął.



Grupa: Policja.
Umiejętności:
# bokser;
# umiejętność posługiwania się bronią palną;
# lekkoatletyka (wygimnastykowany);
# talent plastyczny;
# drań jest szybki.



| Za wszelakie błędy stylistyczno-sensowne z góry mi wybaczcie, huh. |

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Wrz 25, 2013 9:41 pm

Zaskakujące, że nie musiał długo czekać. Oczywiście, pomijając fakt, że bynajmniej nie oczekiwał tego, że sprawy przybiorą taki obrót i to on stanie się ofiarą kradzieży w tym skupisku ludzi łasych na wzbogacenie się nawet w najmniej uczciwy sposób. Rzecz w tym, że w jego wypadku było zupełnie inaczej i to tylko dlatego, że nie wziął pod uwagę, że coś, co ledwie sięgało mu pasa mogło okazać się zagrożeniem. Bo nikt nie przypuszczałby, że pośród tej całej niezaufanej bandy, grabieżcą okaże się po prostu pies. Kundel. Stworzenie, które większość swojego czasu poświęcało na instynktownym działaniu lub durnym wykonywaniu sztuczek na polecenie właściciela. Właściciela, który w tym konkretnym wypadku powinien trzymać to bydlę na smyczy. Ludzie mogliby przestać zapominać o takich oczywistościach, bo efekty mogły być bardziej tragiczne w skutkach niż utrata przez kogoś czegoś o mało znaczącego.
Krótkie szturchnięcie w biodro, a później uczucie wysuwającej się z kieszeni własności. Chwilę później brzdęk zapalniczki, która upadła na ziemię, gdy przypadkiem wydostała się z kieszeni wraz z paczką smakowych papierosów. Ciemnowłosy ściągnął brwi i niemalże odruchowo zamachnął się ręką, usiłując złapać złodziejaszka, a – w tym wypadku – zakleszczyć psi pysk w uścisku palców. Ale czworonóg był znacznie szybszy, toteż opuszki ledwo otarły się o sierść zwierzęcia, a Ryan mógł już tylko obserwować, jak ta brązowa kupa futra znika pomiędzy ludźmi, jednak nie do końca. Łapska pieprzonego pchlarza (jak też nazwał go, w niezadowoleniu mamrocząc pod nosem z dymiącym papierosem w ustach) nadal przewijały się gdzieś pomiędzy przedchłodniami, widział je dokładniej, gdy tylko przykucnął, by zgarnąć z ziemi cenniejszą zgubę. Jeśli by się nad tym zastanowić, nie było najmniejszego sensu w tym, by rzucić się pomiędzy bawiących się obywateli i odpychać ich na bok łokciami, usprawiedliwiając się jakimś cholernym Burkiem, który zapieprzył mu paczkę fajek, po którą o wiele prościej było udać się na spokojnie do sklepu.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że nawet nie musiał tego robić.
Wyprostował się, a plecami ponownie przylgnął do filaru. Właściwie mimowolnie zerkał w kierunku, w którym przed momentem zniknęło psisko, choć raczej nie liczył na to, że minutę później dostrzeże je ponownie, jednak tym razem u boku kogoś o znajomej twarzy. Kogoś, kto będzie miał tupet podejść bliżej, pomimo tego, że jego pupil okazał się uciążliwym złodziejaszkiem. Swoją drogą policjantom nie wypadało uczyć swoich psów niewłaściwych sztuczek, hm?
„I ty w takim miejscu, Robert?”
Jaki pan, taki kram.
Strzepnął na ziemię popiół papierosa, przez moment nic sobie nie robiąc z obecności miejscowego gliniarza. Gilbert okazał się być równie nieokrzesany, co Shirow. Z drugiej strony nie spodziewał się po nim za wiele, co ostentacyjnie oznajmiał tym nieco pobłażliwym – ale wciąż z góry – sposobem patrzenia na niego. Nie zmieniało to faktu, że obecność czarnowłosego w pobliżu nieco utrudniała mu pewne sprawy. Pech chciał, że musiała zaszczycić go uwaga władz, jednak dopóki jego konto było czyste, nie miał się czego obawiać.
Na twoje nieszczęście... ― uciął na moment i uniósł brew, udając, że próbuje odnaleźć w pamięci imię chłopaka. Udając, bo doskonale pamiętał rozszczekanego detektywa, jednak on niekoniecznie musiał być tego świadomy. Nie minęło dużo czasu, nim z premedytacją uraczył czarnowłosego równie nietaktowną pomyłką: ― George. Przejawy Alzheimera w tak młodym wieku? To musi być kolejna problematyczna przypadłość w twoim zawodzie.
Nie musiał nawet ubierać słów w odpowiedni ton, by było jasnym, co miał na myśli, mówiąc „kolejny problem”. Nie zależało mu jednak na tym, by sprowokowany kundel zaszczekał jeszcze głośniej. I – nie – wcale nie chodziło mu o brunatnego kudłacza.
Nie słyszałem o ograniczeniach gustu, ale zdaje się, że sam też niekoniecznie tu pasujesz ― mruknął, jednak zaraz zerknął z ukosa na czworonoga. ― Chyba, że dorabiasz na czarno w najmniej podejrzanym towarzystwie. I całą reputację służbisty szlag trafił. Swoją drogą... ― wystawił rękę w jego stronę, definitywnie domagając się czegoś. W tym czasie ponownie zaciągnął się dymem. ― Nie sądzę, by były ci potrzebne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Wrz 25, 2013 10:13 pm

Chwila.
A było czyste?
Gilbert uniósł delikatnie ciemną brew, która zatonęła za falą mokrej grzywki. Jeszcze nie uspokoił oddechu, a już przyszło mu rozmawiać z kimś, na kogo w rzeczywistości wcale nie chciał natrafiać. Wciągnął zresztą powietrze przez usta, przetrzymał je chwilę w płucach, a później, z sykiem, wypuścił ponownie na zewnątrz, między solidnie zaciśniętymi zębami.
Na moje zakichane nieszczęście, co?
Jeszcze słowo czy dwa, a odstrzelę ci łeb i po nieszczęściu. Świat jest dla ciebie taki okrutny, co, Rob? Czy jak ci tam właściwie było. Mój błąd, że nie zapamiętałem kolejnego kretyna stawiającego czynny opór władzy. Na dobrą sprawę powinienem was sobie zapisywać w pamiętniku, bo zdarza mi się zapomnieć. Ale z pierwszą literą trafiłem, hm?
I zrobił to, czego zdecydowanie wszyscy nie znosili. Zlustrował go bezczelnym spojrzeniem. Od stóp, później wzdłuż nóg, zahaczył wzrokiem o brzuch skryty za warstwami ubrań, ku górze, ku górze, ocenił szyję, musnął policzek i ostatecznie zatrzymał się na szarych oczach. No tak. Jak mógłby nie pamiętać tego kpiarskiego spojrzenia na świat? Nawet on, pomimo tego, że sięgał ludziom ledwo ramienia, a i tak nie uginał się pod ciężarem ich wzrostu, teraz poczuł się zgoła zbyt mały. A to było uczucie nieznośne, którego nie potrafi wytrzymać. Sama wygórowana pewność siebie wydawała się Gilbertowi nie na miejscu. Tu ludzie przyszli, aby się bawić, a nie lać po mordach.
Shirow wcisnął łeb pod rękę właściciela.
Błąd, Gilbie, błąd. Tutaj to tylko kwestia czasu, aż jeden drugiemu zechce zaprezentować moc swojej pięści. To ledwie chwila, aż rozpocznie się istny armagedon, a ty, jako teoretyczny glina, będziesz musiał coś zrobić. Bo tak po prostu wypada, gdy pcha się na tak niewdzięczny zawód. Kto mógł jednak wiedzieć, że chęć dorównania Sherlockowi, ba!, sama chęć zabawy w kogoś, kto rozwiązuje zagadki innych ludzi, może okazać się większym problemem, niż frajdą. Dla osób pokroju Wilczego było to jednak zgoła inne spojrzenie na sprawę. On się naprawdę wyśmienicie bawił, gdy nakładano mu kolejne kilogramy obowiązków, gdy musiał cichcem przedostać się przed wejściem do mafijnej organizacji, gdy całkowicie przypadkiem znalazł się w samym centrum gorszących człowieka wydarzeń i zmuszony był do interwencji. No? Kto by właściwie pomyślał, że zwykły detektyw, kojarzony z fajką i dziwnym kapeluszem w kratę, w istocie często robi za czystokrwistego policjanta?
Widzę, że niewiele o nas wiesz. Na dobrą sprawę nie jestem pewien, czy zdajesz sobie sprawę z czegokolwiek, co nie dotyczy twojej dupy. Pewnie nie chciałbyś usłyszeć tego, co miałbym ci do powiedzenia, jeśli chodzi o moją reputację służbisty i... weź mi nie wymachuj tutaj tą łapą, bo się zdziwię — mruknął, ostatnie słowo wypowiadając z taką miną, jakby znalazł coś rosnącego pod zlewem.
Fakt, że nie miał najmniejszego zamiaru oddawać chłopakowi paczki śmiercionośnych papierosów, był chyba oczywisty. Gilbert miał to do siebie, że jak coś wpadło mu już w łapki, to wyleźć nie chciało zbyt prędko. Z jednej strony cecha bardzo pożądana, szczególnie gdy włazi się z butami w profesję pokroju glin. Z drugiej jednak mogło przysporzyć (i przysporzyło) problemów. Już właściwie tylko czekał, aż kolejna osoba uczepi się go o kolejne nic nie znaczące szczegóły.
I na co to komu? Przecież on poniekąd ratował mu życie, nie? Ryan powinien być mu wdzięczny, ha!, powinien wysyłać mu listy z podziękowaniami i w ogóle, w końcu dzięki Salvatore'owi nie zaśmieci płuc papierosowym dymem i być może przedłuży swoje życie o trzy sekundy?
„Nie sądzę, by były ci potrzebne”.
Tobie też niespecjalnie, co? Poza tym, gówno mnie obchodzi co sądzisz w tej chwili. Lepiej byłoby, gdybyś następnym razem był taki wyszczekany po drugiej stronie stołu, z lampką walącą po oczach. No, ale co tam. Przecież jesteś tu, żeby się bawić, nie? — W tym momencie uniósł dłoń i wycelował kciukiem za siebie, wprost w tłum roztańczonego bydła. — Po co tu przyszedłeś, jak nie po chwilę rozluźnienia? Bo nie powiesz mi chyba, że przyszedłeś tutaj po... nic? Bez sensu. Jakiś cel musiałeś mieć — prychnął, jakby sam już odpowiedział sobie na zadane pytanie. Zresztą, obstawiał opcję, że Ryan przydreptał tutaj, nie wiedząc nawet dlaczego. I to postawiłoby go w jeszcze gorszym świetle. Bynajmniej według Gilberta, który od jakiegoś czasu uczepił się go jak rzep psiego ogona (swoją drogą: debilne porównanie).
Co było w tym najgorsze?
Że on sam właściwie nie wiedział, co ma do tego, wołającego o pomstę do nieba, barmana. Przecież to zwykły, wypacykowany dupek. To zwykły, wypacykowany dupek, którym nie powinien się przejmować. Absolutnie i kategorycznie nie.
My tylko martwimy się o twoje zdrowie. Martwimy się, co nie, Shirow?
Psu wyrwało się z gardła stłumione mruknięcie.
Skłamał?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Czw Wrz 26, 2013 12:12 am

Skoro Ryan był dla niego aż tak uciążliwy, a rozmowa z nim budziła niechęć, to dlaczego w ogóle postanowił w ogóle ją rozpoczynać? Wina w żadnym wypadku nie leżała po stronie ciemnowłosego. Mógł do reszty zająć się sobą i na pewno nie przysporzyłby detektywowi problemów, a przynajmniej starałby się, żeby ten nie zauważył potencjalnego sprawcy. Właściwie wszystko wskazywało na to, że to pchlarzowi coś nie odpowiadało. W tej chwili żałował, że obok nie było jego wilczura, który na powarkiwania i pomruki Burka zapewne miałby też swoje do powiedzenia w odwecie za niewłaściwie traktowanie swojego właściciela. Tak czy inaczej – chłopakowi czasem trudno było pojąć tę logikę. Zapewne dlatego, że w obecnym postępowaniu czarnowłosego po prostu jej zabrakło.
Nie to, żeby Cowell był pozytywnie nastawiony do ich kolejnego spotkania. Nic dziwnego, skoro ten kurduplowaty stróż prawa zwykle wtykał nos w sprawy mniejszej wagi, zamiast zająć się tymi priorytetowymi, które miały odwracać uwagę od tego, czego nie należało drążyć. Koniec końców na każdego można było znaleźć jakiś sposób.
Widzę, że od zeszłego razu agresji ci nie ubyło. A szkoda, bo może przypomniałbyś sobie, że dla niektórych kretynów opór jest kwestią tego, że nie uznają odznaki za otwartą bramkę dla okładania przesłuchiwanych. Przesłuchiwanych świadków ― położył nacisk na ostatnim zdaniu, które miało wytknąć mu ten radykalny błąd. Nie spodziewał się chyba, że każdy będzie kulił przed nim ogon? ― Widocznie kiepsko odnajdywałem się w roli poszkodowanego ― mruknął i ostatni raz zaciągnął się dymem, który wypuszczony po chwili z ust rozmył się w powietrzu. Częściowo niedopalony papieros wylądował na ziemi i zaraz został zduszony podeszwą ciężkiego buciora. ― Gramy w wisielca? Ty tu jesteś detektywem. Zaskocz mnie ― wzruszył lekceważąco barkami.
Znalezienie się pod ostrzałem niechcianego spojrzenia nie zrobiło na nim większego wrażenia. Być może dlatego, że miał do czynienia z panem władzą? Podejrzliwość była dla nich całkiem naturalną cechą, choć zapewne o wiele lepiej czułby się, gdyby spojrzenie różnokolorowych tęczówek od razu zawisło na jego twarzy, a nie doszukiwało się czegoś, co miało na celu zrobienie z niego terrorysty, który uznał, że nudy można było pozbyć się już tylko za pomocą wysadzenia całej promenady przepełnionej ludźmi. Wypuścił powietrze ustami ze zrezygnowaniem i na chwilę wzniósł spojrzenie ponad głowę Salvatore'a, by ze znużeniem ocenić sytuację dookoła. Nic się nie zmieniało. Poza tym, że w ciągu tych kilku minut zaczęły przewijać się tu nowe twarze, a część tych, które widział wcześniej zniknęły, udając się na dalsze oględziny festynowych stoisk.
Paczki w ręku, jak nie było, tak dalej jej nie miał. Za to komuś, jak zwykle nie chciała zamknąć się jadaczka. Gilbert czasem wręcz prosił się o to, by raz jeszcze zatkać mu ją pięścią. Może właśnie o to mu chodziło? Może był jednym z tych, którzy lubili obrywać dla własnej przyjemności? Nieważne. Tym razem większe zamieszanie było zbędne. Choć bez wątpienia szykowało się niejedno mordobicie. Ciemnowłosy właśnie na to liczył – na coś, co sprawiłoby, że psiarz szybko straciłby zainteresowanie, poświęcając się heroicznej interwencji, o której pewnie nie napisano by w gazetach, ale przynajmniej przyniosłaby osobistą satysfakcję. Satysfakcję, której także nie pojmował.
I wszystko tylko dlatego, że nie zaczepiam przypadkowych ludzi i nie wychodzę na wścibskiego dupka? ― uniósł brwi w niemej imitacji zdziwienia, która zniknęła z jego twarzy równie szybko, co się tam pojawiła, pozostawiając po sobie jedynie chłodną obojętność. ― Jedyne, co widzę to to, że wolicie uganiać się za kimś, kto krzywo na was spojrzy, a biedna pani ze stoiska obok nadal głowi się nad tym, kto uciekł z częścią jej dobytku. Oczywiście, skoro jest to coś, z czego powinniśmy brać przykład, zapewne już dawno miałbyś przesrane. Powiedz, Gilbert. Aż tak bardzo nie lubisz, gdy ktoś czasem robi ci pod górkę? ― po tych słowach opuścił rękę. Nie oznaczało to, że darował sobie próby odzyskania swojej zguby. Skoro plan A się nie powiódł, należało przejść do planu B.
Ale jeszcze nie teraz.
Fakt. Z tą różnicą, że ja jeszcze mogę je spożytkować. I widzę, że jesteś święcie przekonany o tym, że w końcu tam trafię ― westchnął teatralnie i pokręcił głową z politowaniem. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że równie dobrze mógł zgarnąć go za każdą wyssaną z palca bujdę, jednak nawet w oczach Takanoriego wychodził na kogoś, kto nie zrobiłby niczego, dopóki nie byłby pewien swego. Młodzieniec odruchowo zerknął w kierunku tłumu, do którego definitywnie nie pasował, co nie wykluczało tego, że miał pełne prawo tu być i czerpać przyjemność ze zdarzenia na swój własny sposób.
Z tym, że wcale nie wyglądał na zadowolonego.
No pewnie, że nie. Moim hobby jest podpieranie ścian, panie władzo. W takich chwilach najłatwiej obmyśla się plany zamachu stanu ― mruknął. Nie obyło się bez sarkazmu. Nie ma co kryć – dociekliwość była tu kompletnie nie na miejscu. ― A jeśli tak bardzo cię to interesuje – gram ― rzucił, jednak nie czuł się w obowiązku sprecyzowania swojej wypowiedzi. Kłamstwem na pewno nie była. ― A ty? Stęskniłeś się za moim widokiem czy jednak przyszedłeś tu nasyłać psa na cudze kieszenie? A może jednak sam poszukujesz rozrywki? Niestety nie jestem pewien czy mogę ci ją zapewnić, także lepiej rozejrzyj się dokładniej ― wskazał podbródkiem w kierunku tłumu, a zaraz po tym odbił się od filaru z zamiarem minięcia czarnowłosego.
„My tylko martwimy się o twoje zdrowie.”
Aż poczułem się kochany ― zabrakło tu tylko choćby odrobiny radości. ― Wolałbym jednak, abyście ze zmartwieniami poczekali aż zacznę wypluwać sobie płuca ― i w tym momencie chłodna ręka chłopaka wsunęła się do kieszeni detektywa. Jak już wspomniano – nie miał zamiaru puszczać tego płazem. Skoro Gilbert uparcie chciał dorobić się chodzącego problemu, który nie ugnie karku, by przeprosić za swoje bezczelne zachowanie, to był na dobrej drodze ku temu.
I to był ten cholerny plan B?
Pewnie. A ciemnowłosy z premedytacją przycisnął palce do jego brzucha, jeszcze zanim pewnie pochwycił w rękę swoją własność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gilbert
Przybysz

avatar

Liczba postów : 38
Dołączył : 03/09/2013

Godność : Raymond `Gilbert` Salvatore.
Wiek : dwadzieścia cztery lata na karku.
Zawód : wyszczekany, młody detektyw.
Orientacja : wymuszony aseksualizm. W rzeczywistości uczepił się jednego skurwiela.
Wzrost i waga : 158 centymetrów, na anorektyczne 38 kilogramów. Problem?
Znaki szczególne : heterochromia (lewe oko czerwone, prawe niebieskie); niebieskie pasemka; gówniarskie zachowanie; wzruszający wzrost dzieciaka z gimnazjum.
Aktualny ubiór : + czarna bluza z kapturem.
Ekwipunek : nosi ze sobą całą szafę, bo jest złośliwy, he. A na poważnie: w tylnej kieszeni spodni trzyma prehistoryczny telefon komórkowy (odpalany metodom znanym chyba tylko Gilbertowi); dodatkowo po lewej stronie paska, przymocowana kabura z bronią. Mini notesik (właściwie rozmemłane do granic możliwości kartki, które wcześniej znalazły się między zębami kundla) oraz ledwo dychający długopis.
Obrażenia : zadrapania na ramionach, przedramionach, rękach, brzuchu i karku. Na policzku cienka linia rany po nożu, na drugim fioletowy siniak. Psychika mu siada.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Czw Wrz 26, 2013 7:24 pm

I? — rzucił lekkodusznie, wysłuchawszy jakże ciekawej lekcji, dotyczącej zasad mordobicia. Tak, oczywiście. Zapamiętaj Gilbercie! Ani się waż przykładać pięści do świadków, bo jeszcze — łojej łojejku — ci oddadzą! Też mi Kolumb się znalazł, pieprzoną Amerykę odkrył. Jakby nie spodziewał się rewanżu, zapewne w ogóle nie sięgałby po takie metody. Na co komu pikanteria, gdy tworzy ją tylko jedna ze stron? O to w tym wszystkim właśnie chodziło. O szczyptę zabawy, taką wisienkę ekscytacji na torcie. Żeby ją otrzymać, trzeba było zrobić coś więcej, niż przerzucić się na bycie uroczym pacyfistą z białą flagą z łapce. Dlatego Gilbert nie zważał nigdy na to, co mówili inni, robił to, co lubił i chciał robić. — Lepiej ci? I od kiedy jesteś taka delikatna, księżniczko?
Tu machinalnie poruszył ręką, dosłownie, jakby za sekundę miał zamiar zgiąć się w pokłonie. Ani mu się jednak śniło wykonywać podobne gesty. Może i był momentami totalnym idiotą, ale brak mu tego luzu, który pojawiał się u innych. Jak na kogoś z taką aparycją i gniewnym temperamentem, był strasznie poważny i ponury. Kto by pomyślał, że nie wszystkie psy tylko machają ogonami?
Daj spokój, nie nadinterpretuj mojej wypowiedzi. Gdzie niby powiedziałem, że masz się rzucać na szyję każdemu napotkanemu, hmm? Chodzi raczej o to, abyś... a zresztą. Po pal licho miałbym ci się niby tłumaczyć? Ty i tak wiesz swoje. Nie... ty i tak myślisz, że wiesz. Z takimi nigdy nie idzie się dogadać — westchnął na zakończenie.
I o co ta cała szopka? Ot, Gilbert to stworzenie takie, siakie i owakie, które nie potrafiło znieść gderania na jego temat, bez potrzebnej ku temu wiedzy. Wystarczyłoby przecież odrobinę się zastanowić: po kiego grzyba glina na takiej imprezie? Salvatore odpowiedziałby, że dla bezpieczeństwa, dla ewentualnej interwencji. Takanori sądzi, że glina w cywilu to już nie glina i jedyne czego można się było spodziewać po tym kurduplu z piekła rodem, to jakiejś lewej pracy, na której mógłby dorobić.
Po czym to niby wnioskował?
Kto jak kto, ale Gilbert był najsumienniejszym i najbardziej wkurwiającym detektywem na jakiego można się było napatoczyć. Wiecznie gdzieś niuchał, coś sprawdzał, oceniał, trochę pomarudził, posklejał fakty, przespał się z jakimiś wydarzeniami. Czyli robił dokładnie to, co wszyscy w jego zawodzie, ale z o wiele większym zaangażowaniem. Takich to ze świecą szukać! (…) A i tak narzekali.
Huh? — wyrwało mu się nagle, gdy kolejne słowa dotarły do uszu. — Ja ci tylko wyświadczam przysługę. Po co te gorzkie słowa? I jaka biedna pani? Jaki dobytek? Kontaktujesz? Ile palców widzisz? — Brew drgnęła z irytacji. Nie. Gilbert nie był na miejscu zdarzenia, gdy coś podobnego miało miejsce. Nie słyszał, nie widział, zarobiony być.
„Gram”.
Ahaaa... grał...
Wierz mi, że nie możesz mi jej zapewnić — warknął pod nosem. Był zmęczony i zdrętwiały. Ot, od zimna, od siedzenia w taksówce... od patrzenia na Takanoriego. Najchętniej wsunąłby się teraz pod miękki materiał kołdry, zanurzył twarz w poduszce i uciął sobie krótką drzemkę na pięć czy siedem minut. Tak byłoby najlepiej. Dla niego, dla mózgu, dla całego zakichanego wszechświata.
„Aż poczułem się kochany”.
Oh, no chociaż ty GDZIE Z TĄ ŁAPĄ DO JASNEJ ANIELI?
Gilbertowi z gardła wyrwało się zdławione jęknięcie, mające tyle z jęknięciem wspólnego co kruk ma do krowy. Choć to niemożliwe, zawarczał niczym rozjuszone zwierzę. A może to tylko Shirow ostrzegł Takanoriego przed samym sobą?
Chaps.
Szczupłe palce zacisnęły się mocno na nadgarstku Nishimury, wbijając się paznokciami w jego skórę. Po dwukolorowych oczach przesunął się błysk niezastąpionego zdenerwowania.
Nikt cię nie nauczył, że łap nie wsadza się w paszczę wilka? — wycedził przez zaciśnięte mocno zęby. — Było poprosić. Nie jestem złodziejem, przecież bym ci oddał, nie?
W tym momencie, jakby już od niechcenia, puścił nadgarstek ciemnowosego i o pół kroku odsunął się w tył, dając mu jasne (bądź nie) zezwolenie na — już zaczęte zresztą — „mijanie go”. No dalej, wasza wysokość. Droga wolna.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
√2
Nieobliczalny

avatar

Liczba postów : 14
Dołączył : 18/09/2013

Godność : √2
Wzrost i waga : 180 cm | 70 kg
Znaki szczególne : Publicznie nie pojawia się bez białej maski na twarzy. Stara się nie pokazywać więcej skóry, niż jest to konieczne, na dłoniach ma skórzane, czarne rękawiczki.
Aktualny ubiór : Czarne, skórzane spodnie, solidne buty, czarna koszula zapięta pod szyję, obszerna czarna bluza z kapturem, maska, rękawiczki.
Ekwipunek : Nóż sprężynowy, Glock, dwa smartphony, klucze, portfel.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Nie Paź 06, 2013 10:20 am

Dziewczyna była najwidoczniej zbyt osłupiona lub nierozgarnięta, by zareagować. Trudno. √2 bez żenady wyjął jej delikatnie talię z rąk i samemu zręcznie ją przetasował. Kolory migały naprzemiennie, tak szybko, że nie dało się wypatrzeć żadnej konkretnej karty. √2 znowu podrzucił talię w powietrze i zręcznie złapał, zarazem drugą ręką wyciągając telefon.
Jego palce zręcznie prześlizgiwały się po klawiaturze, gdy pisał kolejną wiadomość. Deszcz zacinał teraz pod kątem, tak, że ciężkie krople roztrzaskiwały się prosto na bladej masce. Czarną kurtkę z kapturem miał niemal doszczętnie przemoczoną, woda skapywała ze skrajów materiału, ale nie miało to znaczenia. Wreszcie coś zaczyna się dziać.
Wreszcie.
Panna Mey Kjellberg, nieprawdaż? - widniało na ekranie, który podsunął prosto pod nos dziewczynki. Ciekłokrystaliczny ekran rzucił poświatę na jej drobną, bladą twarz. √2 uśmiechnął się pod nosem. Nie było mowy o pomyłce.
W końcu to on jej szukał.
Chciałabyś zobaczyć jeszcze jakąś sztuczkę?

***

W tym momencie kilka rzeczy stało się równocześnie. √2 uniósł dłoń na wysokość uszu i uczynił niemal niedostrzegalny gest, tak jakby chciał po prostu poprawić sobie kaptur. Przechodząca tuż obok dziewczyna nagle pisnęła przeraźliwie i odskoczyła do tyłu, blednąc.
- Zboczeniec! – wrzasnęła, wpatrując się prosto w twarz Askela. – Pomacał mnie po pupie! Zboczeniec!
Donośne klaśnięcie skomponowało się z dźwiękami deszczu. Dziewczyna strzeliła Askelowi w twarz, a potem sięgnęła do kieszeni, głośno mamrocząc o tym, że dzwoni „teraz, już, natychmiast” po policję. Najwidoczniej szukała telefonu.
- Nie mam komórki… - powiedziała nagle i zmrużyła oczy. – On mi ukradł telefon!
Podstawy fizyki – większe cząstki wytwarzają większe pole grawitacyjne, wobec czego wokół większego skupiska samoistnie zbierają się przyciągane drobiny, włączając się w całość układu. Innymi słowy, im stojąca grupka robi się większa, tym większe zainteresowanie ściąga. Już po chwili dziewczyna narobiła tyle rabanu, że otoczyło ich całe mnóstwo osób. Wrzeszcząca różowowłosa, ekscentrycznie ubrana i umalowana dziewoja celowała upierścienionym, uzbrojonym w tipsa paznokciem w Askela, nakazując mu natychmiast oddać telefon.
W całym zamieszaniu nikt nie zauważył, że √2 dyskretnie stanął za Mey i wyciągnął telefon, by napisać jeszcze jedną wiadomość. Tym razem jednak wybrał kontakt z listy.
„Cas”.
To ona. Robimy to.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Cas
Paser

avatar

Liczba postów : 53
Dołączył : 17/09/2013

FUNKCJA : Mistrz Gry.
Godność : Casimir Meier.
Wiek : 25.
Zawód : Paser.
Wzrost i waga : 166 cm, 55 kg.
Znaki szczególne : Niski, chudy jak badyl i jakiś taki wypłowiały; ukruszone zęby: górna dwójka i kawałek jedynki; śmierdzi trochę (najczęściej potem, alkoholem i kiepskim tytoniem).
Aktualny ubiór : Buty na płaskiej podeszwie, znoszone spodnie, gładka koszulka, cienka bluza z kapturem i rozpięta kurtka, wszystko w odcieniach spranej czerni.
Ekwipunek : Telefon, klucze, jakieś drobne, składany nóż.
Multikonta : Mel, Red, Alexis.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Nie Paź 06, 2013 11:00 am

Nic mu się w tym planie nie podobało, nic a nic. Ani sam pomysł, kompletnie poroniony, z konsekwencjami porażki zupełnie niewspółmiernymi do korzyści z sukcesu (w którego możliwość tak w ogóle silnie powątpiewał); ani okoliczności, w których przyszło mu go realizować, czyli nieprzyzwoicie zatłoczona z okazji festynu plaża (mistrzowska, kurwa, dyskrecja); ani pogoda, która wprawdzie nie komplikowała spraw aż tak, ale była mimo to nad wyraz ohydna. W zasadzie, gdyby nie sama osoba √2 i jego niebywałe umiejętności perswazji, nijak nie dałby się do tego przekonać i wciąż siedziałby w swoim ciepłym, suchym pokoju... A przynajmniej tak sobie myślał, stojąc pod daszkiem z dłońmi wciśniętymi w kieszenie kurtki, zmarznięty, wkurwiony, klnąc pod nosem w żywy kamień siebie, Pierwiastka i całą tę idiotyczną sytuację. Niby wszystko nie tak — ale jednak była w głębi jego klatki piersiowej jakaś iskra ekscytacji, jakiś ścisk w żołądku, kiedy tak przyglądał się dziewczynie i jej osobliwemu towarzyszowi, od których przezornie ustawił się w odległości dokładnie takiej, żeby widzieć ich wyraźnie, ale samemu niezbyt rzucać się w oczy. Czekał w milczeniu, w bezruchu, w napięciu, z lewą dłonią zaciśniętą na strzykawce pełnej załatwionego na lewo diazepamu (na wszelki wypadek), prawą na telefonie; mało nie dostał zawału, kiedy wyczuł pod palcami wibracje. Przeczytał smsa, lekko drżącą ręką odpisał zwięźle — Idę. — wcisnął telefon z powrotem do kieszeni, przełknął zalegającą w gardle gulę i żwawym krokiem ruszył w ich stronę. Zgrabnie przedostał się przez powstałe dookoła Askela i Polly (wspaniała Polly; zginęliby bez niej obydwaj, jak nic) zbiegowisko i zbliżył się do Pierwiastka i Mey. Przystanął koło jakiejś pogrążonej w rozmowie grupki nieopodal, dosłownie kilkanaście kroków od nich, i czekał, wlepiwszy w nich przenikliwe spojrzenie.

_________________
you'll be a man, boy
but for now it's time to run, it's time to run


Ostatnio zmieniony przez Cas dnia Nie Paź 06, 2013 3:40 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Promenada.   Nie Paź 06, 2013 12:53 pm

- No naprawdę! Taki strasznie, strasznie, kompletnie uroczy! Panicz pewnie jest jakimś aniołem, prawda? - Z każdą kolejną chwilą ogarniał ją coraz większy zachwyt, któremu jednocześnie towarzyszył narastający niepokój. Było wręcz zbyt głośno i tłoczno, nawet jak na jej gust i nerwy, które znosiły wiele.
Jednak coś odwróciło jej uwagę od wszystkiego innego. Wyświetlacz, ukazujący kolejne słowa, które normalny człowiek by wypowiedział. Ale nawet ona dała radę zauważyć, że Pierwiastek nie odznaczał się tymi cechami, które charakteryzują "normalnych". Wręcz przeciwnie. Dlatego też nie zdziwiła się za specjalnie, kiedy okazało się, iż zna jej nazwisko (no okej, w żadnym przypadku by się nie zdziwiła), toteż kiwnęła jedynie głową w odpowiedzi, niezrażona jego podejrzanym zachowaniem i aparycją. Uchyliła nawet lekko czoła, dygnąwszy przed nim z gracją księżniczki, niemal nie wywracając się, kiedy usłyszała drażniący słuch krzyk, tuż obok jej uszu.
"Zboczeniec!"
Że kto?
Spojrzenie mimo woli powędrowało na twarz dziewczęcia, tuż po tym przenosząc się na cel, w który wwiercało ono wzrok. Askel? Przecież to...
- Ale ten Panicz nie byłby do tego zdolny, prze panienki! On jest dobry! Dooobry!
"On mi ukradł telefon!"
- Tego to już w ogóle by nie zrobił! - Wyjęczała żałośnie, starając się za wszelką cenę obronić, tak na dobrą sprawę nieznajomego, młodzieńca. I choć miała ochotę wykłócać się z dziwacznym plastikiem, znów skupiła uwagę na Pierwiastku, czy może raczej na miejscu, w którym przed chwilą stał. Rozejrzała się wokoło siebie, wreszcie natrafiając na jego tw... maskę.
- O. Tutaj Pan jest~! Więc... czego Pan ode mnie potrzebuje? - Spytała z promiennym uśmiechem na mordce, przechylając nieco łepek.
Powrót do góry Go down
Takanori
Przywódca

avatar

Liczba postów : 1103
Dołączył : 27/08/2013

FUNKCJA : Administracyjny Skurwiel.
Godność : Z urodzenia Takanori Nishimura, jednak wszystkie dokumenty wskazują na to, że nazywa się Ryan Cowell.
Wiek : Liczy sobie dwadzieścia lat, choć zapewne niejeden ująłby mu z dwie wiosny.
Zawód : Przede wszystkim despota z licencją na skurwysyństwo. Poza tym włamywacz, złodziej, zabójca, kłamca, a od biedy porobi za młodego barmana i muzyka w klubie.
Orientacja : Skłonność do aseksualizmu ze słabością do niższych od siebie chłopców.
Wzrost i waga : 174 cm | 59 kilogramów.
Znaki szczególne : Spaczenie emocjonalne. Srebrne tęczówki oczu. Znaki w kanie wytatuowane wzdłuż linii kręgosłupa; duża blizna przecinająca klatkę piersiową. Kilka kolczyków w prawym uchu, a w lewym jeden.
Aktualny ubiór : Z Gilbertem: Zwykły, biały i nieco przyszeroki podkoszulek; luźna, cienka, jasnoszara, rozpięta bluza z kapturem i z podciągniętymi pod łokcie rękawami; czarna, skórzana kurtka; szare, poprzecierane jeansy, podtrzymywane na biodrach czarnym, ćwiekowanym paskiem; na nogach czarne trampki; na lewym nadgarstku przewiązana biała bandana z czarnymi wzorkami; na szyi zawieszone srebrne nieśmiertelniki.
Ekwipunek : Zapalniczka benzynowa, paczka czekoladowych papierosów, nóż sprężynowy, portfel i telefon komórkowy.
Obrażenia : Rozcięty lewy policzek.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Nie Paź 06, 2013 7:59 pm

Taka zależność działa w obie strony – gdyby Takanori nie zdawał sobie sprawy z tego, że uda mu się wyprowadzić detektywa z równowagi, od razu podałby im wszystkie informacje na tacy. Szkopuł tkwił w tym, że taka kolej rzeczy i dla niego była nudna, choć nie wyglądał na kogoś uganiającego się za rozrywką. Znał po prostu inną jej definicję, która wiązała się z uprzykrzaniem życia władzom i osobom, które twierdziły, że mogą wszystko i jeszcze więcej. Było w tym coś z hipokryzji, bowiem zwykle zwalczał ogień ogniem, ale nie zdarzyło się, by ktokolwiek mu to wypomniał. W akcie poirytowania zapomina się o pewnych detalach.
Wzruszył ramionami.
Znaczna część jego uroku osobistego opierała się na tym, że osiemdziesiąt pięć procent wszystkich spraw nie była dla niego warta niczego poza milczeniem. Czy czuł się lepiej? Ani trochę i nic w tym dziwnego, skoro absolutnie nie dążył do polepszenia sobie nastroju. Trudno o skakanie z radości, gdy po raz kolejny stawało się twarzą w twarz ze szczekliwym kurduplem, który najwyraźniej przegapił fakt tego, że sam to zaczął. Z drugiej strony nikt nie powiedział, że do ciemnowłosego należało zakończenie tego.
Żebym zaczął oceniać innych dopiero po bliższym przyjrzeniu się im. Zgaduję, że to chciałeś powiedzieć. I skoro tak trudno się ze mną dogadać, dlaczego uparcie siedzisz mi na ogonie? ― przekrzywił głowę na bok. Mógł spodziewać się odpowiedzi, która ściśle powiązana była z zawodem Rayomonda, ale z drugiej strony każdy przyznałby, że to tylko syzyfowa praca. Bezcelowe doszukiwanie się dziury w całym, gdy dotychczas nie pozostawiono mu nic poza tym zakrzywionym podejściem do świata młodzieńca, którego tak usilnie chciał postawić w sytuacji podbramkowej. Cóż, Ryan powinien przyzwyczaić się do tego, że nie wszyscy potrafili pogodzić się z tym, że coś im nie wychodziło. Ale czy na pewno? Czasem rozwiązanie znajdowało się tuż przed nosem, ale nie miało to znaczenia, gdy nikt inny nie chciał w to uwierzyć.
Ale istniała też druga opcja...
Salvatore właśnie robił coś wbrew samemu sobie. Jak ten cholerny masochista, który pakuje się w bagno, zdając sobie sprawę, że to może go pochłonąć. Właściwie to, że mogła stać mu się krzywda zachęcało go jeszcze bardziej. Zero przejawów zdrowego rozsądku.
„Kontaktujesz? Ile palców widzisz?”
Co ja tu jeszcze robię?
Potarł kark dłonią i przymrużył oczy, obarczając czarnowłosego odrobinę karcącym spojrzeniem. Nawet nie ukrywał faktu, że czuł się, jakby właśnie przebywał w towarzystwie niesfornego dzieciaka, który nie rozumie, co ma się mu do przekazania. Ale pod tym względem byli podobni. Oboje mieli swoje zdanie, swoje racje, a przez to jeszcze trudniej było im dojść do konsensusu. Zresztą było to z grubsza niemożliwe, biorąc pod uwagę, że światy, w których żyli diametralnie się różniły i w gruncie rzeczy toczyły ze sobą zaciętą walkę. Jak drapieżnik z ofiarą, choć nikt jeszcze nie doszedł do tego, kto jaką rolę odgrywał.
Doprawdy? Za to ty mógłbyś mi dostarczyć jej całkiem sporo ― i tym razem to on zmierzył go bezwstydnym spojrzeniem od głowy do stóp i z powrotem. Nie miał przy tym żadnych skrupułów. Jak zwykle zresztą. Aluzja była o tyle jasna, że nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, o co chodziło. Z drugiej strony szarooki definitywnie droczył się z panem władzą, choć jednocześnie bywał o tyle nieprzewidywalny, że równie dobrze w którymś momencie mógłby zadziwić go bezpośredniością. Czy rzeczywiście uważał, że gliniarz w cywilu to nie gliniarz? Nie. I to sprawiało, że robienie czegoś, na co niewielu miałoby odwagę się zdobyć stawało się bardziej atrakcyjne. Nawet, gdy przynosiło szkody.
Ale tym razem nie było tak źle, co?
Nie skrzywił się, gdy paznokcie Gilberta wgryzły mu się w skórę. Srebrzyste tęczówki ze spokojem zmierzyły się z poirytowanym spojrzeniem przeciwnika. Już i tak nie mógł uniknąć łukowatych śladów na skórze, które jeszcze przez kilka następnych minut miały odzywać się nieprzyjemnym bólem. Ale jeszcze znośnym. Gdy pytanie padło z ust czarnowłosego, z wysiłkiem powstrzymał się od zadaniem podobnego pytania. Paszcza wilka... Idealne porównanie.
Cenna rada. Tak czy inaczej nie czuję się w obowiązku prosić o coś, co należy do mnie. Poza tym nie wyglądasz na godnego zaufania ― skwitował i w momencie, gdy uścisk zelżał, a chłopak odsunął się, Nishimura wysunął paczkę papierosów z jego kieszeni, po czym umieścił je w swojej kieszeni. Tam, gdzie znajdowało się ich prawowite miejsce. Ale zakończenie nie było tak przyjemne, jak mogłoby się wydawać. Właściwie można powiedzieć, że finał jeszcze nie nadszedł. Oczywiście, już w tym momencie Cowell powinien ruszyć dalej, jednak w przeciągu kilku sekund, które zmusiły go do całkowicie odruchowej reakcji, wyciągnął rękę i zdecydowanie zacisnął ją na przedramieniu detektywa, po czym odsunął się w bok pociągając go za sobą. Nim jeszcze zdołałby spytać o co w ogóle chodziło z tą nagłą potrzebą bliskości, za jego plecami rozległ się huk czegoś ciężkiego i trzask rozbijającego się szkła. Ale – jak się okazało – opasły, co najmniej trzy razy szerszy od czarnowłosego pijak, który właśnie walał się na ziemi nie był tym, kto przykuł niezadowolone spojrzenie ciemnowłosego, nieświadomie nadal zaciskającego palce na ręce policjanta. Krzyki dookoła były czymś zupełnie naturalnym, więc pochłonięci zabawą uczestnicy festynu nawet nie raczyli zwrócić uwagi na niewielkie zamieszanie.
Cowell...
To nie z ust średniego wzrostu, zielonookiego rudzielca padło nazwisko ciemnowłosego. Znajmy mu głos dobiegł z zupełnie innej strony. Chwilę później plecy zapulsowały tępym bólem, gdy zderzyły się z filarem, o który wcześniej się opierał. Tym razem jednak został do tego zmuszony. Na całe szczęście w momencie szarpnięcia, zdążył puścić Raymonda, a teraz miał przed sobą jedynie usatysfakcjonowaną twarz niewiele wyższego od siebie, niebieskookiego chłopaka o krótkich, blond włosach i krzywym – najpewniej od uprzedniego złamania – nosie. Wyglądał, jak jeden z tych nieudolnych gangsterów rodem z miejskich bloków, którzy twierdzili, że mogą zrobić sobie wroga z każdego, kto podpadnie im chociażby za sprawą durnej drobnostki. Zatem dociekanie tego, co właściwie im zrobił dotyczyło zapewne czegoś, co nie miało większego sensu, jak to w przypadku dzieciaków, którym się nudziło.
Z tym, że te dzieciaki nie obrały sobie za cel jedynie Nishimury. Gilbert także nie uniknął uwagi z ich strony, skoro już spotkali go w towarzystwie ciemnowłosego. Wcześniej wspomniany rudzielec i wysoki, chudy też czarnowłosy chłopak o podkrążonych, piwnych oczach, sami z siebie przytrzymali policjanta, nie zdając sobie nawet sprawy z jego pozycji. To okazało się być pewnym wnioskiem po tym, jak jeden z nich w pierwszej chwili w niemej groźbie przyłożył coś zimnego do szyi Salvatore'a. Rzecz jasna pierwszym, co nasuwało się na myśl było ostrze, a polecenie, żeby się nie ruszał tylko utwierdzało w przekonaniu, że wniosek ten nie mijał się z prawdą.
Widzę, że masz tupet, skoro znów każesz mi oglądać swoją gębę ― prychnął, zaciskając palce na bluzie Ryana, by zaraz przycisnąć go mocniej do filaru. ― Myślałem, że wyraziłem się wystarczająco jasno. Miałeś. Tu. Nie. Przychodzić.
Wydaje mi się, że odmowa była dobitniejsza ― mruknął, ściągając brwi. ― Poza tym, z tego, co słyszałem przychodzimy tu dla zabawy. Prawda, Gilbert? ― zadarł lekko głowę, by zerknąć na detektywa znad ramienia jasnowłosego. No chyba nie zamierzał go w to mieszać?
A może jednak? Siłą rzeczy nieznajomy policjantowi chłopak zerknął za siebie, by zawiesić spojrzenie na drobnym chłopaku.
A ty to kto?

_________________


...
God, I hate people who keep going over pointless shit.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The Black Dahlia
Zastępca

avatar

Liczba postów : 157
Dołączył : 29/08/2013

FUNKCJA : Wysoko kwalifikowany admin-socjopata.
Godność : Nicole Davis [zm. Shetani Skoir-Arato].
Wiek : 24 lata
Zawód : Właściciel Elysium Comp., zarządza Asylum.
Partner : Gettin' married to the devil.
Wzrost i waga : 172 cm | 47 kg
Znaki szczególne : Wychudzona; elektryzująco jasne błękitne tęczówki; trzy, podłużne blizny pod lewym okiem; mnogość tatuaży [plecy, kark, wierzch dłoni, bok+biodro]; s o c j o p a t k a. Aktualnie srebrzysto-białe włosy.
Aktualny ubiór : Puf, cinq!

PisanieTemat: Re: Promenada.   Wto Paź 08, 2013 6:31 pm

Noc. Gwar na ulicach. Siąpiący deszczyk i lekki chłód uderzający w rozpalone ciała miastowych, którym nie straszne monsuny w momentach takich, jak ten - coroczny jarmark. Impreza kilkudniowa, ściągająca wszystkich ze sobą, począwszy od biedaków z południa aż po prezesów wielkich firm, którzy chcą wtopić się w tłum i zapomnieć o papierach czekających na biurku do podpisania. Misz masz kolorów, nadzwyczajna mieszanina bogatych oraz biednych, wszyscy nagle stają się równi. Tłumy zbierające się przy straganach, oglądające bibeloty z koralików, zajadające się ciepłymi potrawami z budek, zapach słodyczy, alkohole mieszane w litrach... Nic się nie zmieniało. Nieświadomi, ile wilków i zdrajców toczy się w koło nich, obserwując spod przymrużonych powiek. Ilu policjantów wychyla się zza rogu, by móc zaatakować, jeśli któreś zwierzę spuści się ze smyczy. Agenci poukrywani za maskami uśmiechów, politycy manipulujący swymi pacynkami, wtyczki i kontakty. Więcej ich matka nie miała...
Dzyń.
Dźwięk telefonu rozbrzmiał i zanikł w szumie gderaniny w koło. Chude palce zacisnęły się na obudowie smartfona, gdy błękitne oczy zerknęły na jasny wyświetlacz. Jednym gestem odblokowała ekran i usunęła zbędny śmieć z pamięci, nie mając zamiaru wracać do rozmów zakończonych jakiś czas temu. W oka mgnieniu urządzenie znikło, niczym sztuczka iluzjonisty - nic tu nie było. Oprószone czernią powieki uniosły się leniwie, obserwując tłum w niewielkiej kawiarence. Wychudzona postać tkwiła na wiklinowym krześle na uboczu, a przed nią stała szklanka z kawą, nieco już ostygła. Czemu w ogóle tu przyszła? Nie miało to większego sensu, chociaż ileż można tkwić w czterech ścianach i gapić się na martwy ekran komputera? Czasem trzeba wyjść i wywąchać wilki, które zbaczają ze ścieżki watahy. Noc to idealna pora, by polować. Nie trzeba uważać na zdradliwe słońce, wychwytujące każdy krok. Ciche westchnienie wyrwało się z bladych ust księżniczki nocy, po czym odgarnęła długie, czarne kosmyki z lodowatych oczu.
- Raz, dwa, trzy... - mruknęła pod nosem niemalże niedosłyszalnie, licząc kolejne nic nie znaczące istotki mijające jej małą kryjówkę. Nie przyszła tu w konkretnym celu, nie szukała Nori'ego ani Ocelota, nie szukała zwady. Szukała kawy i możliwości obserwowania społeczeństwa. To chyba nie przestępstwo?
Jeszcze...

_________________



- What a world.
-  You think the world is strange?
- I meant yours.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natsume
Obywatel

avatar

Liczba postów : 33
Dołączył : 05/10/2013

Godność : Natsume „Noah” Okamura.
Wiek : Dwadzieścia trzy lata.
Zawód : Robi za kelnera.
Orientacja : Biseksualizm.
Partner : Hold my hands above my head and push my face into the bed. 'Cause I'm a screamer baby, make me a mute.
Wzrost i waga : 178 cm | 64 kilogramy.
Aktualny ubiór : Z Jeffem i z Mio, bo w sumie nie chce mi się szukać innego obrazka, ani opisywać.
Ekwipunek : Komórka, portfel (dużo to tam nie ma), klucze do domu, paczka wiśniowych papierosów, zapalniczka benzynowa.
Multikonta : Take.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Wto Paź 08, 2013 8:51 pm

„To na razie!”
E-ej! Przecież zgodziłem się na t-- ― nim skończył wypowiedź jego słowa przerodziły się w poirytowane warknięcie. Czegokolwiek by nie powiedział, jego słowa i tak rzucone zostałyby w eter. Przesunął ręką po twarzy, przyglądając się, jak jego znajomy przepycha się przez tłum i oddala coraz bardziej. To oczywiste, że Natsume nie miał zamiaru uganiać się za nim, jak skończony debil. Z grubsza nie chodziło tu jednak o image, a o to, że zwyczajnie nie miał na to ochoty. Był zmęczony tłumem dookoła. Tym, że ktoś stale się o niego ocierał, hałasował mu nad uchem, a – gdyby już mógł być wolny od gwaru i dotyku – sam widok tych wszystkich ludzi przyprawiłby go o kwaśny grymas na twarzy. To, że lubił obserwować ludzi nie oznaczało, że cieszył go ich nadmiar. Właściwie trudno było mu na czymkolwiek zawiesić oko w tej mieszaninie różnych twarzy. ― Thh, jeszcze mi za to zapłaci ― burknął pod nosem, niczym niezadowolony dzieciak. W pewnym stopniu doznał ulgi, biorąc pod uwagę, że nic go tu nie trzymało. Aiden miał tupet – nie bacząc na to, że Noah i tak wybrał się tu pod jego przymusem, teraz zostawiał go, jak gdyby nigdy nic w centrum tego rozgardiaszu.
Wystarczyło już tylko wrócić do domu.
Gdyby tylko to było takie proste. Jasnowłosy wypuścił powietrze ustami i jeszcze przez moment sterczał w miejscu, przyglądając się torowi przeszkód, przez który musiał przebrnąć, by koniec końców móc odetchnąć spokojnie. Zdążył już zaplanować, że zaraz po opuszczeniu przeludnionej promenady zamówi taksówkę, a powrót do domu będzie równoznaczny z natychmiastowym udaniem się do łóżka. Kto normalny chce świętować cokolwiek w taką pizgawicę? I dlaczego akurat on musiał dołączać do grona tych nienormalnych?
Przysięgam sobie uroczyście: NIGDY WIĘCEJ.
Wystarczyło, że po pokonaniu kilku kroków już musiał odzyskiwać równowagę, potrącony przez jednego z przechodniów, który wyrażał większe zainteresowanie stoiskami dookoła, niż tym, gdzie lezie. Kilka razy sam wpadł na kogoś, choć zdaje się, że większość uczestników festynu była po prostu przyzwyczajona do tego, że trudno było sobie znaleźć tu dogodne miejsce. Okamura był oporny wobec nabywania podobnych nawyków, dlatego od każdego szturchnięcia ciśnienie podnosiło mu się o stopień wyżej, aż wreszcie osiągnęło apogeum.
AAAGHT! ― tak brzmiał człowiek, który właśnie zdał sobie sprawę, że jego dupsko za moment przeżyje bliskie spotkanie z betonem. Lądowanie jednak samo w sobie okazało się o wiele miększe, niż przypuszczał, choć jego krzyż odezwał się bólem po spotkaniu z czymś twardym. Uderzenie zakończyło się donośnym hukiem przeplatanym z brzękiem pękającego szkła. Jeden ze stolików właśnie walał się na ziemi, a blondyn był widocznie zbyt poirytowany, by zwracać uwagę na detale takie, jak...
UWAŻAJ JAK LEZIESZ, TY OPASŁY DUPKU!
... to, że właśnie nie znajdował się w zbyt dogodnej pozycji. Niedogodna, nie oznaczało, że nie było mu wygodnie. Spodziewał się raczej innego efektu.
To, że jesteś większy wcale nie oznacza, że możesz rozpychać się wszędzie! Powinni utworzyć specjalne ścieżki dla otyłych. WŁAŚNIE! O-ty-łych! Wcale nie jesteście „puszyści”, jak wam się wydaje ― mamrotał pod nosem, gniewnym spojrzeniem odprowadzając winowajcę. I kiedy znów otwierał usta, żeby coś powiedzieć, nagle zamknął je z cichym klapnięciem, gdy kątem oka zarejestrował, że czyjaś twarz znajdowała się w stanowczo zbyt małej odległości od jego. Gdy zdał sobie sprawę, że pewna znajoma czarnowłosa przez te kilka sekund pełniła rolę jego krzesła, otworzył szerzej oczy i od razu poderwał się na równe nogi, przy czym omal nie potknął się o wywrócony stolik. ― J-ja... to wcale nie tak jak myślisz! Co za fatum... ― ostatnie słowa wysyczał pod nosem, odwracając wzrok w innym kierunku.
Tylko tego mu brakowało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
The Black Dahlia
Zastępca

avatar

Liczba postów : 157
Dołączył : 29/08/2013

FUNKCJA : Wysoko kwalifikowany admin-socjopata.
Godność : Nicole Davis [zm. Shetani Skoir-Arato].
Wiek : 24 lata
Zawód : Właściciel Elysium Comp., zarządza Asylum.
Partner : Gettin' married to the devil.
Wzrost i waga : 172 cm | 47 kg
Znaki szczególne : Wychudzona; elektryzująco jasne błękitne tęczówki; trzy, podłużne blizny pod lewym okiem; mnogość tatuaży [plecy, kark, wierzch dłoni, bok+biodro]; s o c j o p a t k a. Aktualnie srebrzysto-białe włosy.
Aktualny ubiór : Puf, cinq!

PisanieTemat: Re: Promenada.   Wto Paź 08, 2013 10:24 pm

Znudzenie, jakie panowało na twarzy czarnowłosej było czymś typowym. Rzadko kiedy pojawiało się na niej coś więcej niż niechciany grymas zniesmaczenia czy też kamienny spokój, przypisywany greckim posągom. Jakby się uprzeć - miała w sobie coś z rzeźby; blada jak alabaster, o wyraźnych rysach, zamrożona w czasie. Aż dziw brał, że była tak młoda, gdy spoglądało się na jej sylwetkę. Zdawała się mieć niemalże trzydziestkę na karku, tak wyniszczony miała organizm. Błękitne oczy emanowały dziwną mądrością, przypisywaną tym, którzy widzieli za wiele, chociaż ten odłam przesiąknięty był też szczerą nienawiścią do ludzi. To był największy jej paradoks, unikała tłumów, ale zaraz lgnęła do nich, by znaleźć coś ciekawego. Zajęcie, które pomoże jej rozwiać nudę, która nieustannie ją prześladowała. Odgradzała się potężnym murem od towarzystwa obok, chcąc jedynie obserwować, wyciągać wnioski i notować to, co dziwne. Teraz - ona była najdziwniejszą osobą w tłumie. Leniwym gestem schowała długi kosmyk za ucho, odsłaniając blade blizny pod okiem, dotąd skryte w cieniu, po czym oparła się wygodniej. Mierzyła spojrzeniem każdego, kto wpadł jej w drogę. Starszą babcię, cieszącą się resztkami życia, młodą parkę na świeżym gruncie związku, durnego dzieciaka, który obnosił się bogactwem... Akwamaryna przesuwała się z opcji A do opcji B, aż do momentu wybuchu. Mała awantura wisiała w powietrzu i tylko czekała, by rozwalić wszystko w koło. Zwolnione tempo przyniosło w zasięg jej wzroku blond rozczochrany łebek, który należał do nikogo innego jak Natsume. Oczy zmrużył się, gdy Nicole ze zdziwieniem stwierdziła, że młodzieniec się tu pałęta, po czym...
BACH!
Błyskawicznym odruchem chwyciła kubek z kawą, po czym stolik z gromkim hukiem padł na ziemię, trzaskając wazonik z kwiatkiem. Woda rozlała się w okolicy blatu, a czarnowłosa poczuła zgrabny tyłek Noah'a na swoich nogach. Może nie ważył wiele, ale impet nieco ją przydusił, a nos zmarszczył się mimowolnie.
- Ja też jestem opasłym dupkiem? - spokojny głos wydarł się z jej ust, gdy uniosła brwi, chociaż Natsu mógł tego nie zauważyć, gdyż obserwowała tył jego głowy. - Powinieneś się cieszyć, napotkałeś coś względnie miękkiego pod swym zadkiem, a nie beton.
Jego mina, gdy się odwrócił i ujrzał na KIM siedzi była... genialna i niepowtarzalna. Aż brakowało jej możliwości, by zrobić mu zdjęcie. Poderwał się jak rażony prądem, a Nicole ze spokojem upiła łyk chłodnego napoju, nie zważając na powalony stolik. Uratowała co miała, to się liczyło. Zakręciła młynka oczyma, słysząc jego pojękiwanie:
- Ja nic nie myślę, Natsu. Wyjebałeś się jak bela, nie pierwszy raz w swoim życiu. Grunt, że tym razem nie niosłeś nic na talerzu i druga strona jest sucha. - prychnięcie zakończyło wywód na temat zajścia, które właśnie miało miejsce, a kobieta zerknęła na mebel, który wyglądał wręcz smutno. - Ale jakbyś był miły i łaskawie postawiłbyś stolik to atmosfera poprawiłaby się o kilka procent.
Trudno powiedzieć, dlaczego ta dwójka ciągle utrzymywała ze sobą kontakty, chociaż ich rozpoczęcie znajomości nie rokowało zbyt dobrze. Czarnowłosa miała jednak do blondyna słabość, bo pomimo marudności i lenistwa - był uroczy. I przynajmniej nie kręcił jak większość. To bezpieczna strefa, mogła mu zaufać. Błękitne oczy zalśnił mocniej na słowo fatum, acz to był cały komentarz w tej sprawie. Hej, jak widać nie tylko ona nie znosiła tłumów!

_________________



- What a world.
-  You think the world is strange?
- I meant yours.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Natsume
Obywatel

avatar

Liczba postów : 33
Dołączył : 05/10/2013

Godność : Natsume „Noah” Okamura.
Wiek : Dwadzieścia trzy lata.
Zawód : Robi za kelnera.
Orientacja : Biseksualizm.
Partner : Hold my hands above my head and push my face into the bed. 'Cause I'm a screamer baby, make me a mute.
Wzrost i waga : 178 cm | 64 kilogramy.
Aktualny ubiór : Z Jeffem i z Mio, bo w sumie nie chce mi się szukać innego obrazka, ani opisywać.
Ekwipunek : Komórka, portfel (dużo to tam nie ma), klucze do domu, paczka wiśniowych papierosów, zapalniczka benzynowa.
Multikonta : Take.

PisanieTemat: Re: Promenada.   Sro Paź 09, 2013 6:55 pm

„Ja też jestem opasłym dupkiem?”
Jeszcze przez chwilę był o tyle wstrząśnięty, że udało mu się puścić pytanie mimo uszu. Dopiero następne słowa spowodowały, że prychnięcie mimowolnie wyrwało się z jego ust, a złote oczy zmrużyły się, dając kobiecie jasny znak na to, że bynajmniej nie miał powodów do radości. Nie, żeby żywił jakąś wielką urazę do czarnowłosej. Po prostu potykać się na tym samym błędzie po raz drugi, to już za wiele. Choć pal licho sam błąd! Żeby popełnić go jeszcze raz w obecności tej samej osoby, trzeba było być mistrzem albo kimś, na kogo rzucono nietypową klątwę. Jeszcze chwila, a przy każdej zaliczonej glebie, będzie zaraz rozglądał się, by dokładnie sprawdzić czy Nicole nie znajduje się w pobliżu. Co za paranoja...
Względnie. Z tą miękkością bym nie przesadzał. Jesteś koścista, jak jasna cholera. Aż dziwię się, że cię nie połamałem ― mruknął i zmierzył ją uważnym wzrokiem. Nie to, żeby przejmował się jej racjami żywieniowymi, które zapewne nie były zbyt bogate. I to nie dlatego, że nie mogła sobie pozwolić na luksusy, a dlatego, że prawdopodobnie tego nie chciała. ― Poza tym uwierz, że nie uśmiecha mi się wpadnięcie akurat na ciebie ― zaznaczył, marszcząc delikatnie nos. Męska duma została urażona tym, że przypadkiem znalazł się na kolanach kogoś drobniejszego? Poza tym czasem warto było zachować szczere stwierdzenia dla siebie. Nie sądził jednak, by pannie Davis potrzebna była sztuczna uprzejmość, przeprosiny i wyrazy szacunku, a także zapewnienia, że to już więcej się nie powtórzy, gdy świat był o tyle mały, że historia lubiła zataczać koło.
Jak widać.
Ściągnął brwi w nieprzyjaznym wyrazie i zacisnął usta w wąską linię, gdy ponownie zaczęła wyciągać na wierzch zdarzenie z przeszłości, a przecież tyle razy jej powtarzał...! Wypuścił powietrze ze świstem w zrezygnowanym odruchu.
Już powiedziałem, że gdybyś nie weszła mi w drogę, to do niczego by nie doszło, tak? Zawsze wybierasz sobie złe miejsca. W tym tkwi cały problem ― rozłożył bezradnie ręce. Oczywiście w tej kwestii czuł się niewinny w każdym calu. Poza tym takie wypadki po prostu się zdarzały, tak? Fakt faktem – to cud, że po tym incydencie nie wyrzucili go z restauracji, gdy stwierdził, że klient jednak nie był jego panem, a on nie czuł się w obowiązku, by się uniżać. To nie on przesunął krzesło w złe miejsce! I to nie jego wina, że ktoś zamówił sobie spaghetti. Było też jeszcze wiele innych czynników, które sprawiały, że nie powinien brać na siebie tego, że ten wypadek miał miejsce. ― Powiedz to zabierającemu przestrzeń grubasowi. I nie wiem, jaką atmosferę chcesz poprawiać. Temu miejscu już prawdopodobnie nic nie pomoże, co? ― wymamrotał, jednak zaraz po tym mimo wszystko nachylił się, łapiąc za brzeg blatu i podciągnął stolik do góry, ustawiając go na prawowitym miejscu. Zerknął za siebie przez ramię, a że wszyscy byli na tyle zajęci... cichcem odtrącił butem kawałki szkła, będące pozostałościami po tandetnym wazonie. ― Poza tym ― obarczył ją znaczącym spojrzeniem ― to dziwne widzieć akurat ciebie w tym miejscu. Postanowiłaś wychylić nos z ukrycia i poinformować świat o swoim istnieniu? A może przewidziałaś, że tu będę? ― uniósł brew, a tęczówki o ciepłej barwie błysnęły złośliwie.
Skromny jak zawsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Promenada.   

Powrót do góry Go down
 
Promenada.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 4Idź do strony : 1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: 
centrum miasta
 :: Rathelon Beach
-
Skocz do: